Blog Ewy Bartosiewicz

Kategoria: Triduum

Wielka Sobota

Cisza 

Wobec śmierci zawsze słowa są zbędne. Można tylko milczeć i trwać, można ufać i kochać. Boimy się jednak ciszy, bo ona wydobywa z nas to, czego możemy się nie spodziewać. Zagłuszamy ją nawet na modlitwie – ciągle musimy coś odmawiać, odśpiewywać, wypraszać i czasem wygarniać Panu Bogu. A cisza jest okazją do słuchania. 

Nosimy w sobie tę głęboką ciszę, tak jak ocean, który na powierzchni wzburzony i miotający falami, na dnie jest oazą spokoju. Jeśli tylko znajdziemy w sobie siłę, żeby zejść głębiej, odkryjemy coś bardzo ważnego o sobie, o Bogu, o świecie. Więcej niż z krzykliwych artykułów i głośnych komentarzy. 

Oczekiwanie

Najtrudniejsze w Wielkiej Sobocie jest to, że nic się nie dzieje. Często łatwiej jest cierpieć niż czekać, łatwiej jest się poddać niż podtrzymywać w sobie nadzieję, łatwiej jest uciec niż trwać. Ten czas zaprasza do cierpliwości i ufności, że to, co może wydawać się końcem, wcale nim nie jest. 

Kiedyś kierownik duchowy mówił mi o tym, że nasza wiara umacnia się w „czasie między trapezami”.  To ten moment, kiedy akrobata wykonując ewolucje w powietrzu puścił już jeden trapez, ale jeszcze nie zdążył złapać następnego. Nigdy nie wykonywałam takich akrobacji, ale wyobrażam sobie, że te kilka sekund może dłużyć się w nieskończoność i towarzyszyć im może mnóstwo niepokoju. To jest właśnie doświadczenie Wielkiej Soboty – przecież wiesz, że ta historia ma ciąg dalszy, ale czy aby na pewno?… Tu właśnie próbuje się moje zaufanie, a nie wtedy gdy wszystko już wiem i rozumiem.

Jak trudne jest oczekiwanie na spełnienie obietnicy, widać na przykładzie Abrahama. Zanim wypełniły się słowa jakie usłyszał od Boga, wielokrotnie próbował przepchnąć swój własny plan, popełniając po drodze mnóstwo błędów. Przypominam sobie o tym ilekroć mam poczucie, że przecież czas mija i nic się nie dzieje, a ja zaczynam tracić nadzieję. Bóg naprawdę wie co robi i tylko nam się wydaje, że zwleka (por. 2P 3,9)  

Pustka

W Wielką Sobotę nie sprawuje się żadnej Liturgii. Niech Was nie zmylą napisy na plakatach w parafiach, bo coś takiego jak Liturgia Wielkie Soboty nie istnieje! Wigilia Paschalna to już obchody Niedzieli Zmartwychwstania, którą według żydowskiej tradycji rozpoczynamy już po zmroku. Jedyną liturgią soboty jest Liturgia Godzin, która w tych dniach jest szczególnie piękna. Starożytna homilia na Wielką i Święta Sobotę zachwyciła mnie od pierwszego przeczytania. Jezus, wydobywający z Otchłani wszystkich od samego Adama i Ewy, to pokazanie w praktyce jak wygląda zwycięstwo życia nad śmiercią. To są konkretne osoby w historii świata, które spotkamy kiedyś w Wieczności.

Poza tym w Liturgii jest pustka. To czas, by trwać na Adoracji, ale przede wszystkim by głęboko przeżyć pustkę, którą mamy w sobie. Tę, którą zapychamy wielością zadań, ilością słów, hałasem codzienności. Ona nie jest wygodna, powoduje cierpienie, ale bez niej nie skorzystamy w pełni z łaski, jaką ma dla nas Bóg, bo do tego potrzeba pustego naczynia. 

Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus”.

Wielki Piątek

Paść ich będzie Baranek

Wielki Piątek, to niesamowite święto miłości, choć wcale nie jest to łatwo dostrzec przez pryzmat cierpienia krzyża. Doświadczyłam jej bardzo osobiście na III tygodniu rekolekcji ignacjańskich, który skupia się właśnie na męce Chrystusa. Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich, a co dopiero za nieprzyjaciół! Złożona ofiara w tym wypadku nie ma sobie równych, bo to Syn Boga Żywego.

W Ewangelii Jana i Apokalipsie jego autorstwa Jezus nazywany jest Barankiem Bożym. To ma swoje konsekwencje też w wydarzeniach Wielkiego Piątku. Według przekazu janowego Jezus umierał na krzyżu dokładnie w momencie kiedy żydzi szykowali się do wieczerzy i przygotowywali baranki, które należało spożyć w trakcie Paschy. Okazuje się On być najprawdziwszym Barankiem ofiarnym. 

Kiedy byłam w nowicjacie wielokrotnie czytałam napis na krzyżu w kaplicy: „Paść ich będzie Baranek” (Ap 7,17). Kontemplując te słowa z Apokalipsy, zachwycałam się tym jak Bóg wypełnia każdą przestrzeń. Jest barankiem i pasterzem, ofiarą i kapłanem, Bogiem i człowiekiem, alfą i omegą. Nie ma takiego doświadczenia, w którym by Go nie było. 

Zasłona Przybytku

Synoptycy wszyscy zanotowali, że podczas śmierci Jezusa „zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół” (Mk 27,51). Przełomowym było dla mnie uświadomienie sobie co to oznacza. Zasłona przybytku w świątyni Jerozolimskiej oddzielała od części dostępnej dla kapłanów, miejsce najbardziej święte, do którego tylko raz w roku mógł wejść Arcykapłan, by złożyć ofiarę kadzielną. To było fizyczne przypomnienie przepaści między świętym Bogiem a grzesznymi ludźmi. Jezus umierając na krzyżu tę przepaść zasypuje. Nie ma już sacrum i profanum, cała rzeczywistość przeniknięta jest Bożą obecnością. Przypominam sobie o tym zawsze wtedy, kiedy wydaje mi się, że Bóg ma ważniejsze sprawy, że jestem zbyt mała i zbyt grzeszna, by być blisko. A przecież zasłony już nie ma!

Ja Jestem

W Liturgii Męki Pańskiej najważniejsza jest dla mnie Ewangelia. Podczas gdy w Niedzielę Palmową czytamy opis męki wg jednego z autorów synoptycznych, tak w Wielki Piątek czytamy ją wg św. Jana. Widzimy tu Jezusa nie tyle cierpiącego i umęczonego, co pełnego chwały, pokazującego swoją prawdziwą godność Króla Wszechświata. Pierwszym momentem kiedy to się objawia jest już pojmanie w Ogrójcu. Kiedy przychodzi Judasz z kohortą i pytają o Jezusa z Nazaretu, On odpowiada „Ja jestem”. Wszyscy cofają się i padają na ziemię, bo to nie jest zwykła odpowiedź, ale imię samego Boga (greckie  εγω ειμι, odpowiednik hebrajskiego JHWH). Jezusowe „Ja jestem” towarzyszy mi już od dawna jako nieustanne przypomnienie, że nigdy nie jestem sama, a On po prostu jest. I to zawsze wystarczy.

Jeszcze jeden moment piątkowej liturgii budzi we mnie zawsze dużo emocji. To piękna, przedłużona modlitwa wiernych. W swojej rozbudowanej strukturze uwzględnia najróżniejsze sfery naszego życia, ale przede wszystkim pojawiają się w niej kręgi przynależności do Kościoła, które sformułował w swoich dokumentach Sobór Watykański II. Modlimy się nie tylko za katolików i chrześcijan, ale też za żydów, muzułmanów i wszystkich ludzi dobrej woli. Ramiona Kościoła w Wielki Piątek otwierają się szeroko. Najszerzej jednak zawsze otwarte jest Serce Jezusa, żeby każdy bez wyjątku mógł znaleźć tak swoje miejsce. „Odszedł Pasterz nasz, co ukochał lud…”

Wielki Czwartek

Eucharystia w działaniu

Przełomowym momentem w moim rozumieniu Wielkiego Czwartku było uświadomienie sobie, że podczas gdy synoptycy opisują Ostatnią Wieczerzę jako świętowanie Paschy, św. Jan pisze o wydarzeniach przed Paschą (co będzie miało kluczowe znaczenie jutro) i w miejscu ustanowienia Eucharystii pokazuje nam Jezusa, który odchodzi od stołu i umywa uczniom nogi. 

Te dwie rzeczywistości muszą się wzajemnie uzupełniać jak dwa skrzydła, bez których nie można polecieć. Jezus daje nam swoje Ciało, które nas wzmacnia, karmi i oczyszcza, ale również zobowiązuje do tego, by dzielić się Nim dalej. Eucharystia musi realizować się w służbie wobec drugiego człowieka.

Niesamowicie zawstydza mnie myśl, że Wszechmocny Bóg klęka przede mną jak niewolnik, by po raz kolejny umyć mi stopy, które sama wcześniej ubłociłam, podczas gdy ja tak często nie mam czasu, odwagi, wewnętrznej wolności i pokory, by pochylić się nad swoim bliźnim…

Męka duchowa

Wielki Czwartek kończy się jednym z absolutnie najważniejszych według mnie momentów w ziemskim życiu Jezusa – modlitwą w Ogrójcu. Kiedyś uświadomiłam sobie, że to tak naprawdę najtrudniejszy moment męki, bo Bóg, który stał się człowiekiem, choć do końca jest całkowicie posłuszny woli Ojca, przeżywa chwile walki duchowej tak dramatyczne, że poci się krwią. Dalej już będą tylko cielesne tortury i ból fizyczny – to nic w porównaniu do paraliżującego lęku. Jezus odnosi zwycięstwo pośród ciemnej nocy, w otoczeniu Apostołów, którzy przysypiali, bez świadków i tłumów. To w tym momencie podejmuje ostateczną wolną decyzję, że swoje życie oddaje za zbawienie świata. Bez tej decyzji Jezus zostałby bestialsko zamordowany i na zewnątrz wyglądałoby to dokładnie tak samo.

Ile razy myślę o tej scenie, przypominam sobie jak fundamentalne znaczenie w tym co robię ma moja motywacja, intencje, nastawienie. Mogę dokładnie te same zadania wykonywać z miłości i bez niej. Bez względu na to czy po ludzku odnoszę sukcesy czy porażki, najważniejsze jest to, co dzieje się w sercu. Tu też doświadczam największej walki, największego cierpienia i największej radości zwycięstwa. 

Przerwana uczta

Msza Wieczerzy Pańskiej, która rozpoczyna okres Świętego Triduum Paschalnego ma wiele pięknych elementów, jak choćby zamilknięcie organów. Mnie jednak zawsze najbardziej zachwycała sama jej końcówka. Warto zwrócić uwagę na to, że Msza ta nie kończy się błogosławieństwem, jest jakby urwana i czeka na swoją kontynuację w kolejnych dniach Triduum. Powinna jednak kończyć się gestem, który ze względów praktycznych bardzo rzadko widzimy w naszych parafiach – zerwaniem obrusa z ołtarza. Symbolizować ma to odarcie Jezusa z szat oraz opuszczenie Go przez najbliższych. Przed tym nagim ołtarzem jutro w imieniu nas wszystkich kapłan padnie na twarz, by pokazać naszą bezsilność wobec zła i cierpienia i stanąć w prawdzie naszej ludzkiej kondycji. Najświętszy Sakrament przenoszony jest do ciemnicy,  a Tabernakulum zostanie otwarte i pozostawione puste. „Wstańcie, chodźmy, oto blisko jest mój zdrajca” (Mk 14, 42)

 

 

© 2024 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑