Blog Ewy Bartosiewicz

Miesiąc: czerwiec 2026

Brak, który przeczuwa dobro. Teologia ludzkiego pragnienia

„Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Święty Augustyn na swojej własnej skórze odkrywał znaczenie tych słów, kiedy doszedł do wniosku, że wszystko to za czym biegał w młodości, okazało się wcale nie dawać mu spełnienia. Pragnienie kariery, przyjemności, władzy, rzeczy, relacji czy wiedzy po latach uznał nie tyle za złe, co za nieuporządkowane. Po swoim nawróceniu odkrywał, że Bóg prowadził go również w tym czasie, kiedy zupełnie nie był Nim zainteresowany, a pragnienia wskazywały na coś głębszego w jego człowieczeństwie, co odnosiło go bezpośrednio do Stwórcy. Bóg stworzył nasze serca pełne miłości, ale jak mówił Augustyn, „miłość ta może być skierowana za nisko”. Wtedy nieuchronnie czeka nas rozczarowanie, bo nie możemy oczekiwać doskonałości od tego, co ze swojej natury jest kruche i ułomne.

Również Święty Tomasz z Akwinu miał podobne spostrzeżenia, choć jego droga była zupełnie inna niż ta, którą przeszedł Augustyn. Zauważa on pewien paradoks: rzeczy, które kojarzymy ze szczęściem, wcale go nie dają. Chyba jeszcze dobitniej mógłby tę tezę wygłosić w dobie konsumpcjonizmu, kiedy za każdym rogiem czekają na nas reklamy gotowe obiecać wszystko, jeśli tylko kupimy odpowiedni produkt. Tomasz nie chce powiedzieć, że świat jest zły, ale wręcz przeciwnie. Wszystko czego człowiek pragnie jest dobre, ale często myli środki z celem. Jesteśmy bowiem stworzeni na obraz i podobieństwo nieskończonego Boga i tylko to, co przekracza skończony porządek może ostatecznie nasycić naszą duszę.

W XIX wieku przestało być oczywiste to, co głosił Augustyn z Tomaszem. Bóg zaczął być kojarzony z tym, który stoi na naszej drodze do szczęścia i należy się go pozbyć, aby człowiek mógł żyć pełnią swojego potencjału. Można było odnieść wrażenie, że ludzkość znalazła odpowiedzi na wszystkie ważne pytania i nie potrzebowała już transcendencji. W takiej rzeczywistości filozof Maurice Blondel zauważa, że do Boga nie dochodzi się z ciekawości doktrynalnej i chęci poznania tego, co nadprzyrodzone, ale przez doświadczenie własnej niemocy wobec pełni dobra i wobec ciężaru zła.

Współcześni teologowie (jak np. Emmanuel Falque) przestrzegają przed tym, by każde ludzkie nienasycenie interpretować jako ukryte pragnienie Boga. Zbyt szybka ucieczka od ludzkiej skończoności sprawić może, że zadowolimy się prostymi odpowiedziami na kluczowe egzystencjalne pytania. Wbrew pozorom świat, który żyje bez Boga może stać się okazją do odkrycia większej głębi w naszej relacji z Nim. Dopiero spotkanie z niewierzącym pozwala nam zrozumieć, jak nasza własna wiara brzmi w świecie, który nie podziela jej założeń. Pozwala nam docenić łaskę, która nie jest oczywista i znaleźć nadzieję, która przekracza wszelki wymiar materialny.

Najważniejsze może jednak okazać się spotkanie z tym, co jest nienasyceniem w nas samych. Pragnąć możemy tylko tego, czego nie posiadamy albo posiadamy za mało. Dlatego pragnienie jest nieodłącznie związane z brakiem i tęsknotą. Czasami jest to bardzo konkretny brak, który żywo odczuwamy, a czasami jest to tęsknota za pełnią, której nie umiemy jasno zdefiniować. Nie jest to jednak deficyt, który prowadzi do rozpaczy i pustki, ale taki, który prowadzi ku życiu. Jedna z definicji mówi, że „pragnienie jest brakiem, który przeczuwa dobro”. Uświadomienie sobie tego braku nie oznacza, że nagle w magiczny sposób zostanie on zaspokojony, ale pokazać nam może co jest dla nas ważne, co nadaje sens i co najgłębiej buduje naszą tożsamość. Tam możemy spotkać się z Chrystusem, który przyjął w całości nasze człowieczeństwo i przeszedł tę samą drogę tęsknoty za pełnią, by przez swoje zmartwychwstanie dać nam nadzieję, że kiedyś żyć nią będziemy na wieki.

Egzamin z dystansu

Skończyły się tegoroczne egzaminy maturalne. Będąc w komisjach, przyglądam się młodym ludziom ubranym na galowo i przejętym rzeczywistością, na którą nie czują się wcale gotowi. Wspominam wtedy swoją własną maturę sprzed ponad 20 lat. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam wiele emocji, szczególnie na egzaminie ustnym z języka polskiego. Denerwowałam się nim bardzo, a kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem dostaliśmy informację, że zostanie przełożony, bo zmarł jeden z wicedyrektorów i poszukiwane jest zastępstwo. Wiadomość ta była dla mnie druzgocąca, bo to właśnie prof. Roszkowski miał być dobrą duszą w komisji, której przewodnicząca polonistka za mną nie przepadała. Do tego ogromnego stresu dołożył się kolejny element, kiedy na samym egzaminie okazało się, że jedno z pytań źle opracowaliśmy i bez względu na to jak długo powtarzałam członkom komisji moją wersję odpowiedzi, nadal uważali, że się mylę.

To co w tamtym momencie wydawało się najważniejsze na świecie, dzisiaj jest tylko bladym wspomnieniem, które stało się barwną anegdotką. Wszystko co zajmowało moją głowę w tamtym czasie już dawno z niej wyparowało, a po drodze wydarzyło się bardzo wiele ważniejszych i mniej ważnych rzeczy. Inne doświadczenia, które mnie spotkały wpłynęły na mnie o wiele bardziej niż kilka egzaminów maturalnych, a jednak w danym momencie wydawało się, że od tej jednej chwili zależy absolutnie wszystko. Kiedy jesteśmy w środku danej sytuacji, nie umiemy ocenić jej obiektywnie, nawet gdy wszyscy dookoła tłumaczą nam, że nie ma się aż tak czym przejmować. Dopiero po czasie jesteśmy w stanie podejść do naszych przeżyć z dystansem i zobaczyć je z zupełnie innej strony.

W życiu duchowym przeżywamy podobne momenty. Będąc w strapieniu wydaje nam się, że Bóg przestał być zainteresowany naszym losem, czujemy się zostawieni sami, wszystko jest źle i w dodatku jesteśmy przekonani, że ten stan nigdy się nie skończy. Dobrze mieć wtedy obok kogoś, kto nam tę sytuację zobiektywizuje, ale przede wszystkim ważne żebyśmy wrócili do własnego doświadczenia i przypomnieli sobie, że to normalny stan, z którym już nie raz daliśmy sobie radę. Pomocą mogą być w tym czasie notatki, jakiś cytat czy przedmiot, które przypomną nam o doświadczeniu miłości Boga. Choć na chwilę Jego obecność może nie być wyczuwalna, to jednak przecież pozostawia nam wystarczającą łaskę.

W czasie pocieszenia sprawy mają się inaczej, bo prowadzeni jesteśmy przez Dobrego Ducha, widzimy jaśniej, nawet w trudnych momentach odczuwamy Jego obecność i wsparcie, więc mamy siłę do podejmowania heroicznych wyzwań. Może być jednak tak, że z czasem nasza duchowa sytuacja zacznie się zmieniać, a my tego nie zauważymy. Będąc jeszcze na fali duchowej euforii, podjąć możemy decyzje, które będą miały zły wpływ na nas i na innych. Entuzjazm jest wskazany przy angażowaniu się w nowe zadania, ale kiedy jesteśmy w centrum wydarzeń, może zabraknąć nam obiektywnego spojrzenia i dystansu. Na pewno ważnych wyborów nie należy dokonywać pochopnie, bez odpowiedniego czasu na rozeznanie.

Zdrowy dystans przydaje się wszędzie tam, gdzie towarzyszą nam silne emocje. Może to być złość, która pojawia się szczególnie w bliskich relacjach; smutek po przeżyciu ważnej straty; lęk wywołany wspomnieniem jakiegoś bólu, ale też nadzwyczajna radość kiedy czujemy, że wszystko nagle układa się po naszej myśli. Te uczucia nie są złe i mamy prawo w pełni je przeżyć i przyjąć. Jezus wielokrotnie dawał nam tego przykład na kartach Ewangelii, pokazując że jest to nieodłączna część naszego człowieczeństwa. Nie warto jednak zatrzymywać się tylko na tym co czujemy, bo rzeczywistość jest znacznie bogatsza. Nabierając dystansu i poszerzając horyzont naszych przeżyć, możemy odnaleźć głębszy sens, pokój serca i nadzieję. Jezus dawał nam przykład tego, kiedy wychodził na miejsca pustynne, często w nocy, żeby spotkać się z Ojcem z dala od zgiełku. Nas też zaprasza do tego, żeby w każdych okolicznościach, trwając w pełni tu i teraz w doświadczeniu jakie nas spotyka, jednocześnie częścią siebie przeczuwać, że nasze przeznaczenie wykracza znacznie poza to, co czujemy i widzimy. Każdy nasz mały koniec świata jest szansą na nowe zmartwychwstanie.

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑