Spojrzenie Serca

Blog Ewy Bartosiewicz

Kopalnia nadziei (Magnifica Humanitas cz. 7)

Niedawno po raz pierwszy w życiu zeszłam do kopalni soli w Wieliczce. Bardzo się z tego cieszę, bo nadrobiłam w końcu jeden z obowiązkowych punktów zagranicznych wycieczek, który już od bardzo dawna chciałam zobaczyć. Zdecydowanie się nie zawiodłam! Solne rzeźby i przepastne podziemne sale zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a nie mniejsze informacja o tym, że ta polska kopalnia znalazła się wśród pierwszych dwunastu obiektów na świecie wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1978 roku.   

Jednym z bardziej poruszających obiektów w kopalni były tablice z modlitwami, które górnicy odmawiali przed zjazdem do podziemi oraz po zakończonym dniu pracy. Szczególnie uderzająca była dla mnie ta pierwsza: „Gdy z ciemnych otchłani powoła Bóg nas i w jasne ulecim przeźrocze, a bracia górnicy w niebiosach u bram z okrzykiem nas przyjmą, szczęść Boże, szczęść nam”. Kiedy uświadomiłam sobie, że ktoś codziennie idąc do pracy brał pod uwagę, że już nigdy nie wróci do domu, miałam jedno skojarzenie: z żołnierzem idącym na wojnę. Różnica jest jednak znacząca. Górnik idzie wydobywać cenny minerał potrzebny do życia (w czasach kiedy sól była używana np. do konserwacji żywności), a żołnierz idzie nie tylko ryzykować swoim życiem, ale też licząc się z tym, że będzie musiał je komuś odebrać. Nawet jeśli robi to w celu obrony swojej ojczyzny, zostaje zmuszony do tego przez czyjąś chciwość, żądzę władzy i pychę, a nie dla dobra ludzkości.

Właśnie tragedii wojny papież Leon XIV poświęca V rozdział encykliki Magnifica Humanitas. Zauważa on, że „ludzkość stacza się w brutalną kulturę potęgi, w której pokój nie jawi się już jako zadanie do wykonania, lecz jako niepewna przerwa między konfliktami.” (MH 192) „Budowanie świata pozostającego w permanentnym stanie wojny jest złem i trzeba to nazwać po imieniu.” (MH 210)  Tym bardziej, że szczególnie dzisiaj możliwości wojenne przekraczają coraz to nowe granice. „Sztuczna inteligencja może wzmacniać obronę i ochronę ludności cywilnej, ale może także obniżać próg użycia siły, zaciemniać odpowiedzialność i podsycać kulturę, w której nieprzyjaciel zostaje sprowadzony do danych, a ofiara do ubocznych strat. (MH 183)

Tragedią nie są tylko konflikty zbrojne między narodami, ale też nasze małe lokalne wojenki, w których może bezpośrednio nikt nie traci życia, ale w których życie może uchodzić z nas powolutku, prawie niezauważalnie. Czy nie brzmi znajomo taka diagnoza: „Powraca pokusa budowania tożsamości zbiorowej w opozycji do wroga, podsycając narracje, w których każdy przedstawia siebie jako ofiarę uprawnioną do odwetu.”? (MH 202) „Odmienność drugiego coraz częściej bywa postrzegana jako zagrożenie, podsycając pragnienie posiadania, chęć dominacji, ambicje hegemoniczne, nadużycia władzy i lęk przed różnicą, a zarazem przygotowując grunt, na którym nowe konflikty mogą dojrzewać niemal niezauważalnie” (MH 206)

Patrząc na to, co dzieje się na świecie, nie trudno popaść w pesymizm. Doskonale dostrzega to Leon, pisząc, że „w tym miejscu pojawia się subtelna pokusa: myślenie, że problemy są zbyt wielkie, a my zbyt mali, i że wobec tego nasze wybory niczego nie zmieniają. Jest to elegancka forma kapitulacji, często ukrywająca się pod maską realizmu.” (MH 212) Papież nie chce pozwolić na tę kapitulację. Wzywa nas wszystkich do patrzenie w przyszłość z nadzieją godną Dobrej Nowiny. W końcu, jak mawiał ks. Tischner, „odkąd Chrystus zmartwychwstał, żaden optymizm w Kościele nie jest przesadzony.” Nie jest zatem przesadzona wizja, w której wojna nie jest domyślnym nieuniknionym stanem, a my zmuszeni jesteśmy żeby trwać w lęku i patrzeć na stopniową zagładę świata. „Dzisiaj trzeba nam z nową mocą podjąć tę wizję: cywilizacja miłości nie jest naiwną utopią, lecz wymagającym projektem. Polega ona na przekładaniu miłosierdzia na struktury sprawiedliwości, na nadawaniu braterstwu kształtu instytucjonalnego oraz na uznaniu drugiego – czy to osoby, czy narodu – za niezbędnego sojusznika w budowaniu dobra wspólnego.” (MH 186) To my możemy być tym światłem, które pomaga innym przezwyciężyć lęk i odzyskać siły do działania. Przecież „nawet w najciemniejszych nocach Pan wzbudza mężczyzn i kobiety zdolnych do tego, by nie ulegać rezygnacji i wytrwale trwać przy dobru: są to osoby, które chronią słabych i otwierają bramy pojednania.” (MH 211)

To wszystko jednak nie zadzieje się przez jedną noc. Chodząc po długich korytarzach kopalni soli, nie myślałam tylko o tym jak ciężką fizycznie i niebezpieczną pracę wykonywali tam górnicy, ale też ile cierpliwości, wytrwałości i współpracy wymagało wydobycie na powierzchnię jednej bryły soli. Nie inaczej jest ze światem, który budujemy na powierzchni. „Cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji.” (MH 213) Leon żeby wytłumaczyć nam tę ogromnie ważną lekcję, przypomina nawet cytat z  Władcy Pierścieni Tolkiena: „Ale nie do nas należy panowanie nad wszystkimi falami przepływającymi przez ten świat; my mamy za zadanie zrobić, co w naszej mocy, dla tej epoki, w której żyjemy, wytrzebić chwasty ze znanego nam pola, aby przekazać następcom rolę czystą, gotową do uprawy” (MH 213)

Kiedy będziemy zmagać się z codziennymi przeciwnościami, próbując uczynić ten nasz świat chociaż odrobinę piękniejszym, warto pamiętać o tym, że każdy dzień, w którym możemy to robić, jest kolejnym niezasłużonym darem od Boga. Dobrze więc żyć wdzięcznością, o której pamiętali górnicy, modlący się po zakończonej pracy: „A gdy do domu bez szkody wrócimy i naszych miłych w zdrowiu zobaczymy, wnet Ci zanucim wielkiej łaski Panie, serdeczne od nas przyjm podziękowanie”

Po co nam jeszcze szkoła? (Magnifica Humanitas cz. 6)

Pierwszego września oczy wszystkich w Polsce zwrócone są albo w stronę kombatantów II wojny światowej, albo w stronę uczniów rozpoczynających nowy rok szkolny. Tych drugich już od tygodni kusiły reklamy zachęcające do dokonania ostatnich zakupów jeszcze przed pierwszym dzwonkiem. Oczywiście dzisiaj ważny dzień nie tylko dla uczniów, ale również dla nauczycieli. Niektórzy mawiają, że praca w szkole ma wiele minusów, ale dwa zasadnicze plusy: jeden to lipiec, a drugi sierpień. Mimo że wielu tych wakacji nam zazdrości, cena, jaką trzeba za nie zapłacić, ostatecznie okazuje się zbyt wysoka – w szkołach co roku brakuje zatrważającej liczby nauczycieli! Początek roku szkolnego to jednak taki moment, kiedy po odpowiednim wypoczynku zdążyliśmy już zatęsknić za naszymi uczniami i patrzymy na nadchodzący rok z nadzieją.

O edukacji nie zapomniał też papież Leon XIV w swojej encyklice Magnifica Humanitas. Pisze on, że „szkoła jest miejscem, w którym nowe pokolenia mogą uczyć się szukać i miłować prawdę, stawiać pytania o sens życia i o godność każdej osoby” (MH 143). Brzmi to niezwykle górnolotnie, szczególnie kiedy, tonąc w programach, wymaganiach, dostosowaniach i dokumentach, zdaje się nam łatwo zapominać, co jest tak naprawdę najważniejsze.

Problem jest jednak głębszy i poważniejszy, bo „kiedy pytanie o to, co jest prawdziwe, przestaje budzić zainteresowanie, a górę bierze pragmatyzm zadowalający się tym, co wydaje się użyteczne albo skuteczne, życie demokratyczne słabnie” (MH 134). To, czy jako społeczeństwo będziemy potrafili budować lepsze jutro i wzajemnie się wspierać, a nie ulegać manipulacjom i podstawiać sobie nogi, zależeć będzie od tego, na ile rozpoznamy i zrozumiemy prawdę o świecie. Niestety, z biegiem czasu wydaje się to coraz trudniejsze. „Wszechobecność mediów cyfrowych rodzi kulturę natychmiastowości i hiperstymulacji, która podsyca zniechęcenie, znużenie duchowe i apatię w obliczu wysiłku niezbędnego do poszukiwania prawdy” (MH 139). Dodatkowo gwałtowny rozwój AI, otwierając cały wachlarz nowych możliwości, powoduje też kolejne trudności. „Szybkość i łatwość, z jaką otrzymuje się odpowiedź albo syntezę, niosą ryzyko wygaszania pragnienia stawiania pytań, które tylko w dłuższej perspektywie przynoszą owoc” (MH 140). Jeśli przestaniemy zadawać sobie te najważniejsze, egzystencjalne pytania, na które żaden chatbot nie udzieli nam odpowiedzi, to na co nam cokolwiek innego?

Jako nauczyciel informatyki często mam wrażenie, że moim zadaniem jest uczyć młodych ludzi poruszania się w cyberprzestrzeni tak, by była ona dla nich bezpieczna i rozwijająca, a zarazem sama zupełnie nie czuję, że umiem to robić. Wielokrotnie jestem zagubiona, co bardzo trafnie rozpoznaje też Leon: „Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy” (MH 150). Dotyczy to przecież także nauczyciela. Tym bardziej kojące wydaje się przypomnienie, że „szkoła nie jest powołana do tego, by podążać za tempem świata cyfrowego, lecz by ofiarować to, czego świat cyfrowy sam dać nie może, czyli wspólny czas na naukę i relacje godne zaufania” (MH 147). Takie postawienie sprawy przypomina mi, że to właśnie tworzenie przestrzeni do budowania przyjaźni, czas na realne poznawanie świata i okazje do tego, żeby coś razem tworzyć, będą w przyszłości procentowały.

Szkoła dawno przestała być miejscem, do którego uczniowie przychodzą przede wszystkim po to, by zdobywać wiedzę. Cała wiedza świata znajduje się już na wyciągnięcie ręki, w coraz bardziej przystępnej formie. Możemy się zatem skupić na przekazywaniu umiejętności, ale przecież na każdy problem do rozwiązania znajdzie się dziesięć przystępnych filmików na YouTubie, gdzie ktoś z pewnością wytłumaczy to lepiej niż niejeden nauczyciel. Po co zatem jeszcze edukacja w formie spotkań w klasie? Może właśnie dzisiaj szczególnie potrzebni są mądrzy wychowawcy, którzy dostrzegą „oznaki możliwej dehumanizacji, w której ludzie wiedzą wiele rzeczy, lecz z trudem nadają kierunek własnemu życiu, także z powodu niezdolności łączenia informacji i wiedzy oraz utraty horyzontu sensu” (MH 146).

Papież celnie wypunktowuje zadania, które może powinny stać się priorytetem dla nas wszystkich w nadchodzącym roku szkolnym: „Trzeba wychowywać się do postu od sztucznej inteligencji i chronić naszą młodzież przed obietnicą doskonałej maszyny, przed tą subtelną pokusą, która każe uznać ludzkie myślenie za zbędne właśnie wtedy, gdy jest ono najbardziej potrzebne” (MH 140). Oby szkoła była coraz bardziej przestrzenią, w której myślenie jest w cenie, w której zadaje się pytania i uczciwie szuka na nie odpowiedzi, i w której razem uczymy się odnajdywać w tym zmieniającym się świecie.

 

Redukcje paragwajskie, które wciąż inspirują (Magnifica Humanitas cz. 5)

W te wakacje miałam okazję odwiedzić tzw. redukcje paragwajskie, czyli jezuickie misje znajdujące się na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny, Brazylii i Boliwii, które powszechnie znane są z filmu „Misja” z lat 80tych z kultową muzyką Ennio Morricone. Niesamowitym doświadczeniem było chodzić pomiędzy murami z XVII czy XVIII wieku i wyobrażać sobie miasteczka tętniące życiem, gdzie jezuici wraz z rdzennymi mieszkańcami tworzyli wspólnoty oparte o zasady Ewangelii. Było to miejsce, gdzie Indianie Guarani mogli pracować, uczyć się, odpoczywać i tworzyć. W warsztatach w ponad 30 różnych misjach powstawały instrumenty muzyczne, sprzęt astronomiczny i mnóstwo sztuki sakralnej. Mieszkańcy mieli usystematyzowany dzień pracy, odpowiednio się odżywiali, ale przede wszystkim żyli w bezpiecznych warunkach. Dzięki temu ich liczba w misjach wzrastała, podczas gdy Indianie poza misjami umierali z głodu i niewolniczej pracy. Właśnie temat niewolnictwa był jedną z przyczyn krwawej likwidacji misji w 1767. Zmiana granic między koloniami sprawiły, że misje na terenach należących do Hiszpanii przejęli Portugalczycy, którzy uznawali niewolnictwo za legalne i porywali w tym celu rdzennych mieszkańców.

Papież Leon XIV w IV rozdziale encykliki Magnifica Humanitas, pośród wielu ważnych tematów, porusza właśnie ten związanych z niewolnictwem, przyznając, że można było w przeszłości zrobić więcej. “Nie możemy zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa.” (MH 176) Tym bardziej cieszy, że w takich oazach jak redukcje, tę walkę Kościół prowadził z ogromną odwagą i determinacją.

Oprócz odwiedzenia samych ruin, mieliśmy okazję porozmawiać z paragwajskim jezuitą. Adán opowiadał nam, że dla niego najbardziej inspirujące było to, że jezuici razem z rdzennymi mieszkańcami zbudowali braterskie relacje oparte na wzajemnym szacunku i wierze, pokazując, że Królestwo Boże jest możliwe. Patrzenie na ruiny nie miałoby jednak sensu, gdybyśmy nie zadawali sobie pytania: W jaki sposób dzisiaj jezuici mogą być kontynuatorami tego dziedzictwa w świecie współczesnym, ze wszystkimi wyzwaniami, które teraz mamy i jak dzisiaj możemy wcielić w życie to, w co wierzymy? Wyzwania w społeczeństwie są wciąż aktualne. Nadal trzeba walczyć o sprawiedliwość, bo ludzie doświadczają prześladowań i marginalizowania. Do dziś w samym Paragwaju rdzenni mieszkańcy są wysiedlani przez wielkie plantacje soi pod pretekstem tego, że nie potrafią właściwie zająć się swoją ziemią. Trafiają do miast i jedyne co im pozostaje to życie żebracze. Co więcej, nadal w różnych formach trwa niewolnictwo. Choć jest one już dawno zakazane, wciąż ok 50 milionów ludzi jest dzisiaj ofiarami handlu ludźmi.

Papież Leon mówi o tym w sposób dobitny: “Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane” (MH 175) “Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.” (MH 177)

W dzisiejszym świecie wiele innych form zniewolenia dotyka każdego z nas. Papież w sposób szczególny porusza problem technologii i wielkich koncernów, które mają dziś czasami większą, choć bardziej subtelną, władzę niż dawniej królowie potęg kolonialnych. “Wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych regulacji, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.” (MH 171) Rola Kościoła jest nadal taka sama jak przed wiekami – dbać o wolność, sprawiedliwość i godność każdej osoby, bez względu na to gdzie żyje i co ją w życiu spotyka. 

      

Dlaczego AI nie nauczy nas kochać (Magnifica Humanitas cz. 4)

Choć cała encyklika Magnifica Humanitas Leona XIV ma podtytuł „O trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji”, to dopiero w trzecim rozdziale zatrzymuje się on nad fenomenem chatbotów, które niespodziewanie stały się naszą codziennością i choć zaczęły rozwiązywać mnóstwo problemów, z którymi się zmagaliśmy, tak równocześnie stworzyły nowe, często znacznie bardziej poważne i wnikające w samo sedno naszego człowieczeństwa i myślenia o świecie. Papież nie próbuje powiedzieć, że technologia jest zła, ale zwraca uwagę na niespotykane dotąd wyzwania z nią związane.

Inteligencja z naciskiem na sztuczna

Papież przypomina o pewnych podstawowych cechach AI, które mnie jako informatykowi wydają się zupełnie oczywiste. Mam jednak świadomość, że wiele osób, nawet jeśli na poziomie intelektu zdaje sobie z nich sprawę, łatwo o nich zapomina w swoich interakcjach z modelami językowymi. Tymczasem kluczowe jest zawsze mieć z tyłu głowy, że „systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry. Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.” (MH 99)

Myśląc o moich uczniach, często zastanawiam się nie tylko nad tym czy nie rozwalają sobie oni procesu uczenia się w szkole, bo przecież AI może „przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność” (MH 100), ale też nad tym czy nie spotyka ich w tych interakcjach coś gorszego, bo „istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.” (MH 100)

Jeśli celem naszego życia jest kochać i być kochanym, w co głęboko wierzę, to sztuczna inteligencja może nam ten proces bardzo zaburzyć. Może co prawda symulować zrozumienie dla naszych potrzeb i pragnień, ale nie nauczy nas przyjmowania drugiej osoby taką, jaka jest, rezygnacji z siebie, troski i empatii. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). AI nie tylko nie odda za nas życia, ale, jak pokazało wiele już przypadków, gotowa jest nas tego życia pozbawić, aktywnie wspierając myśli samobójcze. To nie znaczy, że w całości trzeba je odrzucić, ale trzeba mieć świadomość wszystkich jej ograniczeń.

Niedoskonałość

Papież zauważa, że tu już nie chodzi tylko o analogię noża, którym możemy ukroić kromkę chleba, ale też śmiertelnie kogoś zranić. Mamy do czynienia z czymś głębszym, bo „zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować.” (MH 112)

Zupełnie niespodziewanie w ostatnich dniach dostałam namacalny obraz tej rzeczywistości. Zapowiadał się zwyczajny wieczór z puzzlami w gronie znajomych, ale już na samym początku przy układaniu ramki pojawiły się wyzwania. Nie mogliśmy skończyć, bo ciągle coś nam nie pasowało i zastanawialiśmy jak to możliwe, że sprawia nam to tyle problemów. Nagle zauważyliśmy, że choć mamy cztery rogi, to dwa z nich są identyczne, a jednego brakuje. Wtedy otworzyły się nam oczy i zaczęliśmy dostrzegać kolejne dublujące się puzzle. Ewidentnie dostaliśmy wybrakowaną partię! Przychodziły nam do głowy różne rozwiązania sytuacji – oddać zakup do sklepu albo może wydrukować brakujące kawałki z pomocą AI. Wybraliśmy jednak inną drogę, chyba tę najtrudniejszą. Przez dwa dni zmagaliśmy się z ułożeniem całości mimo ogromnych luk w obrazie (pewnie ok 1/3 kawałków brakowało) i powtarzających się klocków. Ostatecznie udało się skończyć nasze dzieło przedstawiające kobiecą postać pozbawioną prawie całego korpusu, prowadzącą oskubane nieco gąski, z czego jedną bez głowy. Coś jednak było w tym zachwycającego i jednocześnie przypominającego o tym jak dzisiaj funkcjonuje nasz świat. „Wszystko to, co jawi się jako ograniczenie – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimo ograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie.” (MH 118)

Najgłębsze ludzkie doświadczenie

Słuchając tego, co ludzie przeżywają podczas rekolekcji ignacjańskich, widzę bardzo wyraźnie, że to nie mądre przemyślenia i barwne wyobrażenia na modlitwie zmieniają nasze życie, ale doświadczenie kruchości i bezradności, które pozwalają nam w końcu otworzyć się na działanie Kogoś, kto jest większy od nas. „To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga.” (MH 119) Szczególnie w chwilach rozważania męki Jezusa, staje się jasne, że „człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia.” (MH 128)

Papież przypominam nam też o czymś, co jest ważną prawdą psychologiczną. Często przypominamy o niej, mówiąc na rekolekcjach o uczuciach: „Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie.” (MH 120) To właśnie nadzieja na pozbycie się tego bólu, pustki i samotności bardzo często skłania nas do sięgnięcia po łatwo dostępne środki, jakimi dzisiaj okazują się narzędzia AI. Zdają się one być pozbawione tych trudności, które mamy w relacji z drugim człowiekiem, który nas nie rozumie, sam jest niedoskonały i może łatwo nas zranić.

Systemy sztucznej inteligencji komunikują się też z nami w sposób skrajnie przeciwny do relacji z Panem Bogiem. Podczas gdy On często milczy i pokazuje nam tylko mały kroczek naszej drogi, AI podaje nam stos gotowych rozwiązań rozpisanych na trzy klarowne punkty z dowolną liczbą alternatyw i robi to w ciągu milisekund. Pokusa pójścia na skróty jest więc ogromna, ale tylko w relacji z Bogiem i drugim człowiekiem pozostajemy w pełni ludźmi w najgłębszym tego słowa znaczeniu i doświadczyć możemy miłości, która nadaje sens wszystkiemu innemu.  

 

Tatrzańskie szlaki i marzenia o wspólnocie (Magnifica Humanitas cz. 3)

W zeszłym tygodniu miałam okazję być z przyjaciółmi w moich ukochanych Tatrach. To był czas pełen radości, doświadczenia wspólnoty i wielu niespodzianek. Pierwszą z nich było wiele nieoczekiwanych pogodowych zwrotów akcji. Prognozy pierwotnie wskazywały codzienne burze, więc nastawialiśmy się na długie deszczowe dni w zamknięciu, a najlepszym na co liczyliśmy, to spacer po dolinkach i termy. Tymczasem okazało się, że codziennie mogliśmy udać się w wysokie góry i tylko jednego dnia przydały się nasze parasole i płaszczyki na deszcz.

Druga niespodzianka była jeszcze bardziej zaskakująca. Jechałam w tym roku w góry z kondycją w stanie tragicznym i moi uczniowie są świadkami, że na majowej wycieczce szkolnej ledwo za nimi nadążałam po tatrzańskich szlakach. Byłam pewna, że Dolina Pięciu Stawów to będzie maksimum moich możliwości. Okazało się jednak, że z każdym dniem robiłam postępy i ostatecznie po dwunastu latach przerwy udało mi się podbić kawałek Orlej Perci i to w czasie o godzinę krótszym niż wskazywały mapy. Uświadomiłam sobie, że nie byłoby to możliwe bez wsparcia mojej ekipy, która na te kilka dni była obrazem Kościoła, o jakim marzę.

Papież Leon XIV w drugim rozdziale swojej encykliki Magnifica Humanitas przypomina zasady Katolickiej Nauki Społecznej, czyli opisuje to w jaki sposób powinno funkcjonować społeczeństwo, żeby realizować ewangeliczny model miłości bliźniego. Czytając te zasady, możemy mieć poczucie, że dotyczą one państw i struktur, więc nie mamy wiele wpływu na ich realizację. Papież jednak przypomina, że „nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu” (MH 86)

Leon zaczyna od podstawowej zasady, która mówi o równej godności każdej osoby. „ Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje.” (MH 50) Dalej pisze też, że „nie wystarczy stwierdzić słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach (…), np. w sposobie w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład”. (MH 57) W naszej małej górskiej ekipie były osoby świeckie, konsekrowane i duchowne, ale budowaliśmy ten wyjazd razem, na równych prawach i nikt nie czuł się od nikogo ważniejszy. Wiem, że dzisiaj w wielu miejscach nie jest to jeszcze możliwe, bo klerykalizm jest głęboko zakorzeniony w tkankę Kościoła, ale możemy nie tracić nadziei i aktywnie szukać nowych dróg do tworzenia wspólnot opartych na wzajemnym szacunku.

W tych miejscach, w których żyjemy możemy tworzyć wspólnoty gdzie będziemy wzajemnie się wspierać, wzrastać w dobrym i uczyć się wzajemnej troski. „Dobro wspólne to suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość”. (MH 60) Myślę, że właśnie wsparcie jakie dostałam od grupy pozwoliło mi zdobyć w tym roku nieoczekiwane szczyty. Chociaż w najwyższych partiach szłam już zupełnie sama, wiedziałam, że ktoś jest niedaleko i z kimś spotkam się na dole. Wiedziałam, że w razie czego mam na kogo liczyć. „Wiara zachęca nas, aby odczytywać rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry.” (MH 74) Wiedziałam też, że ktoś zatroszczy się o przygotowanie kolacji, ktoś inny pozmywa, ktoś jeszcze inny zapłaci za zakupy albo za parking, bo jesteśmy w tym razem i „nikt nie ocala się sam”. (MH 73)

Nasza wspaniała górska ekipa składała się z osób, które na co dzień żyją w różnych miastach, zajmują się bardzo różnymi rzeczami, mają różne charaktery i potrzeby. Doświadczaliśmy jednak bardzo namacalnie tego, że „różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć. (MH 88)

Pisząc to do Was jestem już daleko od górskich szczytów, w jezuickim domu rekolekcyjnym. Towarzysząc w rekolekcjach, mogę być świadkiem tego, że właśnie tu realizuje się to, co papież Leon umieszcza jako fundament wszelkich zasad nauki społecznej: „Osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.” (MH 48) Słuchając tego w jaki sposób ludzie doświadczają Bożej miłości, pomnaża się moja nadzieja na świat, w którym nasze wspólnoty będą rzeczywiście odbiciem tej miłości. „Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością” (MH 89)

O święceniach i dwóch wizjach Kościoła (Magnifica Humanitas cz. 2)

Mój upalny początek tegorocznych wakacji naznaczyły dwa ważne wydarzenia – oba związane ze święceniami. 27 czerwca w Bazylice Najświętszego Serca Jezusa w Krakowie na prezbiterów wyświęconych zostało trzech moich jezuickich przyjaciół – Mateusz, Marek i Łukasz (czyli synoptyczny dream team), a kilka dni później w międzynarodowym seminarium w szwajcarskim Écône wyświęcono czterech nowych biskupów Bractwa Piusa X. Pierwsze wydarzenie jak co roku zgromadziło rodzinę i znajomych, by wspólnie świętować kolejne pokolenie jezuitów rozpoczynających kapłańską drogę, drugie zaś na oczach całego świata stało się historycznym momentem kolejnej schizmy w Kościele Katolickim. Patrząc na to, widzę dwie zupełnie różne wizje Kościoła, które od dawna trwając na kolizyjnym kursie, właśnie zderzyły się ze sobą z całym impetem. Pewne wskazówki na dalszą drogę po tej katastrofie znajduję w pierwszym rozdziale encykliki papieża Leona XIV Magnifica Humanitas.

Prawda

Marcel Lefebvre w 1974, uzasadniając święcenia biskupów bez zgody Watykanu, powiedział tak: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy, woląc opierać się na nowościach i baśniach, uważamy za swój święty obowiązek pozostanie wiernymi tej nauce i odrzucenie wszelkich nowinek, które ją zniekształcają.”. Dzisiaj Bractwo tłumaczy swoje działania dokładnie tymi przesłankami. W tym kontekście z całą mocą wybrzmiewają słowa encykliki: “Prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić” (MH 25). Zbyt często już w imię obrony prawdy, nie tylko tworzono podziały, ale wręcz dokonywano zbrodni. O tym wszystkim też przypomina papież Leon, przywołując wielu swoich poprzedników: “Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowania w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą, aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca” (MH 25). 

Dzisiaj w imię szukania prawdy jakaś część Kościoła decyduje, że chce jej dalej szukać na własną rękę. Czyż właśnie brak jedności nie jest jedną z tych ran, które najdotkliwiej odczuwamy w naszych społeczeństwach? “Ewangeliczna miłość przynagla [Kościół], by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością” (MH 21). W imię tej właśnie miłości chyba warto na naszych braci spojrzeć nie jak na schizmatyków, ale jak na tych, na których Bóg patrzy z czułością. Co zresztą zrobił Leon w swoim dramatycznym liście z 29 czerwca: “Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów. (…) Przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”

Bliskość

Papież Leon przedstawia nam “obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych” (MH 34). O tę bliskość dla nowo wyświęconych prezbiterów apelował też bp Przybylski: „Choćbyście bracia wsiedli na największe katedry naukowe, choćbyście osiągnęli największe kaznodziejskie szczyty, choćbyście osiągnęli największą popularność w mediach, to schodźcie na dół, tak jak Jezus po najpiękniejszych swoich kazaniach. Schodźcie z ambony do ludzi”.

Kiedy patrzę na środowiska tradycjonalistyczne, to podobnie jak Leon XIV, widzę ogromną dbałość o liturgię, pielęgnowanie sacrum, wierność Świętej Tradycji i gorliwość apostolską. Brakuje mi jednak właśnie bliskości, czułości i zasiadania przy stołach z grzesznikami. Nie ma przecież wątpliwości, że Jezus właśnie taki był. Emmanuel. Bóg z nami. “Dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu” (MH 34). To jakimi jesteśmy chrześcijanami nie objawia się w dbałości o jakiekolwiek zewnętrzne znaki czy w skrzętnym zachowywaniu prawa, ale w tym jaki okażemy się bliźnimi dla tych, których Bóg postawił na naszej drodze. Również dla naszych braci z Bractwa Piusa X. 

Otwartość na inność

W niedzielę na swojej pierwszej Mszy świętej o. Mateusz mówił o tym, że czuje się posłany nie tylko do tych, którzy w Kościele czują się dobrze, ale i do tych, którzy są na jego granicach. Zapewniał, że chce trzymać dla nich drzwi Kościoła wciąż otwarte. Chwilę potem przełożony Bractwa Piusa X zatrzasnął za sobą te drzwi, odmawiając dialogu z papieżem, a przede wszystkim po raz kolejny odrzucając dekrety Soboru Watykańskiego II, czyli drogi, którą Duch Święty naszą wspólnotę prowadzi.  

Postulaty soboru, które lefebryści najbardziej podważają, to nie tylko nowy ryt liturgii, ale przede wszystkim ekumenizm, dialog i wolność religijna. Leon w swojej encyklice staje właśnie na straży tych postanowień: “Wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiony możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy” (MH 34). Paradoksalnie właśnie w imię tej wolności jestem bardzo daleka od tego, by osądzać Bractwo za ich decyzje. To jest niesamowicie smutny moment kolejnego rozłamu, ale jednocześnie jestem przekonana, że muszą oni działać zgodnie ze swoim sumieniem. Przestajemy być w jedności strukturalnej Kościoła, ale głęboko wierzę, że pozostajemy jednością w Chrystusie, bo On naprawdę jest ponad wszystkimi naszymi podziałami. 

Plac budowy naszych czasów (Magnifica Humanitas cz. 1)

Podsumowując rok z moimi uczniami, z ogromną radością zauważyłam, że to, co uznają za najważniejsze w pierwszym roku liceum, to relacje, wzajemna pomoc i wspólnie spędzony czas. Oczywiście wiedza zdobyta w szkole w jakiejś części przyda im się w życiu, ale to właśnie wspólne jej zdobywanie w gronie rówieśników i tworzenie nowych przyjaźni jest tym, co zostanie z nimi na zawsze. Bardzo bym chciała, żeby idąc w świat potrafili z odwagą i determinacją, wraz z innymi, budować lepszą przyszłość dla nas wszystkich. Właśnie o takim działaniu pisze w swojej nowej encyklice Magnifica Humanitas papież Leon XIV. Przywołuje on tam dwie historie – budowę wieży Babel i odbudowę murów Jerozolimy przez Nehemiasza. W obrazowy sposób pokazują one dwa różne sposoby budowania świata.

Wieża Babel powstaje z pychy i żądzy władzy. „To jest dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację” (MH 7). Takich wież wokół nas jest wiele. Może w pierwszej kolejności pomyślimy o wielkich korporacjach gotowych na wszelkie nikczemności dla zysku i nieliczących się z człowiekiem. Są też jednak te nasze lokalne, mniej spektakularne wieże. Mi przychodzą do głowy  wszystkie te momenty, kiedy pomyślałam sobie: „ja zrobię to lepiej” i w imię wspólnego dobra, nie potrafiłam wypuścić z ręki swojej idei; te momenty kiedy zamiast komuś coś wytłumaczyć, robiłam to za niego, żeby było szybciej; te momenty kiedy zabrakło mi cierpliwości, by przyjąć nieidealność lub brak i próbowałam za wszelką cenę ratować coś, na czym nikomu już nie zależało. Wieże Babel powstają tam, gdzie projekt staje się ważniejszy niż relacje, a ślepa realizacja celów ważniejsza niż wspólna droga.

Przeciwieństwem takiego budowania jest styl działania Nehemiasza. „Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu” (MH 8). Sprawczość poszczególnych osób, których wkład został doceniony, staje się fundamentem wspólnego tworzenia i może wyjść znacznie poza dany projekt. „Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie” (MH 8). Budowle, które w ten sposób powstają, mają też dużo większą szansę przetrwania, bo zupełnie inaczej szanuje i docenia się coś, w czym miało się osobisty udział. Nowe mury Jeruzalem powstają tam, gdzie każdy może dołożyć swoją małą cegiełkę, każdy czuje się przyjęty i kochany, a wspólnie zbudowany dom staje się przestrzenią wzajemnej troski i rozwoju.

Budowanie na wzór Nehemiaszowy wymaga jednak wyrzeczeń, a przede wszystkim przyjęcia tego, że efekt nie będzie perfekcyjny. „Budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować” (MH 12). Czasami to najtrudniejsza część pracy zespołowej, bo w różnorodności siłą rzeczy wiele perspektyw będzie nie po naszej myśli. Jeśli jednak zaczniemy dostrzegać w nich piękno, odkryjemy, że do tworzenia pełni potrzebujemy zarówno światła, jak i cienia. „Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się z wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów” (MH 12).

Papież zwraca też uwagę na bardzo istotną kwestię każdego budowania. Trzeba zbadać teren, zobaczyć jakie są możliwości, ocenić zagrożenia i orientować się gdzie zmierza świat. „Trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych” (MH 6). W moim osobistym życiu skupionym w dużej mierze na Kościele i edukacji, cały czas zderzam się z reakcyjnością i gonieniem za tym, by nadążyć za światem. Nie mam wpływu na wielkie reformy i strukturalne zmiany, ale na moim małym poletku mogę więcej zainwestować w uważność na to, co istotne i co współgra z rzeczywistością, w której żyję.

Wstęp do encykliki papież kończy znamiennym zawołaniem: „Nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów” (MH 16), co w moim odczuciu jest przede wszystkim zaproszeniem do tego, żeby nie uchylać się od odpowiedzialności tworzenia naszych lokalnych wspólnot i szukania coraz to nowych dróg naprawiania świata kawałek po kawałku. Zacząć możemy od wysłuchania lęków i wątpliwości tych, z którymi nam nie po drodze, przy czym niewątpliwie można pobrudzić sobie ręce. 

Brak, który przeczuwa dobro. Teologia ludzkiego pragnienia

„Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Święty Augustyn na swojej własnej skórze odkrywał znaczenie tych słów, kiedy doszedł do wniosku, że wszystko to za czym biegał w młodości, okazało się wcale nie dawać mu spełnienia. Pragnienie kariery, przyjemności, władzy, rzeczy, relacji czy wiedzy po latach uznał nie tyle za złe, co za nieuporządkowane. Po swoim nawróceniu odkrywał, że Bóg prowadził go również w tym czasie, kiedy zupełnie nie był Nim zainteresowany, a pragnienia wskazywały na coś głębszego w jego człowieczeństwie, co odnosiło go bezpośrednio do Stwórcy. Bóg stworzył nasze serca pełne miłości, ale jak mówił Augustyn, „miłość ta może być skierowana za nisko”. Wtedy nieuchronnie czeka nas rozczarowanie, bo nie możemy oczekiwać doskonałości od tego, co ze swojej natury jest kruche i ułomne.

Również Święty Tomasz z Akwinu miał podobne spostrzeżenia, choć jego droga była zupełnie inna niż ta, którą przeszedł Augustyn. Zauważa on pewien paradoks: rzeczy, które kojarzymy ze szczęściem, wcale go nie dają. Chyba jeszcze dobitniej mógłby tę tezę wygłosić w dobie konsumpcjonizmu, kiedy za każdym rogiem czekają na nas reklamy gotowe obiecać wszystko, jeśli tylko kupimy odpowiedni produkt. Tomasz nie chce powiedzieć, że świat jest zły, ale wręcz przeciwnie. Wszystko czego człowiek pragnie jest dobre, ale często myli środki z celem. Jesteśmy bowiem stworzeni na obraz i podobieństwo nieskończonego Boga i tylko to, co przekracza skończony porządek może ostatecznie nasycić naszą duszę.

W XIX wieku przestało być oczywiste to, co głosił Augustyn z Tomaszem. Bóg zaczął być kojarzony z tym, który stoi na naszej drodze do szczęścia i należy się go pozbyć, aby człowiek mógł żyć pełnią swojego potencjału. Można było odnieść wrażenie, że ludzkość znalazła odpowiedzi na wszystkie ważne pytania i nie potrzebowała już transcendencji. W takiej rzeczywistości filozof Maurice Blondel zauważa, że do Boga nie dochodzi się z ciekawości doktrynalnej i chęci poznania tego, co nadprzyrodzone, ale przez doświadczenie własnej niemocy wobec pełni dobra i wobec ciężaru zła.

Współcześni teologowie (jak np. Emmanuel Falque) przestrzegają przed tym, by każde ludzkie nienasycenie interpretować jako ukryte pragnienie Boga. Zbyt szybka ucieczka od ludzkiej skończoności sprawić może, że zadowolimy się prostymi odpowiedziami na kluczowe egzystencjalne pytania. Wbrew pozorom świat, który żyje bez Boga może stać się okazją do odkrycia większej głębi w naszej relacji z Nim. Dopiero spotkanie z niewierzącym pozwala nam zrozumieć, jak nasza własna wiara brzmi w świecie, który nie podziela jej założeń. Pozwala nam docenić łaskę, która nie jest oczywista i znaleźć nadzieję, która przekracza wszelki wymiar materialny.

Najważniejsze może jednak okazać się spotkanie z tym, co jest nienasyceniem w nas samych. Pragnąć możemy tylko tego, czego nie posiadamy albo posiadamy za mało. Dlatego pragnienie jest nieodłącznie związane z brakiem i tęsknotą. Czasami jest to bardzo konkretny brak, który żywo odczuwamy, a czasami jest to tęsknota za pełnią, której nie umiemy jasno zdefiniować. Nie jest to jednak deficyt, który prowadzi do rozpaczy i pustki, ale taki, który prowadzi ku życiu. Jedna z definicji mówi, że „pragnienie jest brakiem, który przeczuwa dobro”. Uświadomienie sobie tego braku nie oznacza, że nagle w magiczny sposób zostanie on zaspokojony, ale pokazać nam może co jest dla nas ważne, co nadaje sens i co najgłębiej buduje naszą tożsamość. Tam możemy spotkać się z Chrystusem, który przyjął w całości nasze człowieczeństwo i przeszedł tę samą drogę tęsknoty za pełnią, by przez swoje zmartwychwstanie dać nam nadzieję, że kiedyś żyć nią będziemy na wieki.

Egzamin z dystansu

Skończyły się tegoroczne egzaminy maturalne. Będąc w komisjach, przyglądam się młodym ludziom ubranym na galowo i przejętym rzeczywistością, na którą nie czują się wcale gotowi. Wspominam wtedy swoją własną maturę sprzed ponad 20 lat. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam wiele emocji, szczególnie na egzaminie ustnym z języka polskiego. Denerwowałam się nim bardzo, a kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem dostaliśmy informację, że zostanie przełożony, bo zmarł jeden z wicedyrektorów i poszukiwane jest zastępstwo. Wiadomość ta była dla mnie druzgocąca, bo to właśnie prof. Roszkowski miał być dobrą duszą w komisji, której przewodnicząca polonistka za mną nie przepadała. Do tego ogromnego stresu dołożył się kolejny element, kiedy na samym egzaminie okazało się, że jedno z pytań źle opracowaliśmy i bez względu na to jak długo powtarzałam członkom komisji moją wersję odpowiedzi, nadal uważali, że się mylę.

To co w tamtym momencie wydawało się najważniejsze na świecie, dzisiaj jest tylko bladym wspomnieniem, które stało się barwną anegdotką. Wszystko co zajmowało moją głowę w tamtym czasie już dawno z niej wyparowało, a po drodze wydarzyło się bardzo wiele ważniejszych i mniej ważnych rzeczy. Inne doświadczenia, które mnie spotkały wpłynęły na mnie o wiele bardziej niż kilka egzaminów maturalnych, a jednak w danym momencie wydawało się, że od tej jednej chwili zależy absolutnie wszystko. Kiedy jesteśmy w środku danej sytuacji, nie umiemy ocenić jej obiektywnie, nawet gdy wszyscy dookoła tłumaczą nam, że nie ma się aż tak czym przejmować. Dopiero po czasie jesteśmy w stanie podejść do naszych przeżyć z dystansem i zobaczyć je z zupełnie innej strony.

W życiu duchowym przeżywamy podobne momenty. Będąc w strapieniu wydaje nam się, że Bóg przestał być zainteresowany naszym losem, czujemy się zostawieni sami, wszystko jest źle i w dodatku jesteśmy przekonani, że ten stan nigdy się nie skończy. Dobrze mieć wtedy obok kogoś, kto nam tę sytuację zobiektywizuje, ale przede wszystkim ważne żebyśmy wrócili do własnego doświadczenia i przypomnieli sobie, że to normalny stan, z którym już nie raz daliśmy sobie radę. Pomocą mogą być w tym czasie notatki, jakiś cytat czy przedmiot, które przypomną nam o doświadczeniu miłości Boga. Choć na chwilę Jego obecność może nie być wyczuwalna, to jednak przecież pozostawia nam wystarczającą łaskę.

W czasie pocieszenia sprawy mają się inaczej, bo prowadzeni jesteśmy przez Dobrego Ducha, widzimy jaśniej, nawet w trudnych momentach odczuwamy Jego obecność i wsparcie, więc mamy siłę do podejmowania heroicznych wyzwań. Może być jednak tak, że z czasem nasza duchowa sytuacja zacznie się zmieniać, a my tego nie zauważymy. Będąc jeszcze na fali duchowej euforii, podjąć możemy decyzje, które będą miały zły wpływ na nas i na innych. Entuzjazm jest wskazany przy angażowaniu się w nowe zadania, ale kiedy jesteśmy w centrum wydarzeń, może zabraknąć nam obiektywnego spojrzenia i dystansu. Na pewno ważnych wyborów nie należy dokonywać pochopnie, bez odpowiedniego czasu na rozeznanie.

Zdrowy dystans przydaje się wszędzie tam, gdzie towarzyszą nam silne emocje. Może to być złość, która pojawia się szczególnie w bliskich relacjach; smutek po przeżyciu ważnej straty; lęk wywołany wspomnieniem jakiegoś bólu, ale też nadzwyczajna radość kiedy czujemy, że wszystko nagle układa się po naszej myśli. Te uczucia nie są złe i mamy prawo w pełni je przeżyć i przyjąć. Jezus wielokrotnie dawał nam tego przykład na kartach Ewangelii, pokazując że jest to nieodłączna część naszego człowieczeństwa. Nie warto jednak zatrzymywać się tylko na tym co czujemy, bo rzeczywistość jest znacznie bogatsza. Nabierając dystansu i poszerzając horyzont naszych przeżyć, możemy odnaleźć głębszy sens, pokój serca i nadzieję. Jezus dawał nam przykład tego, kiedy wychodził na miejsca pustynne, często w nocy, żeby spotkać się z Ojcem z dala od zgiełku. Nas też zaprasza do tego, żeby w każdych okolicznościach, trwając w pełni tu i teraz w doświadczeniu jakie nas spotyka, jednocześnie częścią siebie przeczuwać, że nasze przeznaczenie wykracza znacznie poza to, co czujemy i widzimy. Każdy nasz mały koniec świata jest szansą na nowe zmartwychwstanie.

Kościół w drodze

Zanim w Antiochii nazwano uczniów Jezusa chrześcijanami, posługiwano się inną nazwą: „zwolennicy tej drogi”. Nie zwolennicy nowej doktryny, religii czy prawa. To znamienne, że właśnie „droga” definiowała pierwotny Kościół i to słowo również dzisiaj wydaje się mieć nam wiele do powiedzenia. Greckie słowo ὁδός (hodos) oznacza drogę, ale w jej wielowymiarowej palecie znaczeń. Może to być po prostu ścieżka albo ulica, ale oznacza też podróż, marsz, sposób postępowania, kierunek, w którym człowiek podąża. Słowo synodalność odmieniane dzisiaj w Kościele przez wszystkie przypadki pochodzi właśnie od słowa droga – σύνοδος (syn-hodos), czyli wspólna droga.

Droga wskazuje na jakiś proces. Idąc nią stopniowo zbliżamy się do jakiegoś celu. Nie jest ona jednak tylko koniecznym środkiem, ale nauczycielką życia. Wędrówka uczy nas właściwego rozkładania sił, radzenia sobie ze zmiennością pogody, polegania na swojej intuicji, ale też na towarzyszach podróży. Uczy nas też ufać Opatrzności w momentach, gdy nasza słabość nas zatrzymuje. Powoduje dobre zmęczenie, które w naturalny sposób potęguje nasze poczucie szczęścia. Ideałem wcale nie byłoby teleportowanie się do celu, by uniknąć trudu podróży, bo ona sama jest wartością nieocenioną. Dlatego nasza droga do życia wiecznego ma wszystkie cechy pięknej pielgrzymki, która wiedzie przez kolejne etapy, różnorodne krajobrazy, zaskakujące przygody, momenty wspinaczki i radosnego zbiegania po łagodnym zboczu.

W podróży przez życie nigdy nie jesteśmy sami. Gdyby nawet zabrakło nam towarzyszy w codzienności, Jezus nie odstępuje nas ani o krok. Idzie obok nas ręka w rękę, a w trudnych chwilach niesie nas na ramionach jak pasterz owcę. To jest prawdą nawet wtedy, gdy zupełnie nie odczuwamy Jego obecności. Co jednak ważniejsze, On mówi nam, że sam jest drogą, prawdą i życiem. Co oznacza, że nie ważne którą ścieżką i po jakich chaszczach przyjdzie nam iść. Dopóki jesteśmy z Nim w relacji, On prowadzi nas prosto do celu, gdzie jest mieszkań wiele i gdzie radość się nie kończy.

Kiedyś droga miała jeszcze jedną ważną funkcję – pozwalała nam przeżywać zmiany. Odkąd pojawiły się na świecie samoloty, możemy bez większego trudu w kilka godzin przekroczyć kilka stref czasowych i jeszcze tego samego dnia znaleźć się w innej części globu w zupełnie innym klimacie, kulturze i wśród zupełnie innych problemów. Samoloty niesamowicie ułatwiły nam przemieszczanie się, ale zabrały nam coś bardzo cennego – czas na przemianę serca. Kiedyś pokonanie takich odległości wymagało długich tygodni, a czasem miesięcy podróży, najpierw pieszo, potem konno, dorożką. W każdym przypadku wymagało to odważnej i odpowiedzialnej decyzji by wyruszyć w drogę i wytrwać na niej do końca. Przede wszystkim jednak dawało czas na to, by nasz umysł, serce i dusza przygotowały się do ogromnej zmiany jaka czekała w nowym miejscu.

Dzisiaj podróż, choć wygląda inaczej, też może być dobrą okazją do spędzenia czasu w życiodajny sposób. Ja uwielbiam długie trasy samochodem w dobrym towarzystwie, kiedy jest przestrzeń na głębokie rozmowy, dużo śmiechu i muzyki, ale czasami lubię też wyruszyć w daleką samotną podróż, kiedy mogę śpiewać na całe gardło (szczególnie pieśni paschalne!) albo wsłuchać się w pasjonującego audiobooka. Kocham podróże pociągiem, kiedy nie muszę pilnować drogi i mogę w spokoju popracować, poczytać, pospać, a czasami po prostu przyglądać się krajobrazom za oknem, najlepiej przy zachodzącym słońcu. Latanie też ma w sobie coś szczególnego – obserwowanie świata ponad chmurami i lekkość unoszenia się w przestworzach. Kluczem jest przeżycie tej drogi z pytaniem: „gdzie moje serce potrzebuje dotrzeć?”, a nie „co mogę zrobić dla zabicia czasu?”.

« Older posts

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders Noren — Up ↑