W ostatnim czasie nieprawdopodobnie dużo moich bliższych i dalszych znajomych zaczęło polecać pewien film na Netfixie. W momencie kiedy komentarze zaczęły pojawiać się w większości mediów, a ja już bałam się otworzyć lodówkę, żeby nie zobaczyć tam napisu „Nie patrz w górę”, do filmu odniósł się Włodek i Karol we wczorajszym LSie i pojawiła się tam recenzja Michała Oleszczyka: „To zrodzony z pychy i wyższości film napisany kilofem i wyreżyserowany młotem pneumatycznym”. Po tym już wiedziałam, że jednak muszę obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie.
Jakkolwiek by nie oceniać ideologicznych intencji twórców, wydaje się, że bardzo trafnie zdiagnozowali stan współczesnego społeczeństwa. Patrząc na kolejne przerysowane, groteskowe postawy bohaterów (granych przez najlepszych aktorów świata), wiele razy orientowałam się, że nie tylko są prawdopodobne, ale to się po prostu dzieje na naszych oczach. Myślę, że świat mógłby zareagować dokładnie tak jak w filmie na informację, że niedługo wszyscy zginiemy. Budzi to tęsknotę za tym, żeby jednak wspólne dobro i solidarność potrafiły stanąć ponad polityką i „business as usual”, ale to, że tak nie będzie, nie oznacza, że nic nie da się zrobić. I wcale nie odnoszę tego do katastrofy ekologicznej, ale do naszej zwykłej codzienności, w której często czujemy się bezsilni wobec decyzji podejmowanych gdzieś na górze. Może wystarczy, że każdy z nas kierować się będzie tym, co ma głęboko w sercu?
2000 lat temu pewni mędrcy, których dziś nazwalibyśmy raczej naukowcami, też wypatrzyli na niebie nietypowe zjawisko astronomiczne. Nie mówili o tym w telewizji ani w mediach społecznościowych, ale wyruszyli w drogę zabierając ze sobą mirrę, kadzidło i złoto. W tle też wielka polityka i Herod próbujący utrzymać się przy władzy. Niewiele wiemy o tych, którzy odwiedzili małego Jezusa w Betlejem. Nie wiemy ilu ich było – mogło być trzech, ale równie dobrze mógł to być sztab ludzi z trzema prezentami. Nie wiemy też skąd dokładnie przybyli, ale wiemy, że nie byli żydami, więc wcale nie oczekiwali na Mesjasza. Dlaczego więc zdecydowali się przejść szmat drogi, żeby spotkać się z noworodkiem w zabitej dechami wiosce na obrzeżach Cesarstwa Rzymskiego? Może kierowała nimi ciekawość, może chęć przygody, a może po prostu mieli głębokie przekonanie w sercu, że właśnie to powinni zrobić. Nie szukali niczego pobożnego, a jednak znaleźli Boga.
Jeśli miałabym wyciągnąć morał z filmu „Nie patrz w górę”, to dla mnie brzmiałby on: „Zrób tyle co możesz i żyj tak jakby dzisiaj miał nadejść koniec świata”. Absolutnie nic odkrywczego, a jednak wciąż żywe i aktualne. Zostały mi w głowie słowa jedynego wierzącego bohatera: „Gdyby Bóg chciał zniszczyć Ziemię, toby ją zniszczył”. Miałby ku temu wiele powodów, ale jednak widocznie nadal daje każdemu z nas czas żeby się nawrócić. Może warto spędzić go z tymi, na których nam zależy i robiąc to, co kochamy? Banał. Chyba jednak prawdziwy.
W moim tegorocznym Adwencie póki co odnajduję zdecydowanie więcej ciemności niż światła. Może dzięki temu doświadczenie Izraela oczekującego na Mesjasza stanie mi się nieco bliższe. Kiedy w życie wkrada się brak sił i nadziei, tęsknota staje się naturalna. Chce się wtedy wołać do Boga, żeby w końcu nadeszło wybawienie. On zawsze na to wołanie odpowiada, ale prawie zawsze zupełnie inaczej niż moglibyśmy się spodziewać.
Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że Królestwo Boże zdobywają gwałtownicy (βιασται). W Mt 11,12 słowo to pojawia się w kontekście Jana Chrzciciela, który jest największym „między narodzonymi z niewiast”. Ta postać zawsze wydawała mi się ważna, ale jednak jakoś odległa i niezrozumiała. Próbując zrozumieć co mogłoby dla mnie znaczyć bycie gwałtownikiem, zaczęłam szukać innych kontekstów i okazuje się, że słowo βιασται (przynajmniej w tej formie) nie występuje nigdzie indziej w całym Piśmie Świętym. Znalazłam za to inne tłumaczenie na polski: niepowstrzymani.
Ostatnie dni to taki czas, kiedy z zazdrością spoglądam za ocean, co zdarza mi się jednak rzadko. 1 grudnia do kin w USA wszedł świąteczny odcinek The Chosen o tytule „The Messangers”, czyli „Posłańcy”, zapakowany w wielki koncert ewangelizacyjny – Christmas with The Chosen. Sprzedaż biletów w ciągu 24h pobiła wszelkie rekordy sieci kin, która zdecydowała się wyemitować to wydarzenie i seanse przewidziane na 2 dni rozszerzyła do 10. W weekend film znalazł się na pierwszych miejscach rankingów, a o niespodziewanym sukcesie mówią wielkie amerykańskie media. Jest w tym jakaś nutka gwałtowności, która w Boży sposób zmienia świat i sprawia, że Ewangelia dociera do miejsc, gdzie wydawało się, że niewiele jest dla niej miejsca. W Polsce jest to oczywiście nadal serial bardzo niszowy, jednak te liczby robią na mnie wrażenie i dają nadzieję, że grono fanów nad Wisłą też będzie rosło. Nie wiemy jeszcze kiedy cała reszta świata będzie miała możliwość obejrzenia historii Bożego Narodzenia w reżyserii Dallasa Jenkinsa, ale domyślacie się na pewno, że oczekuję z wielką niecierpliwością!
Jednym z ważniejszych fragmentów Ewangelii jest dla mnie namaszczenie w Betanii. Maria rozbija flakonik z drogocennym olejkiem nardowym, którego woń wypełnia cały dom. Ten zapach towarzyszy mi co roku w wielkim tygodniu, bo pewien kreatywny franciszkański duszpasterz z Poznania postanowił kiedyś podarować wszystkim uczestnikom Akademickich Gorzkich Żali maleńką fiolkę prawdziwego nardu i od tego czasu zawsze uroczyście otwieram ją w Wielki Poniedziałek. Ta scena była też przedmiotem mojej kontemplacji na tegorocznych rekolekcjach i uświadomiła mi jak bardzo w ostatnim czasie skupiłam się na trosce o flakonik, a nie o cenny olejek w środku. Zapragnęłam wtedy, by doświadczenie paschalnej woni rozlało się na większą część mojego życia.
Obchodzimy dziś wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózkówny i jak co roku usłyszałam rano na Mszy podsumowanie jej notki biograficznej: „zginęła, broniąc cnoty czystości”. Jak co roku, coś się we mnie burzy na te słowa. Może tym razem szczególnie, bo na świeżo mam wykłady z filozofii i rozważania na temat cnoty (greckiego ἀρετή) oraz jej rozumienia przez Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Z wielką trudnością łączy mi się w głowie „trwała zdolność do czynienia dobra” z historią Karoliny, która u początków pierwszej wojny światowej uciekała w lesie przed rosyjskim żołnierzem. Jednocześnie wierzę głęboko w jej cnotę czystości, ale wydaje mi się, że nie miała ona wiele wspólnego z męczeńską śmiercią, a dużo więcej z tym, co działo się w jej sercu gdy troszczyła się o innych (szczególnie ubogie dzieci), gdy błogosławiła zamiast przeklinać w trudnych czasach i gdy powierzała swoje życie Jezusowi bez względu na okoliczności. To jednak, że wolała umrzeć niż zostać zgwałcona, uważam za odruch tak ludzki i naturalny, że trudno mi dopatrzeć się w tym heroizmu. Nie mówiąc już o tym, że raczej nie była to jej decyzja…
Wczoraj przez nasz kraj przeszły kolejne fale protestów – tym razem za sprawą śmierci młodej kobiety w Pszczynie. Jakkolwiek nie jestem zwolenniczką wyroku TK sprzed roku, a za skandaliczny uważam tryb w jakim wprowadza się prawo aborcyjne w Polsce, to obawiam się, że jednak tym razem gniew skierowany w stronę prawa jest niesłuszny. Wyrok w żadnym wypadku nie zakłada, że należy za wszelką cenę ratować dziecko, nawet za cenę życia matki. Co więcej, jeśli życie matki było zagrożone, to w ogóle nie ta przesłanka, której wyrok dotyczy. Generalnie nie uważam za słuszne surowe karanie lekarzy za nieudane zabiegi, bo często robią wszystko co mogą, a to wciąż za mało by uratować życie. Za zbrodnię uważam jednak uchylanie się od swojego obowiązku, zasłaniając się wyrokiem TK, którego albo nie znają albo cynicznie wykorzystują, wiedząc jakie są wokół niego emocje. Tej śmierci pewnie można było uniknąć, a jednak znowu zaczyna wrzeć wokół legalizacji aborcji i tego czy damy prawo do życia też temu dziecku, które rozwija się w łonie matki.
W tym roku po raz pierwszy od 11 lat w tym listopadowym czasie odwiedziłam groby moich bliskich w rodzinnych stronach. Dobrze znane cmentarze z tysiącem światełek robią wrażenie i prowokują refleksje nad życiem i śmiercią.
Dzisiaj wspomnienie Teresy Wielkiej, czyli św. Teresy od Jezusa. Oprócz tego, że była ona mistyczką o niesamowitej wrażliwości a zarazem bardzo mocnym charakterze i determinacji, to dodatkowo zawsze lubiłam to jej imię – „od Jezusa”. Tak prosto i chrystocentrycznie. Tym bardziej się cieszę, że właśnie w jej święto mogę ogłosić projekt, który ufam, że będzie skupiony właśnie na Jezusie, choć widzieć Go będziemy oczami tych, którzy przy nim trwali – Apostołów.
Najnowsze komentarze