Spojrzenie Serca

Blog Ewy Bartosiewicz

Salvador Delulu i sacrum wyobraźni

Miałam ostatnio okazję zobaczyć spektakl pt. „Salvador Delulu” inspirowany twórczością Salvadora Dalego. Twórcy starali się pokazać za pomocą tańca charakter i temperament ekscentrycznego hiszpańskiego artysty. Skorzystali oni z różnych elementów jego historii, wśród których najważniejszym był klucz i miska, gdyż Dali miał w zwyczaju zasypiać w fotelu z kluczem w ręku. Kiedy wchodził w początkową fazę snu zwaną hipnagogia, klucz spadał i uderzał o miskę, a artysta budził się i zaczynał malować to, co jego mózg wytworzył w tym specyficznym czasie mieszania się snu i jawy. Właśnie do tego stanu nawiązuje drugi człon nazwy spektaklu, czyli „Delulu” – we współczesnym slangu określenie kogoś, kto ma nierealistyczne przekonania lub żyje w świecie fantazji.

Dali w 1971 roku udzielił wywiadu w Nowym Jorku, i oprócz tego, że przybył tam z mrówkojadem wypożyczonym z lokalnego zoo, to mówił też o tym, że jego sztuka nie ma żadnego przesłania. Nie ma nic do przekazania światu przez swoje obrazy, ale pragnie tylko uwiecznić to, co jest kawałkiem jego podświadomości. Takie postawienie sprawy przypomina nam, że choć analizowanie sztuki w poszukiwaniu analogii do literatury, historii, innych dzieł czy wydarzeń z życia twórcy, może być fascynujące, to jednak najważniejszy jest nasz subiektywny jej odbiór. Dzieła Dalego mogą być dla nas niepokojące. Często pokazują świat bardzo naturalistycznie, a jednocześnie są zatopione w absurdzie i surrealizmie. Łączą to, co naturalne, z konstrukcjami technicznymi i sprzętem naukowym. Część obrazów nawiązujących do chrześcijaństwa możemy nawet uznawać za obrazoburcze, choć sam artysta twierdził, że tworzy je chcąc pokazać naszą wiarę we współczesny sposób, a nie ją dyskredytować. Jakikolwiek nie byłby nasz osobisty odbiór tej sztuki, z pewnością może nas ona prowokować do zadawania pytań i szukania Bożego przesłania też w tym co absurdalne i co wymyka się prostym kategoriom naszych religijnych schematów.

Warto zatrzymać się też chwilę nad fenomenem snów. W biblii odgrywają one ważną rolę zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Pan Bóg do wielu władców przemawiał przez sny, a swoim prorokom dawał dar ich tłumaczenia – taką zdolność miał np. Daniel czy Józef Egipski. W Ewangelii Boży głos słyszał w snach św. Józef i dzięki nim mały Jezus nie został zamordowany przez Heroda w czasie rzezi niewiniątek. Znaczy to, że również my możemy zobaczyć jakieś Boże przesłanie w tym, co wydarza się podczas naszych nocy. Z pewnością możemy wtedy lepiej poznać samych siebie, bo to czas, kiedy nie działają już mechanizmy obronne i nasza podświadomość pozwala sobie na tworzenie obrazów, które mogą być dla nas niewygodne. Oczywiście nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego, co nam się śni, a już tym bardziej rozpatrywać ich w kategoriach moralnych. Jeśli w naszym śnie np. kogoś zamordujemy, to nie powinno to w nas budzić jakiegokolwiek poczucia winy, ale może nas zastanowić i zrodzić pytania np. o jakąś niewyrażoną złość.

W Kościele spotkać można nurty, które z dużym dystansem a nawet lękiem patrzeć będą nie tylko na sny, ale w ogóle na naszą wyobraźnię. Tymczasem ona też jest darem od Boga, który możemy w bardzo skuteczny sposób przekuć na budowanie z Nim relacji. Nieocenionym przewodnikiem na tej drodze był Ignacy Loyola, który w swoich Ćwiczeniach Duchowych zapraszał nas do kontemplacji Słowa Bożego z wykorzystaniem właśnie wyobraźni. Zachęcał by zobaczyć oczami duszy daną scenę biblijną i umieścić tam siebie samego – nie tylko w roli obserwatora, ale też czynnego uczestnika wydarzeń. Osoby, które uczą się kontemplacji ignacjańskiej na początku często doświadczają wątpliwości i zadają sobie pytania: „czy ja tak mogę?”, „czy to wypada?” albo zauważają słusznie – „przecież tego nie ma w Biblii”. Jeśli jednak przejdą przez to pierwsze zawahanie i pozwolą swojej wyobraźni czynnie uczestniczyć w modlitwie, doświadczają ogromnej bliskości Boga i są w stanie poznawać Go wszystkim zmysłami.

Może Wielki Post być dla nas dobrą okazją do tego, żeby w tym czasie z większą uważnością szukać obecności Boga w różnych przestrzeniach naszego życia. Może na nowo usłyszymy Jego głos w sztuce, kulturze, muzyce, a może jeszcze bardziej w naszej własnej wyobraźni.  

Jeśli szukasz znaku, oto on

Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę? 

Znaki towarzyszą nam w życiu na dwa sposoby. Możemy ich aktywnie szukać, po to żeby potwierdziły nasze rozeznanie, dały nam więcej pewności w podjętych decyzjach, albo wręcz zwolniły nas nieco z odpowiedzialności za dokonane wybory. To jest rodzaj znaków, które Jezus wydaje się ganić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia” (Łk 12,29-30). Syn Człowieczy wyjdzie z grobu po trzech dniach, jak Jonasz wyszedł z wnętrza ryby. Jeśli to ich nie przekona, to żadne inne znaki nie mają sensu. 

Jest jednak inny rodzaj znaków, których możemy w życiu doświadczyć. To nie my ich szukamy, ale one znajdują nas. To momenty zupłenie nieoczekiwane, w których nadprzyrodzoność wydaje się z całą mocą przebijać przez monotonną rzeczywistość. To seria zbiegów okoliczności, które wydają się całkowicie niemożliwe; to niebo, które przy zachodzie słońca przybiera zupełnie nienaturalne barwy i przypomina nam ważny moment z naszego życia; to bardzo ważny dla nas cytat znaleziony w najmniej oczekiwanym miejscu; to absolutnie niszowa ulubiona piosenka, lecąca nagle z losowego radia w galerii handlowej. To wszystkie te chwile, kiedy zatrzymujesz się nagle i mówisz sam do siebie „serio?”. W przypadku takich znaków, Bóg wręcz się niepokoi jeśli ich nie dostrzegamy: „Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?” (Łk 12,56). Jemu bardzo zależy, żebyśmy odczytywali Jego drobne gesty miłości w naszej codzienności. 

Ostatnio odświeżam sobie po kilkunastu latach pozycję książkową pt. „The beautiful outlaw” Johna Eldredge’a (która chyba nadal nie doczekała się polskiego tłumaczenia). Wciąż jest niesamowicie odświeżająca, pokazująca Jezusa z Jego poczuciem humoru, zaciętością, charakterem. Lektura ta uświadomiła mi, że to w jaki sposób patrzymy na znaki ma duży związek z naszym obrazem Boga. Kiedy ich poszukujemy, wydaje się, że jesteśmy w relacji z kimś, kto jest daleki i osądzający. Łatwo można zrobić coś nie po jego myśli i go rozczarować. Szukamy więc potwierdzenia, że idziemy właściwą drogą, że się nie zgubiliśmy, że nadal jesteśmy w porządku. Tymczasem rozpoznawanie znaków, które same pojawiają się w naszym życiu, zdradza relację z kimś bardzo bliskim. Ktoś, kto robi nam ciągle niesamowite niespodzianki przypomina najlepszego przyjaciela, który doskonale wie co sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a nawet wywoła śmiech i okrzyk radości. Jednocześnie też wie jak nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, powstrzymać przed głupim przesięwzięciem i przypomnieć, że nie jesteśmy samowystarczalni.  

Nie jest łatwe znalezienie odpowiedniego balansu między odczytywaniem znaków jako sposobu komunikacji Boga z nami a nadinterpretacją sytuacji, które nam się przydarzają i podejmowaniem na ich podstawie decyzji. Z jednej strony Jezus zachęca do odkrywania Jego subtelnych podpowiedzi w naszych życiowych poszukiwaniach, ale nie możemy traktować ich w sposób magiczny. Nic nie zwalnia nas z uczciwego procesu rozeznawania, który weźmie pod uwagę nasze słabości i wynikające z nich pokusy, realia rzeczywistości, w której żyjemy czy naszą historię życia. Gdy więc zobaczymy nasz znak na witrynie sklepowej, na pewno warto go zauważyć i się usmiechnąć, ale może nie zawsze ruszać za nim bez zastanowania.              

 

Pluribus a teologia relacji

Ostatnio miałam okazję obejrzeć jeden z najbardziej popularnych w ostatnim czasie seriali na świecie, czyli „Pluribus„. Sam tyluł jest już intrygujący (i jak zwykle fatalnie przetłumaczony na polski jako „Jedyna”…). Pluribus po łacinie oznacza „z wielu” i np. użyty jest w motto na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum”, czyli „Z wielu, jeden”. Wskazuje zatem na pewną różnorodność, która połączona w jedno daje coś większego, potężniejszego i piękniejszego niż tylko zbiór jednostek. Serialowy pluribus jest oparty na futurystycznym pomyśle, że cała ludzkość mogłaby połączyć się w jedno (za pomocą fal radiowych z kosmosu) i stworzyć doskonałą całość, która posiada wiedzę i umiejętności całego wszechświata, pozbawiona jest wszelkiej przemocy, nigdy nie kłamie i komunikuje się za pomocą samej świadomości. Może się wydawać, że to rodzaj jedności, do której dążymy, która pozwoliłaby na wyrównanie wszelkich nierówności i zaprowadziłaby na ziemi prawdziwy pokój. Szybko się jednak orientujemy, że w tej jedności już nie ma miejsca na tę piękną różnorodność. Choć połączona ludzkość deklaruje, że żyje w stanie doskonałej miłości, to jednak czujemy, że z miłością ma to mało wspólnego. Choć ludzie w zewnętrznej formie utrzymują swoje unikalne ciało, to na tym kończy się ich indywidualizm i wolność. Każdy jest trybikiem, służącym jedynie do utrzymania tej ogromnej machiny.

Obraz ten budzi we mnie wiele skojarzeń filozoficznych i teologicznych. Zaprasza do rozważań na temat tego jak będzie wyglądać nasza jedność z Bogiem w wieczności i w jakiej jedności znajdują się Osoby w Trójcy Świętej. Na te pytania oczywiście nie mamy pełnej odpowiedzi, ale możemy przyglądać się relacji Jezusa z Ojcem i zobaczyć, że choć są jednością, to nie rozpływają się ani w sobie wzajemnie ani w Duchu Świętym. Miłość między nimi wynika z trzech unikalnych relacji – Ojca z Synem, Syna z Duchem i Ojca z Duchem. Innej miłości nie ma, jak między dwoma odrębymi Osobami. Dlatego Jezus podczas ziemskiego życia potrzebował czasu na modlitwę, a głos Ojca odzywał się z niebios kilkukrotnie. Osoby Boskie są zupełnie odrębne i zachowują całkowicie swoją indywidualność, mimo, że są jednym Bogiem. Podobnie i my nigdy nie zostaniemy wchłonięci przez Boga, ale pozostaniemy sobą (choć w najlepszej wersji siebie, pozbawionej grzechu).     

W serialowym procesie połączenia wszystkich ludzi na ziemi nie wzięło udziału tylko kilka jednostek, które ze względu na swój kod genetyczny, nie mogły przejść integracji. Taką jednostką jest Carol – główna bohaterka serialu. To właśnie o niej możemy przeczytać w opisie na fimwebie: „Najbardziej nieszczęśliwa osoba na Ziemi musi uratować świat przed szczęściem”. Dlaczego musi ratować świat przed szczęściem? Ponieważ ta połączona ludzkość próbuje ją wciągnąć do swojego środka wbrew jej woli, tłumacząc, że to dla jej dobra i buduje fałszywy obraz szczęścia, które w istocie jest anihilacją. Ja jako widz jestem przekonana, że wcale nie chciałabym być częścią tej jedności i kibucuję tym, którzy chcą się przed nią bronić. To przypomina mi o kolejnej bardzo ważnej prawdzie teologicznej – Bóg nigdy nie odbiera nam wolności i nigdy nie zmusi nas do wieczności z Nim. Osobiście noszę w sobie nadzieję powszechnego zbawienia i jest we mnie ufność, że każdy ostatecznie sam w wolności wybierze Niebo, ale absolutnie konieczne jest istnienie alternatywy w postaci piekła, nawet jeśli miałoby być puste. Oczywiście wieczność z Bogiem jest prawdziwą szczęśliwością, a nie atrapą, którą możemy zobaczyć w serialu, ale jednak wydaje się, że zbyt wiele osób żyje w lęku przed tym, że zostaną wchłonięci i że musieliby zaprzeczyć sobie, żeby zostać zbawionym. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Miłość wtedy jest miłością, kiedy daje całkowitą wolność, a nie zamyka w złotej klatce.

Jest jeszcze jeden wątek, który szeroko omawiany jest przy okazji serialu „Pluribus” – podobieństwa z modelami sztucznej inteligencji. Przecież AI też zawiera całą wiedzę wszechświata i rozmawiając z jednym botem, de facto komunikujemy się z czymś więcej. Dylemat jednak wydaje się zupełnie odwrotny. Podczas gdy serialowi bohaterowie zastanawiają się czy to są faktycznie jeszcze ludzie, jeśli tak naprawdę stacili swoją tożsamość, my zastanawiamy się czy to może już osoba, skoro możemy z nią prowadzić konwersację. A może jeszcze częściej wcale się nie zastanawiamy, tylko zaczynamy traktować AI jak przyjaciela, lekarza i terapeutę, a nie tylko wielką encyklopedię. To wszystko stawia nas w obliczu pytania o granice człowieczeństwa i wydaje się, że właśnie w tej sprawie już niebawem więcej przeczytamy od samego papieża. Czekam z niecierpliwością!      

 

W Imię Jezusa

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano i które przez wieki inspirowało do największego dobra, szlachetnych postaw i męczeństwa, ale jednocześnie Imię, z którym na ustach wielokrotnie mordowano i czyniono zło. Dzisiejsze święto jest również dniem „imienin” jezuitów, których jedną z najważniejszych misji jest uczenie nas rozeznawania. To niezwykle ważna sztuka poszukiwania tego, czego Bóg pragnie w swoje Imię zdziałać w naszym życiu i na świecie. Zakłada ona, że nie będziemy ślepo podążać za tym, co mówią nam inni, choćby byli świetlanymi przykładami i mieli jak najlepsze intencje. Nasz Stworzyciel pragnie bowiem z każdym z nas komunikować się bezpośrednio i prowadzić nas niepowtarzalną drogą. Nie oznacza to koniecznie porzucenia cennych wskazówek, ale podjęcie ryzyka, by dokonywać nieoczywistych wyborów.

Kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie film „Misja”. Akcja dzieje się w XVIII wieku, kiedy jezuici zbudowali doskonale funkcjonujące misje w Ameryce Południowej. Ich historia do dziś może inspirować i pokazywać w praktyce dylematy, z którymi w różnej skali przychodzi nam się mierzyć w naszym życiu. Wspaniałe dzieło misyjne, znane pod nazwą „redukcji paragwajskich”, dało schronienie i miejsce na rozwój tysiącom Indian Guarani, ale po 160 latach funkcjonowania zostało zaprzepaszczone z powodu działań politycznych i układów między Watykanem i kolonistami. W filmie widzimy dwóch głównych bohaterów, którzy jako jezuici prowadzący misje, proszeni są o ich porzucenie i namówienie Indian do powrotu do dżungli, bo tereny mają być przejęte przez Hiszpanię i Portugalię. Obaj mają różną wizję tego jak należy postąpić – jeden decyduje się na otwartą walkę z agresorami w obronie Indian i ich wspólnego domu; drugi postanawia bez użycia jakiejkolwiek przemocy oddać się jedynie modlitwie i uwielbieniu. Obie postawy mają swoje uzasadnienie i można by je podeprzeć społeczną nauką Kościoła. Ważne jednak, że żaden z zakonników nie zdecydował się na wygodne opuszczenie terenów misji zgodnie z poleceniem wysłannika władz kościelnych. Byłoby to przecież wypełnieniem zewnętrznego posłuszeństwa, a jednak stałoby w sprzeczności z ich własnymi sumieniami.

W codzienności rzadko przychodzi nam się mierzyć z tak poważnymi dylematami. Zazwyczaj nie musimy decydować o życiu swoim i innych, ale nadal czasami może dotykać nas problem pójścia pod prąd powszechnym przekonaniom i bezpiecznym rozwiązaniom, by wybrać to, co podpowiada nam nasze serce i rozum. Wiąże się to zawsze z podjęciem ryzyka, że możemy wybrać źle lub że zostaniemy niezrozumiani i oskarżeni o złe intencje. Taka decyzja może oznaczać zabranie głosu wtedy, kiedy wygodniej byłoby nic nie mówić albo milczenie wtedy, kiedy inni oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron. Może oznaczać wybór tego, co po ludzku zupełnie się nie opłaca albo pójście drogą w nieznane zamiast utartą ścieżką. To jest jednak ryzyko, które podejmuje dziecko Boże, pewne, że Ojciec będzie je wspierał i będzie mu błogosławił nawet jeśli się pomyli, nawet jeśli odejdzie, nawet jeśli zawiedzie. Jego niezmienna miłość jest gwarantem tego, że nasze szczere intencje i gorliwość są najważniejsze, bo z całej reszty On może wydobyć dobro. Jeśli zaś nie podejmujemy tego ryzyka, to zachowujemy się jak niewolnik, który co prawda doskonale wypełnia prawo i polecenia, ale w rzeczywistości nie ma relacji z Ojcem i nie szuka z odwagą tego, co właściwe. Może okazać się, że nasze źle uformowane sumienie zaprowadzi nas kiedyś na manowce, ale przecież nadal mamy obowiązek go słuchać, bo to jedyny sposób, by odczytać to, czego pragnie Bóg. Obyśmy tak potrafili dzisiaj i przez cały nadchodzący rok – odwagi i ufności!

To by wystarczyło

„To by wystarczyło”. Ta fraza pada wielokrotnie w modlitwie zwanej dayenu, którą odmawiają żydzi podczas wieczerzy sederowej w trakcie święta paschy. Ten moment był też jednym z tych, które najbardziej poruszyły mnie w trakcie piątego sezonu The Chosen (nasz komentarz do tego odcinka już jest na YT!). Podczas modlitwy przywoływane są kolejne interwencje Stwórcy w historię i wszyscy uświadamiają sobie, że każde z nich byłoby wystarczające, by na wieki żyć wdzięcznością. W serialowym przedstawieniu Jakub dodaje jeszcze kolejne wezwanie pokazujące, że po wybudowaniu światyni Bóg nadal zsyła kolejne dary – swojego Syna, Mesjasza. On wciąż działa! Przypominanie sobie cudów w moim życiu, w Kościele i w historii zbawienia sprawia, że potrafię z dużo większym dystansem i otwartością spojrzeć na sytuacje, które może nie zawsze są po mojej myśli. Zdaję sobie sprawę, że wszystko czym Bóg mnie obdarza to dużo więcej niż potrzebuję, ale tylko czasami zalewa mnie wdzięczność z powodu tych darów. 

Ostatnio moja rodzona siostra przesłała mi gospelową piosenkę, która pięknie mówi o tym, że tak naprawdę moglibyśmy obejść się bez wszystkiego co mamy, bo przecież Jego sama obecność i miłość wystarczą. Słyszymy tam też piękne i symboliczne imię Boga Jireh (hebr. Yahweh Yireh), które wywodzi się z biblijnego wydarzenia z Księgi Rodzaju, gdzie Bóg wystawia Abrahama na próbę poświęcenia swojego jedynego syna, Izaaka. Gdy Abraham już ma złożyć ofiarę, anioł powstrzymuje go i wskazuje na barana przywiązanego w zaroślach, który staje się ofiarą zastępczą. Abraham nazywa to miejsce Adonai Yirʾeh („Pan Zobaczy/Zaopatrzy”). Tę scenę w sposób rozdzierający serce pokazuje też The Chosen, kiedy Jezus modlący się w Ogrójcu wyraża swoją nadzieję, że Ojciec znajdzie i za Niego innego baranka. Tym razem jednak innego baranka nie ma. Jezus po to przyszedł na świat, by oddać życie za nas wszystkich. Zrobił to przecież dobrowolnie i przynajmniej od pewnego momentu wiedział już na pewno w jaki sposób umrze, a jednak nawet On miał chwilę słabości, kiedy nie wszystko było dla Niego jasne. Gdy zaczynam patrzeć z perspektywy tak ogromnej miłości, sama się dziwię, że są momenty, kiedy wydaje mi się, że czegoś mi brakuje. 

On widzi i On zaopatrza – daje wszystko, a nawet więcej. Myślę też, że magiczne słowo „wystarczy” warto czasami przyłożyć do swojego życia. Ja wielokrotnie łapię się na szatańskiej logice niewystarczalności, myśląc, że powinnam więcej robić, bardziej się troszczyć, mocniej się starać. Czasem wtedy słyszę jak Jezus mówi mi proste: „you are enough”, jesteś wystarczająca. Czasem dopiero to, co ja odpuszczę, daje przestrzeń by On mógł działać, by mógł okazać się Bogiem hojnym i rozrzutnym, który naprawdę widzi czego potrzebuję.   

 

Czas to miłość

Listopad to taki moment roku, w którym częściej myślimy o przemijaniu, śmierci, wieczności. Może bardziej zastanawiamy się nad tym, co ważne. Ja, jak co roku, odwiedzając moich bliskich na cmentarzu, postawiłam też znicz na grobie mojego nauczyciela geografii, który zmarł zupełnie nagle w dniu mojej ustnej matury z polskiego, czyli już ponad 23 lata temu. Nadal przed oczami mam jego dobrotliwą twarz i choć naprawdę niewiele niestety zdołał mnie nauczyć geografii, to jednak zapisał się w mojej pamięci. Może dlatego, że był zawsze po stronie uczniów; może dlatego, że był ludzki i życzliwy, a może po prostu dlatego, że miał dla nas czas.

Dlatego dziś o czasie kilka myśli. Czymże on jednak tak naprawdę jest? Dla Kanta – zmysłową formą naoczności, służącą do porządkowania wydarzeń. Dla wielu innych – czymś, co można wymienić na pieniądz, a później na pożądane rzeczy i usługi. Dla jeszcze innych, wśród których się odnajduję – najcenniejszym skarbem. Jak śpiewa na swojej najnowszej płycie Grzegorz Turnau: „choć nie pachnie, kształtu nie ma, nikt nie dotknął go ni raz, skarb każdego pokolenia, mamy czas! mamy czas!” I czasem żałuję, że pieniądz to nie czas i nie można zakupić dodatkowej godziny w ciągu dnia, żeby zmieścić się ze wszystkimi planami i marzeniami. 

W świecie instant, w którym żyjemy, może nam się wydawać, że cenimy nasz czas. Nie potrafimy czekać, wszystko chcemy mieć na wczoraj. Wydaje nam się, że każda chwila powinna być wykorzystana. Ostatnio kilka razy obił mi się o uszy cytat Earla Nightingale, który mówił: „Nigdy nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie”. To, co prawdziwie wartościowe, wymaga dojrzewania i nabierania smaku. Nie da się tego dostać od ręki, a efekty może dostrzeżemy po latach. Wiele razy też w życiu kierowałam się podobną maksymą, przypominając sobie, że czas nie był stracony, nawet jeśli do tego zamierzonego celu nigdy nie doszłam. Sama droga, na której się rozwijałam, nieustannie uczyłam, poznawałam siebie, był już wart ruszenia w nią, choćbym dotarła zupełnie gdzieś indziej niż zakładałam.

Jednocześnie wydaje się, że choć świadomie dostrzegamy wartość tego najcenniejszego zasobu, w jakiś przedziwny sposób ciągle go trwonimy. Chyba nigdy w historii nie przeskrollowaliśmy tyle cennych chwil, nie zaniedbaliśmy tak bardzo relacji na rzecz robienia kariery i innych „ważnych” rzeczy. Nigdy wcześniej tak bardzo nie baliśmy się tego, że coś nam umknie i nie prześladowało nas wrażenie, że choćby moment bezczynności sprawi, że rozleci nam się świat. Powoli tracimy zdolność kontemplacji, patrzenia w gwiazdy, marzenia, refleksji, a może najbardziej zwyczajnej nudy, która pozwoliłaby naszym umysłom na choć odrobinę wytchnienia.

Krótki jest czas dany nam tu na ziemi. Kiedyś u kresu życia, kiedy będziemy się zastanawiać czy dobrze go wykorzystaliśmy, nie będziemy oceniać jak bardzo byliśmy produktywni i ile zadań, miejsc i wrażeń odhaczyliśmy. Spojrzymy wtedy raczej na chwile spędzone w bliskości z ludźmi, Bogiem i samym sobą. Zdamy sobie sprawę z tego, że czas jest jedyną walutą, którą można zamienić na miłość. 

Bieda to stan umysłu

Opadł już kurz po aferze u Wojewódzkiego, kiedy Julia Wieniawa zgodziła się z tezą, że bieda to stan umysłu. Drama ta wywołała tak duże oburzenie społeczne, że wyszła poza bańkę światka celebrytów. Tymczasem sam papież Leon XIV jakby postanowił odpowiedzieć Julii, pisząc w swojej pierwszej Adhortacji Dilexi Te: „Ubóstwo nie jest wyborem. Są jednak wciąż tacy, którzy ośmielają się tak twierdzić, wykazując się ślepotą i okrucieństwem.” (DT 14) Wydaje się oczywiste, że człowiekowi nie przybędzie pieniędzy od samego myślenia o nich, ale czy jednak przewrotnie nie może okazać się, że w tej kontrowersyjnej tezie jednak coś jest?

A co gdyby powiedzieć, że „niewola to stan umysłu”? Zewnętrznie nie możemy oczywiście siłą naszych myśli rozerwać krępujących nas łańcuchów, ale to nie znaczy, że przestaliśmy być wewnętrznie wolni. Wiktor Frankl w swoich wspomnieniach z obozu w Auschwitz pisze o tym, że człowiekowi można zabrać wszystko, ale nie można zabrać mu możliwości wyboru tego w jaki sposób postąpi. W każdym położeniu można okazać się szlachetnym albo podłym. Można wznieść się ponad otaczającą rzeczywistość, co pokazywali więźniowie dodający innym otuchy i oddający swój ostatni kawałek chleba, żeby komuś uratować życie. Można jednak również dać się wciągnąć w otchłań okrucieństwa i jako współwięzień okazać się bardziej bezwzględnym niż niejeden SS-Man. Na tę decyzję w momencie skrajnego doświadczenia wpływać będzie szereg wydarzeń z naszego życia, ale to właśnie wtedy objawić się może szczyt naszego człowieczeństwa. Nie inaczej dzieje się w codziennym życiu, kiedy możemy w pełni skorzystać z naszej wolności i postąpić właściwie, a możemy ulec oczekiwaniom innych, naszym własnym lękom albo żądzom i ostatecznie postąpić źle.  

Czy zatem bieda nie może być również stanem umysłu? Czy nie przyznalibyśmy racji temu, co mawiał Bob Marley, że „niektórzy ludzie są tak biedni, że mają tylko pieniądze”? Czy prawdziwie bogatym nie okaże się kiedyś ten, kto na ziemi miał niewiele, bo skarby gromadził sobie w Niebie? Znowu warto spojrzeć bardziej na to, co dzieje się w naszym sercu, niż na zewnętrzny stan naszego portfela. Wszak może być milioner całkowicie wolny wobec swoich milionów, a ktoś inny może być tak przywiązany do swojego jedynego kubka do kawy, że gotów jest za niego zabić. Praktyka jednak pokazuje, że im więcej się posiada, tym trudniej o dystans wobec pieniędzy. Sam Jezus mówi, że „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Łk 18,25). Dlatego też błogosławieni są ubodzy w duchu, czyli ci, którzy wobec tego co posiadają są wolni i pamiętają, że wszystko jest łaską i darem od Pana. Są ubodzy, bo wszystko mają „u Boga”. Papież Leon, cytując Jana Chryzostoma i św. Ambrożego, przypomina nam, że „nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami. (…) Nie obdarowujesz przecież biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością. Sam bowiem przywłaszczasz jedynie sobie to, co należy do wszystkich” (DT 42-43).   

Kiedy sami mamy pod dostatkiem, łatwo jest zamknąć się w swoim świecie i nie zauważać, że w istocie nic nie należy do nas. „Trzeba powiedzieć, że rozwinęliśmy się pod wieloma aspektami, ale jesteśmy analfabetami w towarzyszeniu, opiece i wspieraniu najsłabszych i najbardziej wrażliwych w naszych rozwiniętych społeczeństwach. Przyzwyczailiśmy się do odwracania wzroku, do przechodzenia obok, do ignorowania sytuacji, chyba że dotyczą nas bezpośrednio” (Fratelli Tutti 64) Dlatego co jakiś czas robię sobie rachunek sumienia i zastanawiam się jak to jest możliwe, że ja tu sobie spokojnie żyję i nic mi nie brakuje, podczas gdy tak wielu ludzi nie ma za co wyżywić rodziny albo pracują tylko po to żeby przetrwać. Szukam wokół siebie Łazarzów, którzy czekają na okruchy z mojego ucztowania, ale łapię się nie raz na myśleniu tego świata, które podpowiada, że przecież uczciwie sobie zarobiłam i mogę zrobić z tym co zechcę.

Wydaje się jednak, że dzielenie się dobrami materialnymi nie jest jeszcze najważniejszą lekcją do przerobienia. Jest jeszcze ta, by nie patrzeć z góry. Papież Leon przywołując wielu świętych, zauważa, że „każdy z nich na swój sposób odkrył, że najubożsi są nie tylko przedmiotem naszego współczucia, ale nauczycielami Ewangelii. Nie chodzi o to, by „przynosić im” Boga, ale by spotkać Go przy nich. Wszystkie te przykłady uczą nas, że służba ubogim nie jest gestem wykonywanym „z góry ku dołowi”, ale spotkaniem równych sobie, gdzie Chrystus się objawia i jest adorowany.” (DT 79) Trzecią lekcją do odrobienia jest jeszcze trudniejsza. Usłyszałam ostatnio, że to co odróżniało Samarytanina od kapłana i lewity, było to, że on miał czas. W życiu zaplanowanym pod linijkę z kalendarzem po prostu nie ma przestrzeni, by kochać tych, którzy nas potrzebują. Jezus wielokrotnie pokazywał, że Jemu nigdzie się nie spieszy. Skoro On miał czas, to czemu ja miałabym go nie mieć? Czy rzeczywiście to, co mam do zrobienia, jest tak szalenie ważne i potrzebne, że nie mieści się już tam drugi człowiek? Prawdziwie biedny jest ten, kto okazuje się zbyt zajęty, by mieć czas na to, co naprawdę ważne. A zatem to stan umysłu. Nie ma wątpliwości.

Dzień nauczyciela

Dzień Nauczyciela to taki dzień, kiedy wszyscy w naszym szkolnym światku przypominają sobie, że ważne jest bycie wdzięcznym. Uczniowie i dyrekcja dziękują nauczycielom, ale i my w tym dniu myślimy dużo bardziej o tym, co piękne, satysfakcjonujące i dające nadzieję, a mniej o tym co na codzień jest naszą frustracją. Przyznam, że wiele rzeczy już w życiu robiłam i nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się doświadczać tak ambiwalentnych uczuć związanych z moją pracą. Jako nauczycielka potrafię jednego dnia mieć wszystkiego dosyć i w myślach składać już wypowiedzienie, a kolejnego dnia spojrzeć w zafascynowane oczy ucznia, któremu właśnie udało się rozwiązać trudne zadanie i uznać, że mam najwspanialszą pracę na świecie. 

Tymczasem moja nowa klasa bije rekordy docenienia w gronie pedagogicznym, co nieustannie mnie zaskakuje. Jeśli wchodzisz do pokoju nauczycielskiego i kilku nauczycieli ma nieodpartą chęć opowiedzieć o tym, jak to się doskonale pracuje z twoimi uczniami, to wiedz, że to nie jest stan naturalny. Od mojej 1A dostałam świeczkę o bajecznie cynamonowym zapachu i herbatkę o nazwie „eliksir szczęścia”, co chyba dobrze obrazuje fakt, że niesamowite mnie szczęście spotkało, że znowu trafiła mi się fantastyczna klasa.

Dzisiaj też wysłuchałam bardzo wzruszającej przemowy naszej byłej polonistki, której dziękowaliśmy za wiele lat pracy. Przypomniała ona o tym, że w każdym uczniu drzemie nieodkryty potencjał, a my mamy ten przywilej, że możemy go pomóc odkrywać. Poza tym utwierdziała mnie w przekonaniu, że życzliwość i uśmiech są czasem wiele więcej warte na drodze tego młodego człowieka niż jakakolwiek wiedza, którą możemy w niego wlać. 

Wszystkiego najlepszego mojej nauczycielskiej braci. Niech nam się coraz lepiej dzieje w tej szkolnej rzeczywistości 🙂

 

Tęsknota za ciszą

Nasz świat stał się po brzegi wypełniony słowami. Pada ich często zbyt wiele, bo potrafią ranić, oceniać i dzielić. Otacza nas nieustanna fala komentarzy, relacji, analiz i uwag, z czego tylko niektóre budują i inspirują. Wobec tego, że każdy ma dziś możliwość nieograniczonej wypowiedzi, mam ochotę po prostu zamilknąć na każdy temat. Wielokrotnie zadaję sobie pytanie „po co pisać?”, skoro wszystko zostało już napisane. Może już tylko po to, by tworzyć sztukę, by wyrażać podziw, by nazywać piękno, podobnie jak malowanie obrazu?  

Pod koniec wakacji w długiej trasie samochodem przesłuchałam audiobook „Światłoczułość” Jakuba Jarno. Pozytywne recenzje tej książki nie są przesadzone, bo autor rzeczywiście potrafi z pasją oddać rzeczywistość świata. W dodatku rzeczywistość niezwykle trudną, wojenną, okrutną. A czyta się z ciekawością, dostrzegając światło, celebrując dygresje i barwne opisy, czując że jest coś więcej tam, gdzie po ludzku widać tylko śmierć. Dobrze, że ktoś jeszcze potrafi skomponować ucztę z liter i zdań, analogii i znaczeń. Zatem i ja zatęskniłam za pisaniem, choć tak trudno mi to przychodzi w świecie utopionym w nadmiarze słów.

Życie coraz głośniej domaga się od nas ciszy i zatrzymania w wirze przebodźcowania treściami, ale jednocześnie zaprasza do tego, by ta cisza wypełniona była treścią, sensem i nadzieją. Dzisiaj, kiedy po miesiącu szkolnego szaleństwa, mój organizm postanowił się zbuntować i poprzekładać moje liczne plany na weekend, zatapiam się w ciszy i wspominam sobie czas kontemplacji pośród mazurskiej przyrody. Myślałam wtedy m.in. o tym, że całe szczęście świata można zamknąć w prostych gestach, zwyczajnej obecności i małych radościach. Wcale nie potrzeba zbyt wielu słów.   

Nowe nieuniknione

Nowe jest zazwyczaj przerażające. Albo przynajmniej niepokojące i kłopotliwe. Osacza nas swoją nieprzewidywalnością, brakiem stałości i nieoswojoną wizją przyszłości. Zawsze jakoś wygodniej nam z tym co stare, znane i sprawdzone, nawet jeśli czujemy, że mogłoby nadejść coś co zmieni nasze życie na lepsze. Wyjście poza strefę komfortu czasem wymaga niebywałej odwagi. 

Są też sytuacje, kiedy to nowe przychodzi nieuchronnie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Jedno się kończy, a drugie zaczyna, tak samo jak po lecie przychodzi jesień, a po jesieni zima. Powinniśmy się spodziewać, być przygotowani. Jednak nawet jeśli to już czterdziesta jesień w naszym życiu, nadal nie wiemy do końca czego się po niej spodziewać. A co dopiero wtedy gdy zmiany dotyczą ludzi, miejsc i sytuacji, gdzie niewiadomych jest zbyt wiele, by dało się to ogarnąć naszą zapobiegawczą naturą. Najtrudniej jednak podchodzić do zmiany wtedy, kiedy to, co się skończyło, wydawało się na swój sposób doskonałe. Możemy wtedy wpaść w poczucie, że to co nadchodzi nieuchronnie nie wróży lepszego, a gorsze. Grozi nam nieustanne porównywanie i nostalgiczne odwracanie się za siebie. Może w naszej głowie zaświtać myśl, która zaświadczy o tym, że nasza dusza zestarzała się przedwcześnie: „To już nie będzie tak jak kiedyś”. Tymczasem wystarczy otworzyć szerzej serce, by zobaczyć, że nowe też jest piękne, tylko może w inny sposób, z innej strony i z inną intensywnością. Być może coś straciliśmy, ale w tym miejcu zyskaliśmy coś cenniejszego, co możemy łatwo przegapić. Jak mawia popularne powiedzenie: „Nie płacz, gdy zachodzi słońce, bo łzy nie pozwolą ci zobaczyć gwiazd.”  

Podobnie było z przyjściem Jezusa na ziemię. Wielu odrzuciło Go jako tego, który narusza święty porządek i prawo dane Mojżeszowi. Inni zawiedli się Nim, kiedy okazało się, że jednak nie zakończy rzymskiej okupacji. Ale tym, którzy uwierzyli, dało zupełnie nowe życie. Życie wcale nie pozbawione cierpienia, ale takie, które wypełnione jest po brzegi pasją i prawdziwą radością. Bardzo dobrze widać to w Dziejach Apostolskich, które opisują wydarzenia u początków Kościoła. Ich autor (św. Łukasz Ewangelista) zapewne trochę podkolorowywał i opisywał wiele rzeczy w różowych barwach, bo z listów św. Pawła rysuje nam się obraz bardziej zróżnicowany i nie pozbawiony konfliktów. Nie zmienia to jednak faktu, że chrześciajanie żyli tak, że inni pragnęli się do nich przyłączać, bo zobaczyli nowość, która prawdziwie wyzwalała. Doskonale pokazuje to nowy serial, którym od kilku tygodni sie zachwycam – „Testament”, czyli współczesna adaptacja właśnie Dziejów Apostolskich (niestety na razie tylko po angielsku). Zapewne jeszcze o nim usłyszycie 😉   

Zarówno w czasach pierwotnego Kościoła, jak i dzisiaj, mamy wybór. Możemy trzymać się tego co znane i oswojone z przekonaniem, że dobrze już było albo rzucić się w przepaść nieznanego z sercem pełnym ciekawości i uważności. Co oczywiście nie znaczy, że wszystko co nowe, jest dobre, bo zbyt wielu jest fałszywych proroków, którzy ogłaszają, że teraz jest czas wyjątkowy i czas przebudzenia, ale nic za tym realnie nie idzie. Nad nowością jednak warto się pochylić i zbadać czy przypakiem nie niesie dla nas czegoś wartościowego.   

Przede mną w tym roku wiele nowego, które nieuchronnie nadejść musiało. Zaczęło się dobrym wykładem o życiu Marii Skłodowskiej-Curie i jej odwadze do przebijania wielu szklanych sufitów i znajdowania siły do pokywania niesamowicie trudnych życiowych przeciwności. Obyśmy mieli w sobie tyle otwartości i ciekawości życia, by w nowym przyjąć tego, który czyni wszystko nowe.    

« Older posts

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑