Blog Ewy Bartosiewicz

Miesiąc: marzec 2026

4 śluby i pogrzeb. O tym co najważniejsze.

Rano był pogrzeb, zupełnie nieoczekiwany. Nazywała się Aśka Chudzik RSCJ. Nie Joanna, nie Asia, zawsze Aśka (siostry z zagranicy piszą o niej Ashka). Odeszła tak nagle, że wszystkich pozostawiła w szoku. Z dnia na dzień, w pełni sił i zdrowia, z wieloma planami. Jeszcze wieczorem była na modlitwie, żartowała ze wspólnotą. Rano już Pan zabrał ją do siebie. W biegu. To cała ona – wzięła i sobie umarła. Jak dowiedzieliśmy się na pogrzebie, w taki sam sposób wstępowała do zakonu. Przyjechała do Warszawy do znajomego księdza, kazała się zawieść do klasztoru na Tanecznej i powiedziała, że tu już zostaje. Nikt nie wiedział. Po prostu wzięła i wstąpiła.

Jej pożegnanie było pełne wzruszeń. Kolejne osoby wychodziły na ambonę wspominając zarówno jej dzieciństwo jak i ostatnie dni. Łzy płynęły mi po policzkach co chwilę. Aśka rzeczywiście była wyjątkowa – nie dała się zamknąć w schematach, była wulkanem energii, miała doskonały zmysł organizacyjny i twardą rękę do zarządzania, ale też poczucie humoru i niesamowite podejście do ludzi – wychowawczyni z prawdziwego zdarzenia. To co zapamiętam, to telefon od niej w trudnym momencie, kiedy prawie nikt inny nie zadzwonił. Nie bała się mieć własne zdanie i wyrażać je głośno.

To jednak, co najbardziej mnie poruszyło na pogrzebie, to homilia. Usłyszeliśmy, że to jest łaska, że możemy się tutaj spotkać i to łaska, że Aśka odeszła do Pana. To łaska, bo wszystko jest łaską. Wszystko jest w Jego rękach i nic nie wydarza się przypadkowo. Ona jest już po tej lepszej stronie, gdzie – jestem przekonana – doświadcza już pełni miłości Boga, ale dla nas też to wydarzenie może być darem. Wystarczy, że przez chwilę pomyślimy sobie o tym, że życie jest zbyt kruche i nieprzewidywalne, by marnować je na głupoty. Zbyt mało jest czasu by narzekać, wykłócać się i bezsensownie scrollować internet. Warto zająć się tym co naprawdę istotne i nie odkładać ważnych spotkań na później, bo możemy ich nie doczekać.

Wieczorem były śluby. Wszystkie cztery na raz. Michał Karnawalski SJ składał swoją uroczystą profesję zakonną, czyli po raz ostatni potwierdził swoje oddanie życia Jezusowi, a Towarzystwo Jezusowe potwierdziło, że chce go na zawsze w swoich szeregach. To wydarzenie pod wieloma względami było czymś na przeciwległym biegunie do porannego pogrzebu. Przede wszystkim nie było w nim nic nagłego. Michał czekał na ten dzień prawie 24 lata od swojego wstąpienia. Przechodził formację w wielu miejscach w Polsce i na świecie, studiował na najlepszych uczelniach, rozwijał się na różnych polach. Mogłoby się wydawać, że teraz już dobiegł do jakiejś mety i może odpocząć, ale nic bardziej mylnego. Teraz przed nim czas dalszego życia czterema ślubami. Trzy z nich zapewne są Wam znane – to rady ewangeliczne czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, ale czwarty (składany przez niektórych jezuitów) może być tajemniczy. To ślub posłuszeństwa papieżowi w sprawach misji. Czyli jak papież potrzebuje wsparcia, to może poprosić takiego jezuitę o zostawienie całego dotychczasowego życia, by służyć Kościołowi gdzieś na końcu świata.

Drugim, co wyróżniało wieczorną uroczystość, to punkt koncentracji naszej uwagi. Poranny pogrzeb, z naturalnych względów, skupiony był na zmarłej i pustce, którą pozostawiła w naszym życiu. Michał natomiast zadbał, by ten dzień nie był tylko o nim. Jako badacz Starego Testamentu spędził nieco czasu na Bliskim Wschodzie i bardzo osobiście odczuwa ból tych, którzy w trwających wojnach tracą bliskich i dobytek życia. Najbardziej wzruszającym momentem liturgii ślubów był psalm oraz hymn wykonany w języku arabskim w akcie modlitwy za tych, którzy cierpią z powodu konfliktów, po wszystkich stronach.

W czym to może być inspiracją dla nas? Może w tym, by mieć serce cały czas otwarte na nowe zaproszenia od Pana i by nasz wzrok kierować szerzej niż tylko nasze małe bezpieczne podwórko. Może nie będziemy proszeni o wyjazd na koniec świata, ale może przez różne okoliczności okazać się, że nasz własny świat tu i teraz wywróci się do góry nogami. Może odejść nam ktoś bliski, możemy mieć wypadek i stracić zdrowie, możemy być zwolnieni z pracy, a w końcu i nas może dotknąć wojna. Równie dobrze jednak może w naszym życiu nieoczekiwanie pojawić się nowy bliski człowiek, możemy zostać uzdrowieni czy to fizycznie czy duchowo, wymarzona praca może nas znaleźć, gdy najmniej się tego spodziewamy, a pokój może stać się naszym udziałem nawet pośrodku trudnych wydarzeń. Życie jest pełne niespodzianek, ale jeśli chcemy przeżyć je w pełni, dobrze jeśli będziemy pamiętać, że wszystko jest darem.

Salvador Delulu i sacrum wyobraźni

Miałam ostatnio okazję zobaczyć spektakl pt. „Salvador Delulu” inspirowany twórczością Salvadora Dalego. Twórcy starali się pokazać za pomocą tańca charakter i temperament ekscentrycznego hiszpańskiego artysty. Skorzystali oni z różnych elementów jego historii, wśród których najważniejszym był klucz i miska, gdyż Dali miał w zwyczaju zasypiać w fotelu z kluczem w ręku. Kiedy wchodził w początkową fazę snu zwaną hipnagogia, klucz spadał i uderzał o miskę, a artysta budził się i zaczynał malować to, co jego mózg wytworzył w tym specyficznym czasie mieszania się snu i jawy. Właśnie do tego stanu nawiązuje drugi człon nazwy spektaklu, czyli „Delulu” – we współczesnym slangu określenie kogoś, kto ma nierealistyczne przekonania lub żyje w świecie fantazji.

Dali w 1971 roku udzielił wywiadu w Nowym Jorku, i oprócz tego, że przybył tam z mrówkojadem wypożyczonym z lokalnego zoo, to mówił też o tym, że jego sztuka nie ma żadnego przesłania. Nie ma nic do przekazania światu przez swoje obrazy, ale pragnie tylko uwiecznić to, co jest kawałkiem jego podświadomości. Takie postawienie sprawy przypomina nam, że choć analizowanie sztuki w poszukiwaniu analogii do literatury, historii, innych dzieł czy wydarzeń z życia twórcy, może być fascynujące, to jednak najważniejszy jest nasz subiektywny jej odbiór. Dzieła Dalego mogą być dla nas niepokojące. Często pokazują świat bardzo naturalistycznie, a jednocześnie są zatopione w absurdzie i surrealizmie. Łączą to, co naturalne, z konstrukcjami technicznymi i sprzętem naukowym. Część obrazów nawiązujących do chrześcijaństwa możemy nawet uznawać za obrazoburcze, choć sam artysta twierdził, że tworzy je chcąc pokazać naszą wiarę we współczesny sposób, a nie ją dyskredytować. Jakikolwiek nie byłby nasz osobisty odbiór tej sztuki, z pewnością może nas ona prowokować do zadawania pytań i szukania Bożego przesłania też w tym co absurdalne i co wymyka się prostym kategoriom naszych religijnych schematów.

Warto zatrzymać się też chwilę nad fenomenem snów. W biblii odgrywają one ważną rolę zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Pan Bóg do wielu władców przemawiał przez sny, a swoim prorokom dawał dar ich tłumaczenia – taką zdolność miał np. Daniel czy Józef Egipski. W Ewangelii Boży głos słyszał w snach św. Józef i dzięki nim mały Jezus nie został zamordowany przez Heroda w czasie rzezi niewiniątek. Znaczy to, że również my możemy zobaczyć jakieś Boże przesłanie w tym, co wydarza się podczas naszych nocy. Z pewnością możemy wtedy lepiej poznać samych siebie, bo to czas, kiedy nie działają już mechanizmy obronne i nasza podświadomość pozwala sobie na tworzenie obrazów, które mogą być dla nas niewygodne. Oczywiście nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego, co nam się śni, a już tym bardziej rozpatrywać ich w kategoriach moralnych. Jeśli w naszym śnie np. kogoś zamordujemy, to nie powinno to w nas budzić jakiegokolwiek poczucia winy, ale może nas zastanowić i zrodzić pytania np. o jakąś niewyrażoną złość.

W Kościele spotkać można nurty, które z dużym dystansem a nawet lękiem patrzeć będą nie tylko na sny, ale w ogóle na naszą wyobraźnię. Tymczasem ona też jest darem od Boga, który możemy w bardzo skuteczny sposób przekuć na budowanie z Nim relacji. Nieocenionym przewodnikiem na tej drodze był Ignacy Loyola, który w swoich Ćwiczeniach Duchowych zapraszał nas do kontemplacji Słowa Bożego z wykorzystaniem właśnie wyobraźni. Zachęcał by zobaczyć oczami duszy daną scenę biblijną i umieścić tam siebie samego – nie tylko w roli obserwatora, ale też czynnego uczestnika wydarzeń. Osoby, które uczą się kontemplacji ignacjańskiej na początku często doświadczają wątpliwości i zadają sobie pytania: „czy ja tak mogę?”, „czy to wypada?” albo zauważają słusznie – „przecież tego nie ma w Biblii”. Jeśli jednak przejdą przez to pierwsze zawahanie i pozwolą swojej wyobraźni czynnie uczestniczyć w modlitwie, doświadczają ogromnej bliskości Boga i są w stanie poznawać Go wszystkim zmysłami.

Może Wielki Post być dla nas dobrą okazją do tego, żeby w tym czasie z większą uważnością szukać obecności Boga w różnych przestrzeniach naszego życia. Może na nowo usłyszymy Jego głos w sztuce, kulturze, muzyce, a może jeszcze bardziej w naszej własnej wyobraźni.  

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑