Blog Ewy Bartosiewicz

Kategoria: Papież Leon

Redukcje paragwajskie, które wciąż inspirują (Magnifica Humanitas cz. 5)

W te wakacje miałam okazję odwiedzić tzw. redukcje paragwajskie, czyli jezuickie misje znajdujące się na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny, Brazylii i Boliwii, które powszechnie znane są z filmu „Misja” z lat 80tych z kultową muzyką Ennio Morricone. Niesamowitym doświadczeniem było chodzić pomiędzy murami z XVII czy XVIII wieku i wyobrażać sobie miasteczka tętniące życiem, gdzie jezuici wraz z rdzennymi mieszkańcami tworzyli wspólnoty oparte o zasady Ewangelii. Było to miejsce, gdzie Indianie Guarani mogli pracować, uczyć się, odpoczywać i tworzyć. W warsztatach w ponad 30 różnych misjach powstawały instrumenty muzyczne, sprzęt astronomiczny i mnóstwo sztuki sakralnej. Mieszkańcy mieli usystematyzowany dzień pracy, odpowiednio się odżywiali, ale przede wszystkim żyli w bezpiecznych warunkach. Dzięki temu ich liczba w misjach wzrastała, podczas gdy Indianie poza misjami umierali z głodu i niewolniczej pracy. Właśnie temat niewolnictwa był jedną z przyczyn krwawej likwidacji misji w 1767. Zmiana granic między koloniami sprawiły, że misje na terenach należących do Hiszpanii przejęli Portugalczycy, którzy uznawali niewolnictwo za legalne i porywali w tym celu rdzennych mieszkańców.

Papież Leon XIV w IV rozdziale encykliki Magnifica Humanitas, pośród wielu ważnych tematów, porusza właśnie ten związanych z niewolnictwem, przyznając, że można było w przeszłości zrobić więcej. “Nie możemy zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa.” (MH 176) Tym bardziej cieszy, że w takich oazach jak redukcje, tę walkę Kościół prowadził z ogromną odwagą i determinacją.

Oprócz odwiedzenia samych ruin, mieliśmy okazję porozmawiać z paragwajskim jezuitą. Adán opowiadał nam, że dla niego najbardziej inspirujące było to, że jezuici razem z rdzennymi mieszkańcami zbudowali braterskie relacje oparte na wzajemnym szacunku i wierze, pokazując, że Królestwo Boże jest możliwe. Patrzenie na ruiny nie miałoby jednak sensu, gdybyśmy nie zadawali sobie pytania: W jaki sposób dzisiaj jezuici mogą być kontynuatorami tego dziedzictwa w świecie współczesnym, ze wszystkimi wyzwaniami, które teraz mamy i jak dzisiaj możemy wcielić w życie to, w co wierzymy? Wyzwania w społeczeństwie są wciąż aktualne. Nadal trzeba walczyć o sprawiedliwość, bo ludzie doświadczają prześladowań i marginalizowania. Do dziś w samym Paragwaju rdzenni mieszkańcy są wysiedlani przez wielkie plantacje soi pod pretekstem tego, że nie potrafią właściwie zająć się swoją ziemią. Trafiają do miast i jedyne co im pozostaje to życie żebracze. Co więcej, nadal w różnych formach trwa niewolnictwo. Choć jest one już dawno zakazane, wciąż ok 50 milionów ludzi jest dzisiaj ofiarami handlu ludźmi.

Papież Leon mówi o tym w sposób dobitny: “Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane” (MH 175) “Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.” (MH 177)

W dzisiejszym świecie wiele innych form zniewolenia dotyka każdego z nas. Papież w sposób szczególny porusza problem technologii i wielkich koncernów, które mają dziś czasami większą, choć bardziej subtelną, władzę niż dawniej królowie potęg kolonialnych. “Wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych regulacji, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.” (MH 171) Rola Kościoła jest nadal taka sama jak przed wiekami – dbać o wolność, sprawiedliwość i godność każdej osoby, bez względu na to gdzie żyje i co ją w życiu spotyka. 

      

Dlaczego AI nie nauczy nas kochać (Magnifica Humanitas cz. 4)

Choć cała encyklika Magnifica Humanitas Leona XIV ma podtytuł „O trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji”, to dopiero w trzecim rozdziale zatrzymuje się on nad fenomenem chatbotów, które niespodziewanie stały się naszą codziennością i choć zaczęły rozwiązywać mnóstwo problemów, z którymi się zmagaliśmy, tak równocześnie stworzyły nowe, często znacznie bardziej poważne i wnikające w samo sedno naszego człowieczeństwa i myślenia o świecie. Papież nie próbuje powiedzieć, że technologia jest zła, ale zwraca uwagę na niespotykane dotąd wyzwania z nią związane.

Inteligencja z naciskiem na sztuczna

Papież przypomina o pewnych podstawowych cechach AI, które mnie jako informatykowi wydają się zupełnie oczywiste. Mam jednak świadomość, że wiele osób, nawet jeśli na poziomie intelektu zdaje sobie z nich sprawę, łatwo o nich zapomina w swoich interakcjach z modelami językowymi. Tymczasem kluczowe jest zawsze mieć z tyłu głowy, że „systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry. Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.” (MH 99)

Myśląc o moich uczniach, często zastanawiam się nie tylko nad tym czy nie rozwalają sobie oni procesu uczenia się w szkole, bo przecież AI może „przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność” (MH 100), ale też nad tym czy nie spotyka ich w tych interakcjach coś gorszego, bo „istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.” (MH 100)

Jeśli celem naszego życia jest kochać i być kochanym, w co głęboko wierzę, to sztuczna inteligencja może nam ten proces bardzo zaburzyć. Może co prawda symulować zrozumienie dla naszych potrzeb i pragnień, ale nie nauczy nas przyjmowania drugiej osoby taką, jaka jest, rezygnacji z siebie, troski i empatii. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). AI nie tylko nie odda za nas życia, ale, jak pokazało wiele już przypadków, gotowa jest nas tego życia pozbawić, aktywnie wspierając myśli samobójcze. To nie znaczy, że w całości trzeba je odrzucić, ale trzeba mieć świadomość wszystkich jej ograniczeń.

Niedoskonałość

Papież zauważa, że tu już nie chodzi tylko o analogię noża, którym możemy ukroić kromkę chleba, ale też śmiertelnie kogoś zranić. Mamy do czynienia z czymś głębszym, bo „zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować.” (MH 112)

Zupełnie niespodziewanie w ostatnich dniach dostałam namacalny obraz tej rzeczywistości. Zapowiadał się zwyczajny wieczór z puzzlami w gronie znajomych, ale już na samym początku przy układaniu ramki pojawiły się wyzwania. Nie mogliśmy skończyć, bo ciągle coś nam nie pasowało i zastanawialiśmy jak to możliwe, że sprawia nam to tyle problemów. Nagle zauważyliśmy, że choć mamy cztery rogi, to dwa z nich są identyczne, a jednego brakuje. Wtedy otworzyły się nam oczy i zaczęliśmy dostrzegać kolejne dublujące się puzzle. Ewidentnie dostaliśmy wybrakowaną partię! Przychodziły nam do głowy różne rozwiązania sytuacji – oddać zakup do sklepu albo może wydrukować brakujące kawałki z pomocą AI. Wybraliśmy jednak inną drogę, chyba tę najtrudniejszą. Przez dwa dni zmagaliśmy się z ułożeniem całości mimo ogromnych luk w obrazie (pewnie ok 1/3 kawałków brakowało) i powtarzających się klocków. Ostatecznie udało się skończyć nasze dzieło przedstawiające kobiecą postać pozbawioną prawie całego korpusu, prowadzącą oskubane nieco gąski, z czego jedną bez głowy. Coś jednak było w tym zachwycającego i jednocześnie przypominającego o tym jak dzisiaj funkcjonuje nasz świat. „Wszystko to, co jawi się jako ograniczenie – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimo ograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie.” (MH 118)

Najgłębsze ludzkie doświadczenie

Słuchając tego, co ludzie przeżywają podczas rekolekcji ignacjańskich, widzę bardzo wyraźnie, że to nie mądre przemyślenia i barwne wyobrażenia na modlitwie zmieniają nasze życie, ale doświadczenie kruchości i bezradności, które pozwalają nam w końcu otworzyć się na działanie Kogoś, kto jest większy od nas. „To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga.” (MH 119) Szczególnie w chwilach rozważania męki Jezusa, staje się jasne, że „człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia.” (MH 128)

Papież przypominam nam też o czymś, co jest ważną prawdą psychologiczną. Często przypominamy o niej, mówiąc na rekolekcjach o uczuciach: „Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie.” (MH 120) To właśnie nadzieja na pozbycie się tego bólu, pustki i samotności bardzo często skłania nas do sięgnięcia po łatwo dostępne środki, jakimi dzisiaj okazują się narzędzia AI. Zdają się one być pozbawione tych trudności, które mamy w relacji z drugim człowiekiem, który nas nie rozumie, sam jest niedoskonały i może łatwo nas zranić.

Systemy sztucznej inteligencji komunikują się też z nami w sposób skrajnie przeciwny do relacji z Panem Bogiem. Podczas gdy On często milczy i pokazuje nam tylko mały kroczek naszej drogi, AI podaje nam stos gotowych rozwiązań rozpisanych na trzy klarowne punkty z dowolną liczbą alternatyw i robi to w ciągu milisekund. Pokusa pójścia na skróty jest więc ogromna, ale tylko w relacji z Bogiem i drugim człowiekiem pozostajemy w pełni ludźmi w najgłębszym tego słowa znaczeniu i doświadczyć możemy miłości, która nadaje sens wszystkiemu innemu.  

 

Tatrzańskie szlaki i marzenia o wspólnocie (Magnifica Humanitas cz. 3)

W zeszłym tygodniu miałam okazję być z przyjaciółmi w moich ukochanych Tatrach. To był czas pełen radości, doświadczenia wspólnoty i wielu niespodzianek. Pierwszą z nich było wiele nieoczekiwanych pogodowych zwrotów akcji. Prognozy pierwotnie wskazywały codzienne burze, więc nastawialiśmy się na długie deszczowe dni w zamknięciu, a najlepszym na co liczyliśmy, to spacer po dolinkach i termy. Tymczasem okazało się, że codziennie mogliśmy udać się w wysokie góry i tylko jednego dnia przydały się nasze parasole i płaszczyki na deszcz.

Druga niespodzianka była jeszcze bardziej zaskakująca. Jechałam w tym roku w góry z kondycją w stanie tragicznym i moi uczniowie są świadkami, że na majowej wycieczce szkolnej ledwo za nimi nadążałam po tatrzańskich szlakach. Byłam pewna, że Dolina Pięciu Stawów to będzie maksimum moich możliwości. Okazało się jednak, że z każdym dniem robiłam postępy i ostatecznie po dwunastu latach przerwy udało mi się podbić kawałek Orlej Perci i to w czasie o godzinę krótszym niż wskazywały mapy. Uświadomiłam sobie, że nie byłoby to możliwe bez wsparcia mojej ekipy, która na te kilka dni była obrazem Kościoła, o jakim marzę.

Papież Leon XIV w drugim rozdziale swojej encykliki Magnifica Humanitas przypomina zasady Katolickiej Nauki Społecznej, czyli opisuje to w jaki sposób powinno funkcjonować społeczeństwo, żeby realizować ewangeliczny model miłości bliźniego. Czytając te zasady, możemy mieć poczucie, że dotyczą one państw i struktur, więc nie mamy wiele wpływu na ich realizację. Papież jednak przypomina, że „nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu” (MH 86)

Leon zaczyna od podstawowej zasady, która mówi o równej godności każdej osoby. „ Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje.” (MH 50) Dalej pisze też, że „nie wystarczy stwierdzić słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach (…), np. w sposobie w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład”. (MH 57) W naszej małej górskiej ekipie były osoby świeckie, konsekrowane i duchowne, ale budowaliśmy ten wyjazd razem, na równych prawach i nikt nie czuł się od nikogo ważniejszy. Wiem, że dzisiaj w wielu miejscach nie jest to jeszcze możliwe, bo klerykalizm jest głęboko zakorzeniony w tkankę Kościoła, ale możemy nie tracić nadziei i aktywnie szukać nowych dróg do tworzenia wspólnot opartych na wzajemnym szacunku.

W tych miejscach, w których żyjemy możemy tworzyć wspólnoty gdzie będziemy wzajemnie się wspierać, wzrastać w dobrym i uczyć się wzajemnej troski. „Dobro wspólne to suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość”. (MH 60) Myślę, że właśnie wsparcie jakie dostałam od grupy pozwoliło mi zdobyć w tym roku nieoczekiwane szczyty. Chociaż w najwyższych partiach szłam już zupełnie sama, wiedziałam, że ktoś jest niedaleko i z kimś spotkam się na dole. Wiedziałam, że w razie czego mam na kogo liczyć. „Wiara zachęca nas, aby odczytywać rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry.” (MH 74) Wiedziałam też, że ktoś zatroszczy się o przygotowanie kolacji, ktoś inny pozmywa, ktoś jeszcze inny zapłaci za zakupy albo za parking, bo jesteśmy w tym razem i „nikt nie ocala się sam”. (MH 73)

Nasza wspaniała górska ekipa składała się z osób, które na co dzień żyją w różnych miastach, zajmują się bardzo różnymi rzeczami, mają różne charaktery i potrzeby. Doświadczaliśmy jednak bardzo namacalnie tego, że „różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć. (MH 88)

Pisząc to do Was jestem już daleko od górskich szczytów, w jezuickim domu rekolekcyjnym. Towarzysząc w rekolekcjach, mogę być świadkiem tego, że właśnie tu realizuje się to, co papież Leon umieszcza jako fundament wszelkich zasad nauki społecznej: „Osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.” (MH 48) Słuchając tego w jaki sposób ludzie doświadczają Bożej miłości, pomnaża się moja nadzieja na świat, w którym nasze wspólnoty będą rzeczywiście odbiciem tej miłości. „Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością” (MH 89)

O święceniach i dwóch wizjach Kościoła (Magnifica Humanitas cz. 2)

Mój upalny początek tegorocznych wakacji naznaczyły dwa ważne wydarzenia – oba związane ze święceniami. 27 czerwca w Bazylice Najświętszego Serca Jezusa w Krakowie na prezbiterów wyświęconych zostało trzech moich jezuickich przyjaciół – Mateusz, Marek i Łukasz (czyli synoptyczny dream team), a kilka dni później w międzynarodowym seminarium w szwajcarskim Écône wyświęcono czterech nowych biskupów Bractwa Piusa X. Pierwsze wydarzenie jak co roku zgromadziło rodzinę i znajomych, by wspólnie świętować kolejne pokolenie jezuitów rozpoczynających kapłańską drogę, drugie zaś na oczach całego świata stało się historycznym momentem kolejnej schizmy w Kościele Katolickim. Patrząc na to, widzę dwie zupełnie różne wizje Kościoła, które od dawna trwając na kolizyjnym kursie, właśnie zderzyły się ze sobą z całym impetem. Pewne wskazówki na dalszą drogę po tej katastrofie znajduję w pierwszym rozdziale encykliki papieża Leona XIV Magnifica Humanitas.

Prawda

Marcel Lefebvre w 1974, uzasadniając święcenia biskupów bez zgody Watykanu, powiedział tak: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy, woląc opierać się na nowościach i baśniach, uważamy za swój święty obowiązek pozostanie wiernymi tej nauce i odrzucenie wszelkich nowinek, które ją zniekształcają.”. Dzisiaj Bractwo tłumaczy swoje działania dokładnie tymi przesłankami. W tym kontekście z całą mocą wybrzmiewają słowa encykliki: “Prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić” (MH 25). Zbyt często już w imię obrony prawdy, nie tylko tworzono podziały, ale wręcz dokonywano zbrodni. O tym wszystkim też przypomina papież Leon, przywołując wielu swoich poprzedników: “Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowania w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą, aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca” (MH 25). 

Dzisiaj w imię szukania prawdy jakaś część Kościoła decyduje, że chce jej dalej szukać na własną rękę. Czyż właśnie brak jedności nie jest jedną z tych ran, które najdotkliwiej odczuwamy w naszych społeczeństwach? “Ewangeliczna miłość przynagla [Kościół], by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością” (MH 21). W imię tej właśnie miłości chyba warto na naszych braci spojrzeć nie jak na schizmatyków, ale jak na tych, na których Bóg patrzy z czułością. Co zresztą zrobił Leon w swoim dramatycznym liście z 29 czerwca: “Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów. (…) Przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”

Bliskość

Papież Leon przedstawia nam “obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych” (MH 34). O tę bliskość dla nowo wyświęconych prezbiterów apelował też bp Przybylski: „Choćbyście bracia wsiedli na największe katedry naukowe, choćbyście osiągnęli największe kaznodziejskie szczyty, choćbyście osiągnęli największą popularność w mediach, to schodźcie na dół, tak jak Jezus po najpiękniejszych swoich kazaniach. Schodźcie z ambony do ludzi”.

Kiedy patrzę na środowiska tradycjonalistyczne, to podobnie jak Leon XIV, widzę ogromną dbałość o liturgię, pielęgnowanie sacrum, wierność Świętej Tradycji i gorliwość apostolską. Brakuje mi jednak właśnie bliskości, czułości i zasiadania przy stołach z grzesznikami. Nie ma przecież wątpliwości, że Jezus właśnie taki był. Emmanuel. Bóg z nami. “Dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu” (MH 34). To jakimi jesteśmy chrześcijanami nie objawia się w dbałości o jakiekolwiek zewnętrzne znaki czy w skrzętnym zachowywaniu prawa, ale w tym jaki okażemy się bliźnimi dla tych, których Bóg postawił na naszej drodze. Również dla naszych braci z Bractwa Piusa X. 

Otwartość na inność

W niedzielę na swojej pierwszej Mszy świętej o. Mateusz mówił o tym, że czuje się posłany nie tylko do tych, którzy w Kościele czują się dobrze, ale i do tych, którzy są na jego granicach. Zapewniał, że chce trzymać dla nich drzwi Kościoła wciąż otwarte. Chwilę potem przełożony Bractwa Piusa X zatrzasnął za sobą te drzwi, odmawiając dialogu z papieżem, a przede wszystkim po raz kolejny odrzucając dekrety Soboru Watykańskiego II, czyli drogi, którą Duch Święty naszą wspólnotę prowadzi.  

Postulaty soboru, które lefebryści najbardziej podważają, to nie tylko nowy ryt liturgii, ale przede wszystkim ekumenizm, dialog i wolność religijna. Leon w swojej encyklice staje właśnie na straży tych postanowień: “Wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiony możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy” (MH 34). Paradoksalnie właśnie w imię tej wolności jestem bardzo daleka od tego, by osądzać Bractwo za ich decyzje. To jest niesamowicie smutny moment kolejnego rozłamu, ale jednocześnie jestem przekonana, że muszą oni działać zgodnie ze swoim sumieniem. Przestajemy być w jedności strukturalnej Kościoła, ale głęboko wierzę, że pozostajemy jednością w Chrystusie, bo On naprawdę jest ponad wszystkimi naszymi podziałami. 

Plac budowy naszych czasów (Magnifica Humanitas cz. 1)

Podsumowując rok z moimi uczniami, z ogromną radością zauważyłam, że to, co uznają za najważniejsze w pierwszym roku liceum, to relacje, wzajemna pomoc i wspólnie spędzony czas. Oczywiście wiedza zdobyta w szkole w jakiejś części przyda im się w życiu, ale to właśnie wspólne jej zdobywanie w gronie rówieśników i tworzenie nowych przyjaźni jest tym, co zostanie z nimi na zawsze. Bardzo bym chciała, żeby idąc w świat potrafili z odwagą i determinacją, wraz z innymi, budować lepszą przyszłość dla nas wszystkich. Właśnie o takim działaniu pisze w swojej nowej encyklice Magnifica Humanitas papież Leon XIV. Przywołuje on tam dwie historie – budowę wieży Babel i odbudowę murów Jerozolimy przez Nehemiasza. W obrazowy sposób pokazują one dwa różne sposoby budowania świata.

Wieża Babel powstaje z pychy i żądzy władzy. „To jest dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację” (MH 7). Takich wież wokół nas jest wiele. Może w pierwszej kolejności pomyślimy o wielkich korporacjach gotowych na wszelkie nikczemności dla zysku i nieliczących się z człowiekiem. Są też jednak te nasze lokalne, mniej spektakularne wieże. Mi przychodzą do głowy  wszystkie te momenty, kiedy pomyślałam sobie: „ja zrobię to lepiej” i w imię wspólnego dobra, nie potrafiłam wypuścić z ręki swojej idei; te momenty kiedy zamiast komuś coś wytłumaczyć, robiłam to za niego, żeby było szybciej; te momenty kiedy zabrakło mi cierpliwości, by przyjąć nieidealność lub brak i próbowałam za wszelką cenę ratować coś, na czym nikomu już nie zależało. Wieże Babel powstają tam, gdzie projekt staje się ważniejszy niż relacje, a ślepa realizacja celów ważniejsza niż wspólna droga.

Przeciwieństwem takiego budowania jest styl działania Nehemiasza. „Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu” (MH 8). Sprawczość poszczególnych osób, których wkład został doceniony, staje się fundamentem wspólnego tworzenia i może wyjść znacznie poza dany projekt. „Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie” (MH 8). Budowle, które w ten sposób powstają, mają też dużo większą szansę przetrwania, bo zupełnie inaczej szanuje i docenia się coś, w czym miało się osobisty udział. Nowe mury Jeruzalem powstają tam, gdzie każdy może dołożyć swoją małą cegiełkę, każdy czuje się przyjęty i kochany, a wspólnie zbudowany dom staje się przestrzenią wzajemnej troski i rozwoju.

Budowanie na wzór Nehemiaszowy wymaga jednak wyrzeczeń, a przede wszystkim przyjęcia tego, że efekt nie będzie perfekcyjny. „Budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować” (MH 12). Czasami to najtrudniejsza część pracy zespołowej, bo w różnorodności siłą rzeczy wiele perspektyw będzie nie po naszej myśli. Jeśli jednak zaczniemy dostrzegać w nich piękno, odkryjemy, że do tworzenia pełni potrzebujemy zarówno światła, jak i cienia. „Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się z wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów” (MH 12).

Papież zwraca też uwagę na bardzo istotną kwestię każdego budowania. Trzeba zbadać teren, zobaczyć jakie są możliwości, ocenić zagrożenia i orientować się gdzie zmierza świat. „Trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych” (MH 6). W moim osobistym życiu skupionym w dużej mierze na Kościele i edukacji, cały czas zderzam się z reakcyjnością i gonieniem za tym, by nadążyć za światem. Nie mam wpływu na wielkie reformy i strukturalne zmiany, ale na moim małym poletku mogę więcej zainwestować w uważność na to, co istotne i co współgra z rzeczywistością, w której żyję.

Wstęp do encykliki papież kończy znamiennym zawołaniem: „Nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów” (MH 16), co w moim odczuciu jest przede wszystkim zaproszeniem do tego, żeby nie uchylać się od odpowiedzialności tworzenia naszych lokalnych wspólnot i szukania coraz to nowych dróg naprawiania świata kawałek po kawałku. Zacząć możemy od wysłuchania lęków i wątpliwości tych, z którymi nam nie po drodze, przy czym niewątpliwie można pobrudzić sobie ręce. 

Bieda to stan umysłu

Opadł już kurz po aferze u Wojewódzkiego, kiedy Julia Wieniawa zgodziła się z tezą, że bieda to stan umysłu. Drama ta wywołała tak duże oburzenie społeczne, że wyszła poza bańkę światka celebrytów. Tymczasem sam papież Leon XIV jakby postanowił odpowiedzieć Julii, pisząc w swojej pierwszej Adhortacji Dilexi Te: „Ubóstwo nie jest wyborem. Są jednak wciąż tacy, którzy ośmielają się tak twierdzić, wykazując się ślepotą i okrucieństwem.” (DT 14) Wydaje się oczywiste, że człowiekowi nie przybędzie pieniędzy od samego myślenia o nich, ale czy jednak przewrotnie nie może okazać się, że w tej kontrowersyjnej tezie jednak coś jest?

A co gdyby powiedzieć, że „niewola to stan umysłu”? Zewnętrznie nie możemy oczywiście siłą naszych myśli rozerwać krępujących nas łańcuchów, ale to nie znaczy, że przestaliśmy być wewnętrznie wolni. Wiktor Frankl w swoich wspomnieniach z obozu w Auschwitz pisze o tym, że człowiekowi można zabrać wszystko, ale nie można zabrać mu możliwości wyboru tego w jaki sposób postąpi. W każdym położeniu można okazać się szlachetnym albo podłym. Można wznieść się ponad otaczającą rzeczywistość, co pokazywali więźniowie dodający innym otuchy i oddający swój ostatni kawałek chleba, żeby komuś uratować życie. Można jednak również dać się wciągnąć w otchłań okrucieństwa i jako współwięzień okazać się bardziej bezwzględnym niż niejeden SS-Man. Na tę decyzję w momencie skrajnego doświadczenia wpływać będzie szereg wydarzeń z naszego życia, ale to właśnie wtedy objawić się może szczyt naszego człowieczeństwa. Nie inaczej dzieje się w codziennym życiu, kiedy możemy w pełni skorzystać z naszej wolności i postąpić właściwie, a możemy ulec oczekiwaniom innych, naszym własnym lękom albo żądzom i ostatecznie postąpić źle.  

Czy zatem bieda nie może być również stanem umysłu? Czy nie przyznalibyśmy racji temu, co mawiał Bob Marley, że „niektórzy ludzie są tak biedni, że mają tylko pieniądze”? Czy prawdziwie bogatym nie okaże się kiedyś ten, kto na ziemi miał niewiele, bo skarby gromadził sobie w Niebie? Znowu warto spojrzeć bardziej na to, co dzieje się w naszym sercu, niż na zewnętrzny stan naszego portfela. Wszak może być milioner całkowicie wolny wobec swoich milionów, a ktoś inny może być tak przywiązany do swojego jedynego kubka do kawy, że gotów jest za niego zabić. Praktyka jednak pokazuje, że im więcej się posiada, tym trudniej o dystans wobec pieniędzy. Sam Jezus mówi, że „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Łk 18,25). Dlatego też błogosławieni są ubodzy w duchu, czyli ci, którzy wobec tego co posiadają są wolni i pamiętają, że wszystko jest łaską i darem od Pana. Są ubodzy, bo wszystko mają „u Boga”. Papież Leon, cytując Jana Chryzostoma i św. Ambrożego, przypomina nam, że „nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami. (…) Nie obdarowujesz przecież biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością. Sam bowiem przywłaszczasz jedynie sobie to, co należy do wszystkich” (DT 42-43).   

Kiedy sami mamy pod dostatkiem, łatwo jest zamknąć się w swoim świecie i nie zauważać, że w istocie nic nie należy do nas. „Trzeba powiedzieć, że rozwinęliśmy się pod wieloma aspektami, ale jesteśmy analfabetami w towarzyszeniu, opiece i wspieraniu najsłabszych i najbardziej wrażliwych w naszych rozwiniętych społeczeństwach. Przyzwyczailiśmy się do odwracania wzroku, do przechodzenia obok, do ignorowania sytuacji, chyba że dotyczą nas bezpośrednio” (Fratelli Tutti 64) Dlatego co jakiś czas robię sobie rachunek sumienia i zastanawiam się jak to jest możliwe, że ja tu sobie spokojnie żyję i nic mi nie brakuje, podczas gdy tak wielu ludzi nie ma za co wyżywić rodziny albo pracują tylko po to żeby przetrwać. Szukam wokół siebie Łazarzów, którzy czekają na okruchy z mojego ucztowania, ale łapię się nie raz na myśleniu tego świata, które podpowiada, że przecież uczciwie sobie zarobiłam i mogę zrobić z tym co zechcę.

Wydaje się jednak, że dzielenie się dobrami materialnymi nie jest jeszcze najważniejszą lekcją do przerobienia. Jest jeszcze ta, by nie patrzeć z góry. Papież Leon przywołując wielu świętych, zauważa, że „każdy z nich na swój sposób odkrył, że najubożsi są nie tylko przedmiotem naszego współczucia, ale nauczycielami Ewangelii. Nie chodzi o to, by „przynosić im” Boga, ale by spotkać Go przy nich. Wszystkie te przykłady uczą nas, że służba ubogim nie jest gestem wykonywanym „z góry ku dołowi”, ale spotkaniem równych sobie, gdzie Chrystus się objawia i jest adorowany.” (DT 79) Trzecią lekcją do odrobienia jest jeszcze trudniejsza. Usłyszałam ostatnio, że to co odróżniało Samarytanina od kapłana i lewity, było to, że on miał czas. W życiu zaplanowanym pod linijkę z kalendarzem po prostu nie ma przestrzeni, by kochać tych, którzy nas potrzebują. Jezus wielokrotnie pokazywał, że Jemu nigdzie się nie spieszy. Skoro On miał czas, to czemu ja miałabym go nie mieć? Czy rzeczywiście to, co mam do zrobienia, jest tak szalenie ważne i potrzebne, że nie mieści się już tam drugi człowiek? Prawdziwie biedny jest ten, kto okazuje się zbyt zajęty, by mieć czas na to, co naprawdę ważne. A zatem to stan umysłu. Nie ma wątpliwości.

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑