Blog Ewy Bartosiewicz

Miesiąc: lipiec 2021

Wiatr wieje tam, gdzie chce

Postanowiłam napisać dzisiaj trochę o tym gdzie jestem w mojej życiowej drodze, zainspirowana ostatnim filmikiem Agaty z Prawie Morały, gdzie opowiada o tym, że rzadko dzielimy się tym, co przeżywamy będąc wewnątrz kryzysu. To jednak moment, w którym wielu z nas jest i może warto się właśnie w tym czasie wspierać i przypominać sobie i innym, że kryzys się kiedyś skończy.      

Wiatr był, od kiedy pamiętam, moim ulubionym żywiołem. Uwielbiam stać na szczycie góry, kiedy swobodnie hula po zboczach. Lubię patrzeć na uginające się pod jego wpływem drzewa i czuć jego powiew na twarzy. To wiatr dodaje energii, wprawia w ruch, orzeźwia podczas upału. Oczywiście może też być destrukcyjny i bezwzględny w swojej sile, co budzi respekt. Wiatr też zwiastuje zmiany. Jezus mówi Nikodemowi, że „wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” (J3,8). Dlatego te zmiany są dla nas często zaskoczeniem i trudem.

Wiatr i duch po grecku (pneuma) są tym samym słowem. Nic więc dziwnego, że czujemy czasem jakby Duch Święty nas przenikał i wręcz porywał w różne miejsca w życiu. Łatwo mówić o tym kiedy nas już przeprowadzi przez żmudną wędrówkę przez pustynię i doprowadzi do Ziemi Obiecanej. Trudniej jednak, kiedy mamy poczucie, że pustynia dopiero się zaczyna. To miejsce trudnej drogi, bo cel wydaje się być nieosiągalny, skoro zupełnie nie widać go na horyzoncie, a w nocy czasami budzi się lęk, bo odgłosy dzikich zwierząt przypominają demony. W takim momencie trzeba zaufać Bogu i swojej intuicji. Jestem dziś dokładnie w tym punkcie – nie wiadomo zupełnie nic i bywa ciężko, ale czuć na skórze powiew Ducha. I to musi wystarczyć.

Pustynie nie jest jednak tylko miejscem, gdzie słychać dzikie zwierzęta i widać piasek po horyzont. To też (a może przede wszystkim) miejsce spotkania z Bogiem. Jutro zaczynam swoje rekolekcje (tym razem nie wprost na pustyni, ale u stóp Pirenejów) i wiem, że On będzie do mnie mówił. Wątpię, żeby nakreślił mi nowy plan i pokazał dokąd mam iść, ale z pewnością zaopatrzy mnie w wodę i prowiant, żebym miała siły iść dalej.

Obiecuję modlitwę i proszę o nią! 

Chodź i zobacz!

Dwa i pół roku temu podczas jednego z wyjazdów formacyjnych usłyszałam mądrość życiową, która towarzyszy mi do dzisiaj. Jedna prosta zasada: kochaj i śmiej się. Urzekła mnie ona i utwierdziła w przekonaniu, że kiedy ktoś podchodzi do życia ze śmiertelną powagą, coś jest nie tak. Choć wiele łez na mojej drodze ostatnio, to miłość i uśmiech grają w nim jednak główną rolę.

Ostatnio było o muzyce, to teraz czas na film. Kto mnie zna, wie, że nie jestem kinomanką. Lista filmów, które powinnam zobaczyć jest u mnie niezwykle długa i muszę założyć, że większości z jej pozycji nigdy nie zobaczę. Jest jednak film, a nawet serial, który oglądam ostatnio z podekscytowaniem, oczekując z niecierpliwością kolejnych odcinków. O „The Chosen” słyszałam już wielokrotnie w poprzednich latach, ale dopiero kilka miesięcy temu zdecydowałam się obejrzeć pierwszy odcinek. Wcześniej myślałam to, co pewnie wiele innych osób ma w głowie: „Czy może być coś dobrego z Nazaretu? Czy można zrobić dobry film o Jezusie?” Otóż można! To, co stworzył Dallas Jenkins ze swoją ekipą jest dla mnie fascynującą podróżą nie tylko po wiernie oddanych scenach z Ewangelii, ale też sieci relacji, które tworzą się wokół Jezusa i w opozycji do Niego. Każdy odcinek był dla mnie swoistym wprowadzeniem do modlitwy, na którym wiele razy płakałam. Jednak serial ten dostarcza nie tylko wzruszeń, ale też przepełniony jest błyskotliwymi dialogami i świetnymi żartami, przez co doskonale wpisuje się w motto „kochaj i śmiej się”.

Myślę, że nie będzie wielkim spoilerem, jeśli podzielę się z Wami jedną sceną, która pojawia się w drugim sezonie, a która stała się dla mnie duchową inspiracją. Pokazany jest moment łuskania kłosów w szabat, ale w taki sposób, że łuskanie zaczyna Piotr (jeszcze Szymon), który żywo o czymś opowiada, kiedy apostołowie z Jezusem przechodzą przez pola zbóż. Robi to jakby nieświadomie i pewnie w ogóle by się nie zorientował, gdyby nie fakt, że pozostali apostołowie patrzą na niego z przerażaniem. Przecież jest szabat, a zbieranie plonów jest niedozwolone. Wszyscy są bardzo głodni, bo zaczyna brakować im zapasów i każdy ma ochotę, żeby coś przegryźć. Jezus wypowiada tylko jedno słowo: „możecie”. W tym momencie jakby ktoś uwolnił apostołów z krępujących ich więzów i zwrócił wolność, którą odebrały im przepisy prawa. Potem oczywiście pojawiają się oburzeni faryzeusze, a Jezus tłumaczy im cytując Pisma o Dawidzie i kapłanach, ale to wydaje się mniej ważne. Można próbować pojąć rozumem dlaczego pewne rzeczy są ważniejsze od litery prawa, ale wydaje mi się kluczowe, by nie dać sobie w sercu skleić rzeczywistości grzechu, który oddziela od Boga i zamyka na miłość, z tym, co nie wypada, nie będzie mile widziane i spowoduje gniew innych. Jeśli na naszej modlitwie Jezus konsekwentnie mówi do nas „możecie”, a w nas ciągle pojawia się wątpliwość „ale co inni powiedzą?”, może warto z radością przyjąć wolność dzieci Bożych. 

p.s. Jako wielka fanka „The Chosen” oglądam nie tylko sam serial, który możecie znaleźć na https://watch.angelstudios.com/thechosen, (polskie napisy są robione na bieżąco – póki co nie ma ich dla 3 ostatnich odcinków 2 sezonu, ale pewnie lada moment będą), ale też dodatki na oficjalnym kanale,  inspiracje pastora Brandona, oraz komentarze mesjanistycznych żydów 😉 Jeśli jeszcze nie zaczęliście oglądać, to nadrabiajcie prędko, bo jesienią już trzeci sezon!

 

Jest wszystko!

Czas szybko mija w wakacje, szczególnie jeśli w planach jest mnóstwo wspaniałych spotkań ze wspaniałymi ludźmi. Przez ostatnie 3 tygodnie spłynęło na mnie, nawet nie morze, ale cały ocean dobra, wsparcia i miłości, za które jestem ogromnie wdzięczna. Wśród nich nie mogę nie wspomnieć wiadomości od dwóch moich byłych uczniów z Gdyni, którzy sprawili mi ogromną radość wspominając lekcje religii, które w moich oczach wydawały się kompletną katastrofą, a jednak kogoś do Pana Boga przyprowadziły. Niesamowite jak niedoskonałymi narzędziami posługuje się Ten, który sam jest Najdoskonalszy!

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami piosenką, która przez ostatnie pół roku była dla mnie przewodnikiem po nowych ścieżkach. To ona przygotowywała mnie na trudne decyzje i do dziś sprawia, że wobec rzeczywistości staję z ogromną wdzięcznością, bez żalu i frustracji. Wprost nie ma w niej nic o Jezusie, ale to zupełnie nic nie szkodzi. O innej piosence tego zespołu pisał zresztą wczoraj Dominik Dubiel SJ.

I to zapiera dech, że jest coś, a nie nic.
Gdy budzisz się to nadal jesteś Ty
I to zapiera dech, że obok ciebie jest ktoś
I że mogło być nic… A jest wszystko…

Jest w tym coś niesamowitego, że przecież nie ma nic, co  by się nam zawsze należało, co zawsze będzie i czego nigdy nie stracimy. Naprawdę mogło być nic! Kiedy człowiek sobie to uświadomi, to przekroczy bardzo ważną granicę w życiu, która biegnie nieubłaganie między narzekaniem na brak a wdzięcznością za zasób. To zupełna podstawa.

Kolejny krok idzie dalej i sprawia, że nie tylko dostrzegamy to, co mamy, a mniej skupiamy się na tym, czego nie ma, ale też zauważamy, że to naprawdę wszystko czego nam potrzeba. Bogu się nasza rzeczywistość nie wymknęła spod kontroli, On w szczegółach dba o to, żeby ostatecznie to, co nas spotyka, doprowadziło nas do świętości. Myśl o tym, że już dziś, tu i teraz, mamy wszystko jest bardzo uwalniająca!

Ale są jeszcze dwie inne mądrości w tym refrenie. Bez względu na to jak bardzo fundamenty naszego życia się zatrzęsły, bez względu na to, co się wydarzyło, co straciliśmy, co zyskaliśmy, co się zgubiło i co odnalazło… nadal to jesteśmy my. Do głębi naszego jestestwa, do centrum ducha i duszy. Nic nie jest w stanie tego zmienić, choćby zewnętrzne okoliczności próbowały udowodnić coś zupełnie przeciwnego. I podobnie niezmiennie obok nas jest Ktoś – Ten przed duże K; Ten, który mówi o sobie „Jestem”. Świadomość Jego obecności naprawdę zapiera dech, otwiera serce i oczy, zapewnia bezpieczeństwo, ale też niesamowicie szaloną przygodę. To właśnie dzięki Niemu, tam gdzie inni widzą nic, my możemy zobaczyć WSZYSTKO.

p.s. A to jeszcze tutaj zostawię…  bez komentarza…

© 2022 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑