Spojrzenie Serca

Blog Ewy Bartosiewicz

Kościół w drodze

Zanim w Antiochii nazwano uczniów Jezusa chrześcijanami, posługiwano się inną nazwą: „zwolennicy tej drogi”. Nie zwolennicy nowej doktryny, religii czy prawa. To znamienne, że właśnie „droga” definiowała pierwotny Kościół i to słowo również dzisiaj wydaje się mieć nam wiele do powiedzenia. Greckie słowo ὁδός (hodos) oznacza drogę, ale w jej wielowymiarowej palecie znaczeń. Może to być po prostu ścieżka albo ulica, ale oznacza też podróż, marsz, sposób postępowania, kierunek, w którym człowiek podąża. Słowo synodalność odmieniane dzisiaj w Kościele przez wszystkie przypadki pochodzi właśnie od słowa droga – σύνοδος (syn-hodos), czyli wspólna droga.

Droga wskazuje na jakiś proces. Idąc nią stopniowo zbliżamy się do jakiegoś celu. Nie jest ona jednak tylko koniecznym środkiem, ale nauczycielką życia. Wędrówka uczy nas właściwego rozkładania sił, radzenia sobie ze zmiennością pogody, polegania na swojej intuicji, ale też na towarzyszach podróży. Uczy nas też ufać Opatrzności w momentach, gdy nasza słabość nas zatrzymuje. Powoduje dobre zmęczenie, które w naturalny sposób potęguje nasze poczucie szczęścia. Ideałem wcale nie byłoby teleportowanie się do celu, by uniknąć trudu podróży, bo ona sama jest wartością nieocenioną. Dlatego nasza droga do życia wiecznego ma wszystkie cechy pięknej pielgrzymki, która wiedzie przez kolejne etapy, różnorodne krajobrazy, zaskakujące przygody, momenty wspinaczki i radosnego zbiegania po łagodnym zboczu.

W podróży przez życie nigdy nie jesteśmy sami. Gdyby nawet zabrakło nam towarzyszy w codzienności, Jezus nie odstępuje nas ani o krok. Idzie obok nas ręka w rękę, a w trudnych chwilach niesie nas na ramionach jak pasterz owcę. To jest prawdą nawet wtedy, gdy zupełnie nie odczuwamy Jego obecności. Co jednak ważniejsze, On mówi nam, że sam jest drogą, prawdą i życiem. Co oznacza, że nie ważne którą ścieżką i po jakich chaszczach przyjdzie nam iść. Dopóki jesteśmy z Nim w relacji, On prowadzi nas prosto do celu, gdzie jest mieszkań wiele i gdzie radość się nie kończy.

Kiedyś droga miała jeszcze jedną ważną funkcję – pozwalała nam przeżywać zmiany. Odkąd pojawiły się na świecie samoloty, możemy bez większego trudu w kilka godzin przekroczyć kilka stref czasowych i jeszcze tego samego dnia znaleźć się w innej części globu w zupełnie innym klimacie, kulturze i wśród zupełnie innych problemów. Samoloty niesamowicie ułatwiły nam przemieszczanie się, ale zabrały nam coś bardzo cennego – czas na przemianę serca. Kiedyś pokonanie takich odległości wymagało długich tygodni, a czasem miesięcy podróży, najpierw pieszo, potem konno, dorożką. W każdym przypadku wymagało to odważnej i odpowiedzialnej decyzji by wyruszyć w drogę i wytrwać na niej do końca. Przede wszystkim jednak dawało czas na to, by nasz umysł, serce i dusza przygotowały się do ogromnej zmiany jaka czekała w nowym miejscu.

Dzisiaj podróż, choć wygląda inaczej, też może być dobrą okazją do spędzenia czasu w życiodajny sposób. Ja uwielbiam długie trasy samochodem w dobrym towarzystwie, kiedy jest przestrzeń na głębokie rozmowy, dużo śmiechu i muzyki, ale czasami lubię też wyruszyć w daleką samotną podróż, kiedy mogę śpiewać na całe gardło (szczególnie pieśni paschalne!) albo wsłuchać się w pasjonującego audiobooka. Kocham podróże pociągiem, kiedy nie muszę pilnować drogi i mogę w spokoju popracować, poczytać, pospać, a czasami po prostu przyglądać się krajobrazom za oknem, najlepiej przy zachodzącym słońcu. Latanie też ma w sobie coś szczególnego – obserwowanie świata ponad chmurami i lekkość unoszenia się w przestworzach. Kluczem jest przeżycie tej drogi z pytaniem: „gdzie moje serce potrzebuje dotrzeć?”, a nie „co mogę zrobić dla zabicia czasu?”.

Czego puzzle nauczyły mnie o życiu

Od jakiegoś czasu lubię w wolnych chwilach układać puzzle. Okazało się, że jest to nie tylko dobra forma relaksu, ale też pole do wielu refleksji o życiu. 

Ten kawałek musi tu pasować

Patrzę na puste pole w układance i na puzzel, który trzymam w ręku. Nie mogę uwierzyć, że w tym miejscu nie pasuje. Wzór idealnie odpowiada brakującemu elementowi i kształt się zgadza, a jednak to nie ten. Próbuję kilka razy, bo jestem przekonana, że jak się mocno postaram, to jakoś się tam wpasuje. A jednak to nie jest jego miejsce.

Ile razy już próbowałam swoją wizję świata wcisnąć na siłę w miejscu, gdzie czułam że powinno być coś innego? Trzymam się kurczowo relacji, które nie mają przyszłości; zaangażowań, które mnie niszczą; planów, które nie prowadzą do celu. Chcę zapełnić pustkę, która we mnie jest, nie pamiętając, że są miejsca mojego serca, które wypełnić może tylko sam Bóg. Inne natomiast powinny poczekać na coś, co On dla mnie przygotował. To wymaga cierpliwości, która jest niezwykle trudna, ale konieczna, jeśli chcę znaleźć w życiu pełnię i pokój.  

Tego puzzla nie ma

Patrzę nieustannie na brakujący kawałek w samym środku ułożonej partii układanki. Kłuje mnie w oczy i sprawia nieodparte wrażenie, że kupiłam wybrakowane pudełko. Zastanawiam się nawet po co dalej układam skoro obraz i tak nigdy nie zostanie ukończony. Wydaje się to zupełnie bezcelowe, a jednak cień nadziei sprawia, że kontynuuję. Aż w pewnym momencie brakujący puzzel odnajduje się pośród innych i trafia w końcu na swoje miejsce, choć wcześniej wielokrotnie przerzucałam go w pudełku pełnym klocków, przekonana, że to przecież nie ten.

W moim życiu bardzo wiele może zyskać miano tego brakującego kawałka. Coś za czym tęsknię i mam przekonanie, że gdyby tylko się znalazło, to odmieniłoby mój los. Jeśli skupiam się na poszukiwaniu tego, co wyobraziłam sobie jako doskonałe dopełnienie mojej egzystencji, to opóźniam tylko moment w którym zauważę, że brakujący kawałek cały czas był zaraz obok. Wygląda co prawda inaczej niż przypuszczałam, ale kiedy pozwolę mu rozgościć się w moim życiu okazuje się pasować lepiej niż cokolwiek, co sobie wymarzyłam.

Niewiarygodne, że to tak blisko

Patrzę na większe fragmenty układanki, które już od dłuższego czasu rozwijały się zupełnie niezależnie od siebie i nagle doznaję olśnienia. Zauważam, że jeśli jeden z tych zbiorów obrócę i spojrzę na niego z innej strony, to pasuje on idealnie do tego drugiego i odtąd mogą tworzyć jedną całość. Choć wyglądały jak dwa odległe od siebie uniwersa, okazują się być o wiele sobie bliższe niż przypuszczałam.

Zaskakujące bywa, kiedy odkrywam, że rozwiązanie, którego szukałam znajduje się na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko spojrzeć od innej strony, zmienić myślenie. Na tym właśnie polega nawrócenie (metanoja), bo to w jaki sposób myślimy o świecie kształtuje nasze decyzje i buduje rzeczywistość. Patrzenie na świat oczami Boga sprawia, że to, co wydawało się odległe i niemożliwe, nagle staje się bliskie i osiągalne. Okazuje się, że mój nieznaczący ludzki wkład łączy się z nieskończoną mocą Bożą i zaczyna przynosić owoce, których się nie spodziewałam.

 Doświadczenie ma znaczenie

Patrzę na puzzle, które układam pierwszy raz w życiu, ale jednak widzę więcej niż przy swojej pierwszej układance. Wiem już jak dobrze dopasować kształty, widzę subtelne różnice w kolorach, z daleka dostrzegam brakujący kawałek i intuicja podpowiada mi, że to będzie właśnie ten. Każdy nowy ułożony obraz sprawia, że zdobywam cenne doświadczenie.

Życie przynosi mi wciąż zaskakujące sytuacje. Każda decyzja wymagająca podjęcia jest inna, a Bóg przemawia do mnie w coraz to nowy sposób. Nie oznacza to jednak, że za każdym razem zaczynam od zera i poruszam się jak dziecko we mgle. Doświadczenie słuchania Bożego głosu i dokonywania wyborów (tych dobrych i tych złych), sprawia że za każdym razem moja duchowa intuicja coraz lepiej rozpoznaje co jest dobre, Bogu przyjemne i co doskonałe. Z daleka wyczuwam, kiedy w mojej głowie pojawia się subtelna pokusa i uczę się rozpoznawać szept Boga nawet w codziennym zabieganiu.  

Kosmiczna lekcja miłości

Byłam dzisiaj po raz drugi w kinie na cudownym filmie. Nie był to film w żaden sposób pobożny, choć tytuł „Projekt Hail Mary” może niektórych zmylić nawiązaniem do słów Zdrowaś Mario. Okazało się jednak, że film science fiction z doskonale opracowanymi wątkami naukowymi może również bardzo wiele w niesamowicie wzruszający sposób opowiedzieć o miłości zdolnej do oddania życia.

(Tekst zawiera spoilery, szczerze zachęcam do udania się najpierw do kina!)

Kochamy tak, jak sami doświadczyliśmy miłości

Główny bohater filmu, Grace (czyli Łaska!), sam siebie uważa za osobę, która nie jest zdolna poświęcić się dla innych. Jest samotny i wydaje się bardziej zainteresowany badaniem komórek niż nawiązywaniem relacji, choć ma też z pewnością wiele serca dla swoich uczniów w liceum. W trakcie rozwijania się fabuły jesteśmy świadkami jego przemiany, kiedy podczas misji kosmicznej wiele razy z narażeniem życia walczy o ratunek dla świata, ale też o swojego przyjaciela z obcej planety. Nie dzieje się to jednak bez przyczyny. Najpierw to on doświadcza troski i poświęcenia ze strony Rockiego, kiedy ten czuwa nad nim podczas snu, ofiarowuje mu dodatkowe astrofagi, żeby mógł wrócić na Ziemię (co oznacza, że będzie wracał na swoją planetę o 6 lat dłużej…), a ostatecznie z narażeniem własnego życia podłącza go pod aparaturę medyczną. To doświadczenie bycia kochanym, sprawia że Grace zupełnie naturalnie pragnie odwdzięczyć się tą samą miłością.

W naszej codzienności możemy mieć poczucie, że nie potrafimy kochać, bo nikt nie potraktował nas tak jak Rocky. Zazwyczaj to diagnoza zbyt surowa dla naszych najbliższych, ale nawet gdyby tak było, mamy Kogoś, kto kocha nas nieskończoną i doskonałą miłością. Gdyby Bóg przestał nas chcieć choćby przez ułamek sekundy, przestalibyśmy istnieć. „Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem.” (Ps 121) Bóg, który posłał swojego Syna z miłości do każdego z nas, jest Tym, który zawsze się troszczy. Jezus nie tylko otarł się o śmierć, ale przez nią przeszedł, żebyśmy my mieli życie na wieki. Czy to nie wystarczy, żeby odpowiedzieć całym sercem i całą duszą na tę miłość?

Bliskość, która dodaje sił i nadziei

„Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Jezus pokazuje nam ideał, w którym kochać mamy wszystkich bez wyjątku, ale zacząć trzeba od najbliższych. Historia naszego życia połączyła nas z ludźmi, których nazywamy przyjaciółmi, choć budowanie z nimi bliskości mogło odbywać się w bardzo różnych okolicznościach i na bardzo różnym poziomie. Relacja Grace’a i Rocky’ego zaczęła się od naukowej ciekawości i chęci komunikacji z kimś obcym, ale prowadziła dalej przez wspólny cel ratowania swoich światów, wzajemną troskę w chwilach próby, mnóstwo humoru oraz podobne doświadczenie żałoby po swoich załogach. Bliskość, którą ze sobą zbudowali dała im siłę do pokonywania swoich własnych ograniczeń i wzmacniała nadzieję na powodzenie misji. Choć w pewnym momencie Grace czuł się tą bliskością zdecydowanie przytłoczony, ostatecznie za nią zatęsknił kiedy przyjaciela zabrakło. Końcowa scena filmu natomiast pokazuje, że również Rocky nauczył się respektowania granic i dawania drugiemu wolności.

Uczymy się miłości nie od razu poświęcając swoje życie dla drugiego. Relacja zaczyna się od prostych gestów bliskości – wspólnych zainteresowań, wrażliwości, działania, małych rezygnacji ze swojego, żeby sprawić komuś radość. Z czasem jednak może przerodzić się w zupełnie bezinteresowny dar z siebie, na wzór miłości Jezusa do nas. Nie inaczej dzieje się też w relacji z Bogiem. W naszej codzienności aż roi się od gestów bliskości z Jego strony – małe zbiegi okoliczności powodujące nasz uśmiech; cuda natury budzące nasz zachwyt; słowa usłyszane przypadkiem, przypominające o czymś dla nas ważnym. Warto jednak pamiętać, że On czeka też na bliskość z naszej strony!

Próba, której sobie nie wybieramy

Pod koniec filmu dowiadujemy się zaskakującej rzeczy – Grace nie zgłosił się na ochotnika do załogi kosmicznej misji. Nie został nawet do tego w żaden sposób namówiony, ale wbrew swojej woli umieszczony na statku w stanie śpiączki. Czy to nie jest historia Szymona z Cyreny, którego żołnierze siłą przymusili do tego, żeby miał swój drobny udział w zbawieniu świata? Tradycja Kościoła sugeruje, że ten moment odmienił życie Szymona na zawsze i stał się on potem, wraz ze swoimi synami, jednym z filarów pierwotnego Kościoła. Podobnie filmowy bohater nie byłby bohaterem, gdyby nie okoliczności, które siłą go do tego zmusiły. Pozwoliły mu odnaleźć w sobie zarówno pokłady energii i kreatywności, jak i odwagę poświęcenia dla innych.

Wielokrotnie w naszym życiu to zewnętrzne trudne okoliczności pozwalają nam wydobyć ze swojego wnętrza pokłady miłości, których sami się nie spodziewaliśmy. Okazuje się, że w momentach próby potrafimy dokonać heroicznych czynów, jeśli nasze serce powoli nasiąkało Bożą obecnością, nawet tą nieuświadomioną. Czasami wrzucenie na głęboką wodę przez kogoś, kto pokłada w nas nadzieję, staje się szansą do zrobienia kroku, na który sami byśmy się nie odważyli. Taką rolę w naszym życiu pełnią też pokusy, które są próbą naszej wierności Bogu. Po pokonaniu w sobie podszeptów wroga, wychodzimy silniejsi i odważniejsi. Warto te wszystkie momenty docenić i może nawet za nie podziękować. 

Kosmiczna miłość

Czego zatem może nas nauczyć relacja introwertycznego naukowca z kosmitą pozbawionym twarzy? Może przede wszystkim tego, że miłości uczymy się całe życie i czasami zupełnie zaskakujące sytuacje mogą kształtować nas na wzór naszego Stwórcy. Najważniejsze żebyśmy tych lekcji nie przegapili, nie przeszli obok nich obojętnie, bo tak łatwo umknąć nam może wiele inspiracji, kiedy zapominamy, że można je znaleźć dosłownie wszędzie.   

4 śluby i pogrzeb. O tym co najważniejsze.

Rano był pogrzeb, zupełnie nieoczekiwany. Nazywała się Aśka Chudzik RSCJ. Nie Joanna, nie Asia, zawsze Aśka (siostry z zagranicy piszą o niej Ashka). Odeszła tak nagle, że wszystkich pozostawiła w szoku. Z dnia na dzień, w pełni sił i zdrowia, z wieloma planami. Jeszcze wieczorem była na modlitwie, żartowała ze wspólnotą. Rano już Pan zabrał ją do siebie. W biegu. To cała ona – wzięła i sobie umarła. Jak dowiedzieliśmy się na pogrzebie, w taki sam sposób wstępowała do zakonu. Przyjechała do Warszawy do znajomego księdza, kazała się zawieść do klasztoru na Tanecznej i powiedziała, że tu już zostaje. Nikt nie wiedział. Po prostu wzięła i wstąpiła.

Jej pożegnanie było pełne wzruszeń. Kolejne osoby wychodziły na ambonę wspominając zarówno jej dzieciństwo jak i ostatnie dni. Łzy płynęły mi po policzkach co chwilę. Aśka rzeczywiście była wyjątkowa – nie dała się zamknąć w schematach, była wulkanem energii, miała doskonały zmysł organizacyjny i twardą rękę do zarządzania, ale też poczucie humoru i niesamowite podejście do ludzi – wychowawczyni z prawdziwego zdarzenia. To co zapamiętam, to telefon od niej w trudnym momencie, kiedy prawie nikt inny nie zadzwonił. Nie bała się mieć własne zdanie i wyrażać je głośno.

To jednak, co najbardziej mnie poruszyło na pogrzebie, to homilia. Usłyszeliśmy, że to jest łaska, że możemy się tutaj spotkać i to łaska, że Aśka odeszła do Pana. To łaska, bo wszystko jest łaską. Wszystko jest w Jego rękach i nic nie wydarza się przypadkowo. Ona jest już po tej lepszej stronie, gdzie – jestem przekonana – doświadcza już pełni miłości Boga, ale dla nas też to wydarzenie może być darem. Wystarczy, że przez chwilę pomyślimy sobie o tym, że życie jest zbyt kruche i nieprzewidywalne, by marnować je na głupoty. Zbyt mało jest czasu by narzekać, wykłócać się i bezsensownie scrollować internet. Warto zająć się tym co naprawdę istotne i nie odkładać ważnych spotkań na później, bo możemy ich nie doczekać.

Wieczorem były śluby. Wszystkie cztery na raz. Michał Karnawalski SJ składał swoją uroczystą profesję zakonną, czyli po raz ostatni potwierdził swoje oddanie życia Jezusowi, a Towarzystwo Jezusowe potwierdziło, że chce go na zawsze w swoich szeregach. To wydarzenie pod wieloma względami było czymś na przeciwległym biegunie do porannego pogrzebu. Przede wszystkim nie było w nim nic nagłego. Michał czekał na ten dzień prawie 24 lata od swojego wstąpienia. Przechodził formację w wielu miejscach w Polsce i na świecie, studiował na najlepszych uczelniach, rozwijał się na różnych polach. Mogłoby się wydawać, że teraz już dobiegł do jakiejś mety i może odpocząć, ale nic bardziej mylnego. Teraz przed nim czas dalszego życia czterema ślubami. Trzy z nich zapewne są Wam znane – to rady ewangeliczne czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, ale czwarty (składany przez niektórych jezuitów) może być tajemniczy. To ślub posłuszeństwa papieżowi w sprawach misji. Czyli jak papież potrzebuje wsparcia, to może poprosić takiego jezuitę o zostawienie całego dotychczasowego życia, by służyć Kościołowi gdzieś na końcu świata.

Drugim, co wyróżniało wieczorną uroczystość, to punkt koncentracji naszej uwagi. Poranny pogrzeb, z naturalnych względów, skupiony był na zmarłej i pustce, którą pozostawiła w naszym życiu. Michał natomiast zadbał, by ten dzień nie był tylko o nim. Jako badacz Starego Testamentu spędził nieco czasu na Bliskim Wschodzie i bardzo osobiście odczuwa ból tych, którzy w trwających wojnach tracą bliskich i dobytek życia. Najbardziej wzruszającym momentem liturgii ślubów był psalm oraz hymn wykonany w języku arabskim w akcie modlitwy za tych, którzy cierpią z powodu konfliktów, po wszystkich stronach.

W czym to może być inspiracją dla nas? Może w tym, by mieć serce cały czas otwarte na nowe zaproszenia od Pana i by nasz wzrok kierować szerzej niż tylko nasze małe bezpieczne podwórko. Może nie będziemy proszeni o wyjazd na koniec świata, ale może przez różne okoliczności okazać się, że nasz własny świat tu i teraz wywróci się do góry nogami. Może odejść nam ktoś bliski, możemy mieć wypadek i stracić zdrowie, możemy być zwolnieni z pracy, a w końcu i nas może dotknąć wojna. Równie dobrze jednak może w naszym życiu nieoczekiwanie pojawić się nowy bliski człowiek, możemy zostać uzdrowieni czy to fizycznie czy duchowo, wymarzona praca może nas znaleźć, gdy najmniej się tego spodziewamy, a pokój może stać się naszym udziałem nawet pośrodku trudnych wydarzeń. Życie jest pełne niespodzianek, ale jeśli chcemy przeżyć je w pełni, dobrze jeśli będziemy pamiętać, że wszystko jest darem.

Salvador Delulu i sacrum wyobraźni

Miałam ostatnio okazję zobaczyć spektakl pt. „Salvador Delulu” inspirowany twórczością Salvadora Dalego. Twórcy starali się pokazać za pomocą tańca charakter i temperament ekscentrycznego hiszpańskiego artysty. Skorzystali oni z różnych elementów jego historii, wśród których najważniejszym był klucz i miska, gdyż Dali miał w zwyczaju zasypiać w fotelu z kluczem w ręku. Kiedy wchodził w początkową fazę snu zwaną hipnagogia, klucz spadał i uderzał o miskę, a artysta budził się i zaczynał malować to, co jego mózg wytworzył w tym specyficznym czasie mieszania się snu i jawy. Właśnie do tego stanu nawiązuje drugi człon nazwy spektaklu, czyli „Delulu” – we współczesnym slangu określenie kogoś, kto ma nierealistyczne przekonania lub żyje w świecie fantazji.

Dali w 1971 roku udzielił wywiadu w Nowym Jorku, i oprócz tego, że przybył tam z mrówkojadem wypożyczonym z lokalnego zoo, to mówił też o tym, że jego sztuka nie ma żadnego przesłania. Nie ma nic do przekazania światu przez swoje obrazy, ale pragnie tylko uwiecznić to, co jest kawałkiem jego podświadomości. Takie postawienie sprawy przypomina nam, że choć analizowanie sztuki w poszukiwaniu analogii do literatury, historii, innych dzieł czy wydarzeń z życia twórcy, może być fascynujące, to jednak najważniejszy jest nasz subiektywny jej odbiór. Dzieła Dalego mogą być dla nas niepokojące. Często pokazują świat bardzo naturalistycznie, a jednocześnie są zatopione w absurdzie i surrealizmie. Łączą to, co naturalne, z konstrukcjami technicznymi i sprzętem naukowym. Część obrazów nawiązujących do chrześcijaństwa możemy nawet uznawać za obrazoburcze, choć sam artysta twierdził, że tworzy je chcąc pokazać naszą wiarę we współczesny sposób, a nie ją dyskredytować. Jakikolwiek nie byłby nasz osobisty odbiór tej sztuki, z pewnością może nas ona prowokować do zadawania pytań i szukania Bożego przesłania też w tym co absurdalne i co wymyka się prostym kategoriom naszych religijnych schematów.

Warto zatrzymać się też chwilę nad fenomenem snów. W biblii odgrywają one ważną rolę zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Pan Bóg do wielu władców przemawiał przez sny, a swoim prorokom dawał dar ich tłumaczenia – taką zdolność miał np. Daniel czy Józef Egipski. W Ewangelii Boży głos słyszał w snach św. Józef i dzięki nim mały Jezus nie został zamordowany przez Heroda w czasie rzezi niewiniątek. Znaczy to, że również my możemy zobaczyć jakieś Boże przesłanie w tym, co wydarza się podczas naszych nocy. Z pewnością możemy wtedy lepiej poznać samych siebie, bo to czas, kiedy nie działają już mechanizmy obronne i nasza podświadomość pozwala sobie na tworzenie obrazów, które mogą być dla nas niewygodne. Oczywiście nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego, co nam się śni, a już tym bardziej rozpatrywać ich w kategoriach moralnych. Jeśli w naszym śnie np. kogoś zamordujemy, to nie powinno to w nas budzić jakiegokolwiek poczucia winy, ale może nas zastanowić i zrodzić pytania np. o jakąś niewyrażoną złość.

W Kościele spotkać można nurty, które z dużym dystansem a nawet lękiem patrzeć będą nie tylko na sny, ale w ogóle na naszą wyobraźnię. Tymczasem ona też jest darem od Boga, który możemy w bardzo skuteczny sposób przekuć na budowanie z Nim relacji. Nieocenionym przewodnikiem na tej drodze był Ignacy Loyola, który w swoich Ćwiczeniach Duchowych zapraszał nas do kontemplacji Słowa Bożego z wykorzystaniem właśnie wyobraźni. Zachęcał by zobaczyć oczami duszy daną scenę biblijną i umieścić tam siebie samego – nie tylko w roli obserwatora, ale też czynnego uczestnika wydarzeń. Osoby, które uczą się kontemplacji ignacjańskiej na początku często doświadczają wątpliwości i zadają sobie pytania: „czy ja tak mogę?”, „czy to wypada?” albo zauważają słusznie – „przecież tego nie ma w Biblii”. Jeśli jednak przejdą przez to pierwsze zawahanie i pozwolą swojej wyobraźni czynnie uczestniczyć w modlitwie, doświadczają ogromnej bliskości Boga i są w stanie poznawać Go wszystkim zmysłami.

Może Wielki Post być dla nas dobrą okazją do tego, żeby w tym czasie z większą uważnością szukać obecności Boga w różnych przestrzeniach naszego życia. Może na nowo usłyszymy Jego głos w sztuce, kulturze, muzyce, a może jeszcze bardziej w naszej własnej wyobraźni.  

Jeśli szukasz znaku, oto on

Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę? 

Znaki towarzyszą nam w życiu na dwa sposoby. Możemy ich aktywnie szukać, po to żeby potwierdziły nasze rozeznanie, dały nam więcej pewności w podjętych decyzjach, albo wręcz zwolniły nas nieco z odpowiedzialności za dokonane wybory. To jest rodzaj znaków, które Jezus wydaje się ganić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia” (Łk 12,29-30). Syn Człowieczy wyjdzie z grobu po trzech dniach, jak Jonasz wyszedł z wnętrza ryby. Jeśli to ich nie przekona, to żadne inne znaki nie mają sensu. 

Jest jednak inny rodzaj znaków, których możemy w życiu doświadczyć. To nie my ich szukamy, ale one znajdują nas. To momenty zupłenie nieoczekiwane, w których nadprzyrodzoność wydaje się z całą mocą przebijać przez monotonną rzeczywistość. To seria zbiegów okoliczności, które wydają się całkowicie niemożliwe; to niebo, które przy zachodzie słońca przybiera zupełnie nienaturalne barwy i przypomina nam ważny moment z naszego życia; to bardzo ważny dla nas cytat znaleziony w najmniej oczekiwanym miejscu; to absolutnie niszowa ulubiona piosenka, lecąca nagle z losowego radia w galerii handlowej. To wszystkie te chwile, kiedy zatrzymujesz się nagle i mówisz sam do siebie „serio?”. W przypadku takich znaków, Bóg wręcz się niepokoi jeśli ich nie dostrzegamy: „Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?” (Łk 12,56). Jemu bardzo zależy, żebyśmy odczytywali Jego drobne gesty miłości w naszej codzienności. 

Ostatnio odświeżam sobie po kilkunastu latach pozycję książkową pt. „The beautiful outlaw” Johna Eldredge’a (która chyba nadal nie doczekała się polskiego tłumaczenia). Wciąż jest niesamowicie odświeżająca, pokazująca Jezusa z Jego poczuciem humoru, zaciętością, charakterem. Lektura ta uświadomiła mi, że to w jaki sposób patrzymy na znaki ma duży związek z naszym obrazem Boga. Kiedy ich poszukujemy, wydaje się, że jesteśmy w relacji z kimś, kto jest daleki i osądzający. Łatwo można zrobić coś nie po jego myśli i go rozczarować. Szukamy więc potwierdzenia, że idziemy właściwą drogą, że się nie zgubiliśmy, że nadal jesteśmy w porządku. Tymczasem rozpoznawanie znaków, które same pojawiają się w naszym życiu, zdradza relację z kimś bardzo bliskim. Ktoś, kto robi nam ciągle niesamowite niespodzianki przypomina najlepszego przyjaciela, który doskonale wie co sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a nawet wywoła śmiech i okrzyk radości. Jednocześnie też wie jak nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, powstrzymać przed głupim przesięwzięciem i przypomnieć, że nie jesteśmy samowystarczalni.  

Nie jest łatwe znalezienie odpowiedniego balansu między odczytywaniem znaków jako sposobu komunikacji Boga z nami a nadinterpretacją sytuacji, które nam się przydarzają i podejmowaniem na ich podstawie decyzji. Z jednej strony Jezus zachęca do odkrywania Jego subtelnych podpowiedzi w naszych życiowych poszukiwaniach, ale nie możemy traktować ich w sposób magiczny. Nic nie zwalnia nas z uczciwego procesu rozeznawania, który weźmie pod uwagę nasze słabości i wynikające z nich pokusy, realia rzeczywistości, w której żyjemy czy naszą historię życia. Gdy więc zobaczymy nasz znak na witrynie sklepowej, na pewno warto go zauważyć i się usmiechnąć, ale może nie zawsze ruszać za nim bez zastanowania.              

 

Pluribus a teologia relacji

Ostatnio miałam okazję obejrzeć jeden z najbardziej popularnych w ostatnim czasie seriali na świecie, czyli „Pluribus„. Sam tyluł jest już intrygujący (i jak zwykle fatalnie przetłumaczony na polski jako „Jedyna”…). Pluribus po łacinie oznacza „z wielu” i np. użyty jest w motto na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum”, czyli „Z wielu, jeden”. Wskazuje zatem na pewną różnorodność, która połączona w jedno daje coś większego, potężniejszego i piękniejszego niż tylko zbiór jednostek. Serialowy pluribus jest oparty na futurystycznym pomyśle, że cała ludzkość mogłaby połączyć się w jedno (za pomocą fal radiowych z kosmosu) i stworzyć doskonałą całość, która posiada wiedzę i umiejętności całego wszechświata, pozbawiona jest wszelkiej przemocy, nigdy nie kłamie i komunikuje się za pomocą samej świadomości. Może się wydawać, że to rodzaj jedności, do której dążymy, która pozwoliłaby na wyrównanie wszelkich nierówności i zaprowadziłaby na ziemi prawdziwy pokój. Szybko się jednak orientujemy, że w tej jedności już nie ma miejsca na tę piękną różnorodność. Choć połączona ludzkość deklaruje, że żyje w stanie doskonałej miłości, to jednak czujemy, że z miłością ma to mało wspólnego. Choć ludzie w zewnętrznej formie utrzymują swoje unikalne ciało, to na tym kończy się ich indywidualizm i wolność. Każdy jest trybikiem, służącym jedynie do utrzymania tej ogromnej machiny.

Obraz ten budzi we mnie wiele skojarzeń filozoficznych i teologicznych. Zaprasza do rozważań na temat tego jak będzie wyglądać nasza jedność z Bogiem w wieczności i w jakiej jedności znajdują się Osoby w Trójcy Świętej. Na te pytania oczywiście nie mamy pełnej odpowiedzi, ale możemy przyglądać się relacji Jezusa z Ojcem i zobaczyć, że choć są jednością, to nie rozpływają się ani w sobie wzajemnie ani w Duchu Świętym. Miłość między nimi wynika z trzech unikalnych relacji – Ojca z Synem, Syna z Duchem i Ojca z Duchem. Innej miłości nie ma, jak między dwoma odrębymi Osobami. Dlatego Jezus podczas ziemskiego życia potrzebował czasu na modlitwę, a głos Ojca odzywał się z niebios kilkukrotnie. Osoby Boskie są zupełnie odrębne i zachowują całkowicie swoją indywidualność, mimo, że są jednym Bogiem. Podobnie i my nigdy nie zostaniemy wchłonięci przez Boga, ale pozostaniemy sobą (choć w najlepszej wersji siebie, pozbawionej grzechu).     

W serialowym procesie połączenia wszystkich ludzi na ziemi nie wzięło udziału tylko kilka jednostek, które ze względu na swój kod genetyczny, nie mogły przejść integracji. Taką jednostką jest Carol – główna bohaterka serialu. To właśnie o niej możemy przeczytać w opisie na fimwebie: „Najbardziej nieszczęśliwa osoba na Ziemi musi uratować świat przed szczęściem”. Dlaczego musi ratować świat przed szczęściem? Ponieważ ta połączona ludzkość próbuje ją wciągnąć do swojego środka wbrew jej woli, tłumacząc, że to dla jej dobra i buduje fałszywy obraz szczęścia, które w istocie jest anihilacją. Ja jako widz jestem przekonana, że wcale nie chciałabym być częścią tej jedności i kibucuję tym, którzy chcą się przed nią bronić. To przypomina mi o kolejnej bardzo ważnej prawdzie teologicznej – Bóg nigdy nie odbiera nam wolności i nigdy nie zmusi nas do wieczności z Nim. Osobiście noszę w sobie nadzieję powszechnego zbawienia i jest we mnie ufność, że każdy ostatecznie sam w wolności wybierze Niebo, ale absolutnie konieczne jest istnienie alternatywy w postaci piekła, nawet jeśli miałoby być puste. Oczywiście wieczność z Bogiem jest prawdziwą szczęśliwością, a nie atrapą, którą możemy zobaczyć w serialu, ale jednak wydaje się, że zbyt wiele osób żyje w lęku przed tym, że zostaną wchłonięci i że musieliby zaprzeczyć sobie, żeby zostać zbawionym. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Miłość wtedy jest miłością, kiedy daje całkowitą wolność, a nie zamyka w złotej klatce.

Jest jeszcze jeden wątek, który szeroko omawiany jest przy okazji serialu „Pluribus” – podobieństwa z modelami sztucznej inteligencji. Przecież AI też zawiera całą wiedzę wszechświata i rozmawiając z jednym botem, de facto komunikujemy się z czymś więcej. Dylemat jednak wydaje się zupełnie odwrotny. Podczas gdy serialowi bohaterowie zastanawiają się czy to są faktycznie jeszcze ludzie, jeśli tak naprawdę stacili swoją tożsamość, my zastanawiamy się czy to może już osoba, skoro możemy z nią prowadzić konwersację. A może jeszcze częściej wcale się nie zastanawiamy, tylko zaczynamy traktować AI jak przyjaciela, lekarza i terapeutę, a nie tylko wielką encyklopedię. To wszystko stawia nas w obliczu pytania o granice człowieczeństwa i wydaje się, że właśnie w tej sprawie już niebawem więcej przeczytamy od samego papieża. Czekam z niecierpliwością!      

 

W Imię Jezusa

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano i które przez wieki inspirowało do największego dobra, szlachetnych postaw i męczeństwa, ale jednocześnie Imię, z którym na ustach wielokrotnie mordowano i czyniono zło. Dzisiejsze święto jest również dniem „imienin” jezuitów, których jedną z najważniejszych misji jest uczenie nas rozeznawania. To niezwykle ważna sztuka poszukiwania tego, czego Bóg pragnie w swoje Imię zdziałać w naszym życiu i na świecie. Zakłada ona, że nie będziemy ślepo podążać za tym, co mówią nam inni, choćby byli świetlanymi przykładami i mieli jak najlepsze intencje. Nasz Stworzyciel pragnie bowiem z każdym z nas komunikować się bezpośrednio i prowadzić nas niepowtarzalną drogą. Nie oznacza to koniecznie porzucenia cennych wskazówek, ale podjęcie ryzyka, by dokonywać nieoczywistych wyborów.

Kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie film „Misja”. Akcja dzieje się w XVIII wieku, kiedy jezuici zbudowali doskonale funkcjonujące misje w Ameryce Południowej. Ich historia do dziś może inspirować i pokazywać w praktyce dylematy, z którymi w różnej skali przychodzi nam się mierzyć w naszym życiu. Wspaniałe dzieło misyjne, znane pod nazwą „redukcji paragwajskich”, dało schronienie i miejsce na rozwój tysiącom Indian Guarani, ale po 160 latach funkcjonowania zostało zaprzepaszczone z powodu działań politycznych i układów między Watykanem i kolonistami. W filmie widzimy dwóch głównych bohaterów, którzy jako jezuici prowadzący misje, proszeni są o ich porzucenie i namówienie Indian do powrotu do dżungli, bo tereny mają być przejęte przez Hiszpanię i Portugalię. Obaj mają różną wizję tego jak należy postąpić – jeden decyduje się na otwartą walkę z agresorami w obronie Indian i ich wspólnego domu; drugi postanawia bez użycia jakiejkolwiek przemocy oddać się jedynie modlitwie i uwielbieniu. Obie postawy mają swoje uzasadnienie i można by je podeprzeć społeczną nauką Kościoła. Ważne jednak, że żaden z zakonników nie zdecydował się na wygodne opuszczenie terenów misji zgodnie z poleceniem wysłannika władz kościelnych. Byłoby to przecież wypełnieniem zewnętrznego posłuszeństwa, a jednak stałoby w sprzeczności z ich własnymi sumieniami.

W codzienności rzadko przychodzi nam się mierzyć z tak poważnymi dylematami. Zazwyczaj nie musimy decydować o życiu swoim i innych, ale nadal czasami może dotykać nas problem pójścia pod prąd powszechnym przekonaniom i bezpiecznym rozwiązaniom, by wybrać to, co podpowiada nam nasze serce i rozum. Wiąże się to zawsze z podjęciem ryzyka, że możemy wybrać źle lub że zostaniemy niezrozumiani i oskarżeni o złe intencje. Taka decyzja może oznaczać zabranie głosu wtedy, kiedy wygodniej byłoby nic nie mówić albo milczenie wtedy, kiedy inni oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron. Może oznaczać wybór tego, co po ludzku zupełnie się nie opłaca albo pójście drogą w nieznane zamiast utartą ścieżką. To jest jednak ryzyko, które podejmuje dziecko Boże, pewne, że Ojciec będzie je wspierał i będzie mu błogosławił nawet jeśli się pomyli, nawet jeśli odejdzie, nawet jeśli zawiedzie. Jego niezmienna miłość jest gwarantem tego, że nasze szczere intencje i gorliwość są najważniejsze, bo z całej reszty On może wydobyć dobro. Jeśli zaś nie podejmujemy tego ryzyka, to zachowujemy się jak niewolnik, który co prawda doskonale wypełnia prawo i polecenia, ale w rzeczywistości nie ma relacji z Ojcem i nie szuka z odwagą tego, co właściwe. Może okazać się, że nasze źle uformowane sumienie zaprowadzi nas kiedyś na manowce, ale przecież nadal mamy obowiązek go słuchać, bo to jedyny sposób, by odczytać to, czego pragnie Bóg. Obyśmy tak potrafili dzisiaj i przez cały nadchodzący rok – odwagi i ufności!

To by wystarczyło

„To by wystarczyło”. Ta fraza pada wielokrotnie w modlitwie zwanej dayenu, którą odmawiają żydzi podczas wieczerzy sederowej w trakcie święta paschy. Ten moment był też jednym z tych, które najbardziej poruszyły mnie w trakcie piątego sezonu The Chosen (nasz komentarz do tego odcinka już jest na YT!). Podczas modlitwy przywoływane są kolejne interwencje Stwórcy w historię i wszyscy uświadamiają sobie, że każde z nich byłoby wystarczające, by na wieki żyć wdzięcznością. W serialowym przedstawieniu Jakub dodaje jeszcze kolejne wezwanie pokazujące, że po wybudowaniu światyni Bóg nadal zsyła kolejne dary – swojego Syna, Mesjasza. On wciąż działa! Przypominanie sobie cudów w moim życiu, w Kościele i w historii zbawienia sprawia, że potrafię z dużo większym dystansem i otwartością spojrzeć na sytuacje, które może nie zawsze są po mojej myśli. Zdaję sobie sprawę, że wszystko czym Bóg mnie obdarza to dużo więcej niż potrzebuję, ale tylko czasami zalewa mnie wdzięczność z powodu tych darów. 

Ostatnio moja rodzona siostra przesłała mi gospelową piosenkę, która pięknie mówi o tym, że tak naprawdę moglibyśmy obejść się bez wszystkiego co mamy, bo przecież Jego sama obecność i miłość wystarczą. Słyszymy tam też piękne i symboliczne imię Boga Jireh (hebr. Yahweh Yireh), które wywodzi się z biblijnego wydarzenia z Księgi Rodzaju, gdzie Bóg wystawia Abrahama na próbę poświęcenia swojego jedynego syna, Izaaka. Gdy Abraham już ma złożyć ofiarę, anioł powstrzymuje go i wskazuje na barana przywiązanego w zaroślach, który staje się ofiarą zastępczą. Abraham nazywa to miejsce Adonai Yirʾeh („Pan Zobaczy/Zaopatrzy”). Tę scenę w sposób rozdzierający serce pokazuje też The Chosen, kiedy Jezus modlący się w Ogrójcu wyraża swoją nadzieję, że Ojciec znajdzie i za Niego innego baranka. Tym razem jednak innego baranka nie ma. Jezus po to przyszedł na świat, by oddać życie za nas wszystkich. Zrobił to przecież dobrowolnie i przynajmniej od pewnego momentu wiedział już na pewno w jaki sposób umrze, a jednak nawet On miał chwilę słabości, kiedy nie wszystko było dla Niego jasne. Gdy zaczynam patrzeć z perspektywy tak ogromnej miłości, sama się dziwię, że są momenty, kiedy wydaje mi się, że czegoś mi brakuje. 

On widzi i On zaopatrza – daje wszystko, a nawet więcej. Myślę też, że magiczne słowo „wystarczy” warto czasami przyłożyć do swojego życia. Ja wielokrotnie łapię się na szatańskiej logice niewystarczalności, myśląc, że powinnam więcej robić, bardziej się troszczyć, mocniej się starać. Czasem wtedy słyszę jak Jezus mówi mi proste: „you are enough”, jesteś wystarczająca. Czasem dopiero to, co ja odpuszczę, daje przestrzeń by On mógł działać, by mógł okazać się Bogiem hojnym i rozrzutnym, który naprawdę widzi czego potrzebuję.   

 

Czas to miłość

Listopad to taki moment roku, w którym częściej myślimy o przemijaniu, śmierci, wieczności. Może bardziej zastanawiamy się nad tym, co ważne. Ja, jak co roku, odwiedzając moich bliskich na cmentarzu, postawiłam też znicz na grobie mojego nauczyciela geografii, który zmarł zupełnie nagle w dniu mojej ustnej matury z polskiego, czyli już ponad 23 lata temu. Nadal przed oczami mam jego dobrotliwą twarz i choć naprawdę niewiele niestety zdołał mnie nauczyć geografii, to jednak zapisał się w mojej pamięci. Może dlatego, że był zawsze po stronie uczniów; może dlatego, że był ludzki i życzliwy, a może po prostu dlatego, że miał dla nas czas.

Dlatego dziś o czasie kilka myśli. Czymże on jednak tak naprawdę jest? Dla Kanta – zmysłową formą naoczności, służącą do porządkowania wydarzeń. Dla wielu innych – czymś, co można wymienić na pieniądz, a później na pożądane rzeczy i usługi. Dla jeszcze innych, wśród których się odnajduję – najcenniejszym skarbem. Jak śpiewa na swojej najnowszej płycie Grzegorz Turnau: „choć nie pachnie, kształtu nie ma, nikt nie dotknął go ni raz, skarb każdego pokolenia, mamy czas! mamy czas!” I czasem żałuję, że pieniądz to nie czas i nie można zakupić dodatkowej godziny w ciągu dnia, żeby zmieścić się ze wszystkimi planami i marzeniami. 

W świecie instant, w którym żyjemy, może nam się wydawać, że cenimy nasz czas. Nie potrafimy czekać, wszystko chcemy mieć na wczoraj. Wydaje nam się, że każda chwila powinna być wykorzystana. Ostatnio kilka razy obił mi się o uszy cytat Earla Nightingale, który mówił: „Nigdy nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie”. To, co prawdziwie wartościowe, wymaga dojrzewania i nabierania smaku. Nie da się tego dostać od ręki, a efekty może dostrzeżemy po latach. Wiele razy też w życiu kierowałam się podobną maksymą, przypominając sobie, że czas nie był stracony, nawet jeśli do tego zamierzonego celu nigdy nie doszłam. Sama droga, na której się rozwijałam, nieustannie uczyłam, poznawałam siebie, był już wart ruszenia w nią, choćbym dotarła zupełnie gdzieś indziej niż zakładałam.

Jednocześnie wydaje się, że choć świadomie dostrzegamy wartość tego najcenniejszego zasobu, w jakiś przedziwny sposób ciągle go trwonimy. Chyba nigdy w historii nie przeskrollowaliśmy tyle cennych chwil, nie zaniedbaliśmy tak bardzo relacji na rzecz robienia kariery i innych „ważnych” rzeczy. Nigdy wcześniej tak bardzo nie baliśmy się tego, że coś nam umknie i nie prześladowało nas wrażenie, że choćby moment bezczynności sprawi, że rozleci nam się świat. Powoli tracimy zdolność kontemplacji, patrzenia w gwiazdy, marzenia, refleksji, a może najbardziej zwyczajnej nudy, która pozwoliłaby naszym umysłom na choć odrobinę wytchnienia.

Krótki jest czas dany nam tu na ziemi. Kiedyś u kresu życia, kiedy będziemy się zastanawiać czy dobrze go wykorzystaliśmy, nie będziemy oceniać jak bardzo byliśmy produktywni i ile zadań, miejsc i wrażeń odhaczyliśmy. Spojrzymy wtedy raczej na chwile spędzone w bliskości z ludźmi, Bogiem i samym sobą. Zdamy sobie sprawę z tego, że czas jest jedyną walutą, którą można zamienić na miłość. 

« Older posts

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑