Byłam dzisiaj po raz drugi w kinie na cudownym filmie. Nie był to film w żaden sposób pobożny, choć tytuł „Projekt Hail Mary” może niektórych zmylić nawiązaniem do słów Zdrowaś Mario. Okazało się jednak, że film science fiction z doskonale opracowanymi wątkami naukowymi może również bardzo wiele w niesamowicie wzruszający sposób opowiedzieć o miłości zdolnej do oddania życia.
(Tekst zawiera spoilery, szczerze zachęcam do udania się najpierw do kina!)
Kochamy tak, jak sami doświadczyliśmy miłości
Główny bohater filmu, Grace (czyli Łaska!), sam siebie uważa za osobę, która nie jest zdolna poświęcić się dla innych. Jest samotny i wydaje się bardziej zainteresowany badaniem komórek niż nawiązywaniem relacji, choć ma też z pewnością wiele serca dla swoich uczniów w liceum. W trakcie rozwijania się fabuły jesteśmy świadkami jego przemiany, kiedy podczas misji kosmicznej wiele razy z narażeniem życia walczy o ratunek dla świata, ale też o swojego przyjaciela z obcej planety. Nie dzieje się to jednak bez przyczyny. Najpierw to on doświadcza troski i poświęcenia ze strony Rockiego, kiedy ten czuwa nad nim podczas snu, ofiarowuje mu dodatkowe astrofagi, żeby mógł wrócić na Ziemię (co oznacza, że będzie wracał na swoją planetę o 6 lat dłużej…), a ostatecznie z narażeniem własnego życia podłącza go pod aparaturę medyczną. To doświadczenie bycia kochanym, sprawia że Grace zupełnie naturalnie pragnie odwdzięczyć się tą samą miłością.
W naszej codzienności możemy mieć poczucie, że nie potrafimy kochać, bo nikt nie potraktował nas tak jak Rocky. Zazwyczaj to diagnoza zbyt surowa dla naszych najbliższych, ale nawet gdyby tak było, mamy Kogoś, kto kocha nas nieskończoną i doskonałą miłością. Gdyby Bóg przestał nas chcieć choćby przez ułamek sekundy, przestalibyśmy istnieć. „Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem.” (Ps 121) Bóg, który posłał swojego Syna z miłości do każdego z nas, jest Tym, który zawsze się troszczy. Jezus nie tylko otarł się o śmierć, ale przez nią przeszedł, żebyśmy my mieli życie na wieki. Czy to nie wystarczy, żeby odpowiedzieć całym sercem i całą duszą na tę miłość?
Bliskość, która dodaje sił i nadziei
„Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Jezus pokazuje nam ideał, w którym kochać mamy wszystkich bez wyjątku, ale zacząć trzeba od najbliższych. Historia naszego życia połączyła nas z ludźmi, których nazywamy przyjaciółmi, choć budowanie z nimi bliskości mogło odbywać się w bardzo różnych okolicznościach i na bardzo różnym poziomie. Relacja Grace’a i Rocky’ego zaczęła się od naukowej ciekawości i chęci komunikacji z kimś obcym, ale prowadziła dalej przez wspólny cel ratowania swoich światów, wzajemną troskę w chwilach próby, mnóstwo humoru oraz podobne doświadczenie żałoby po swoich załogach. Bliskość, którą ze sobą zbudowali dała im siłę do pokonywania swoich własnych ograniczeń i wzmacniała nadzieję na powodzenie misji. Choć w pewnym momencie Grace czuł się tą bliskością zdecydowanie przytłoczony, ostatecznie za nią zatęsknił kiedy przyjaciela zabrakło. Końcowa scena filmu natomiast pokazuje, że również Rocky nauczył się respektowania granic i dawania drugiemu wolności.
Uczymy się miłości nie od razu poświęcając swoje życie dla drugiego. Relacja zaczyna się od prostych gestów bliskości – wspólnych zainteresowań, wrażliwości, działania, małych rezygnacji ze swojego, żeby sprawić komuś radość. Z czasem jednak może przerodzić się w zupełnie bezinteresowny dar z siebie, na wzór miłości Jezusa do nas. Nie inaczej dzieje się też w relacji z Bogiem. W naszej codzienności aż roi się od gestów bliskości z Jego strony – małe zbiegi okoliczności powodujące nasz uśmiech; cuda natury budzące nasz zachwyt; słowa usłyszane przypadkiem, przypominające o czymś dla nas ważnym. Warto jednak pamiętać, że On czeka też na bliskość z naszej strony!
Próba, której sobie nie wybieramy
Pod koniec filmu dowiadujemy się zaskakującej rzeczy – Grace nie zgłosił się na ochotnika do załogi kosmicznej misji. Nie został nawet do tego w żaden sposób namówiony, ale wbrew swojej woli umieszczony na statku w stanie śpiączki. Czy to nie jest historia Szymona z Cyreny, którego żołnierze siłą przymusili do tego, żeby miał swój drobny udział w zbawieniu świata? Tradycja Kościoła sugeruje, że ten moment odmienił życie Szymona na zawsze i stał się on potem, wraz ze swoimi synami, jednym z filarów pierwotnego Kościoła. Podobnie filmowy bohater nie byłby bohaterem, gdyby nie okoliczności, które siłą go do tego zmusiły. Pozwoliły mu odnaleźć w sobie zarówno pokłady energii i kreatywności, jak i odwagę poświęcenia dla innych.
Wielokrotnie w naszym życiu to zewnętrzne trudne okoliczności pozwalają nam wydobyć ze swojego wnętrza pokłady miłości, których sami się nie spodziewaliśmy. Okazuje się, że w momentach próby potrafimy dokonać heroicznych czynów, jeśli nasze serce powoli nasiąkało Bożą obecnością, nawet tą nieuświadomioną. Czasami wrzucenie na głęboką wodę przez kogoś, kto pokłada w nas nadzieję, staje się szansą do zrobienia kroku, na który sami byśmy się nie odważyli. Taką rolę w naszym życiu pełnią też pokusy, które są próbą naszej wierności Bogu. Po pokonaniu w sobie podszeptów wroga, wychodzimy silniejsi i odważniejsi. Warto te wszystkie momenty docenić i może nawet za nie podziękować.
Kosmiczna miłość
Czego zatem może nas nauczyć relacja introwertycznego naukowca z kosmitą pozbawionym twarzy? Może przede wszystkim tego, że miłości uczymy się całe życie i czasami zupełnie zaskakujące sytuacje mogą kształtować nas na wzór naszego Stwórcy. Najważniejsze żebyśmy tych lekcji nie przegapili, nie przeszli obok nich obojętnie, bo tak łatwo umknąć nam może wiele inspiracji, kiedy zapominamy, że można je znaleźć dosłownie wszędzie.
Dodaj komentarz