Spojrzenie Serca

Blog Ewy Bartosiewicz

Page 11 of 12

Działać czy się modlić?

Maria i Marta. Kontemplacja i działanie. Wobec dzisiejszej Ewangelii trudno przejść obojętnie. Wielokrotnie dla mnie bywała wyrzutem sumienia: „Powinnam się więcej modlić”. Dzisiaj jestem przekonana, że ten wniosek wcale nie jest właściwy. Myślę, że najlepsza cząstka, którą obrała Maria wcale nie polega tylko na tym, że słuchała Jezusa zamiast krzątać się po domu, a błąd Marty wcale nie polegał na tym, że za dużo pracowała i nie miała czasu usiąść u stóp Mistrza. 

Kluczem do tej historii może być postawa Marty i fakt, że ona obrała zdecydowanie najgorszą cząstkę. Postanowiła ona bowiem nie tylko zajmować się tym, co najwyraźniej nie sprawiało jej radości, ale też próbowała zmuszać do tego innych, wywołując w nich poczucie winy. Czy nie znamy wszyscy takich postaw? Spotkałam w życiu wielu ludzi, którzy dużo robili, ale wcale nie dawało im to życia, a jedynie zgorzknienie. Z wielką jednak determinacją próbowali wmówić całemu światu, że tak właśnie trzeba i patrzyli z góry na tych, którzy wybierali inną drogę. Spotkałam też ludzi, którzy byli przekonani, że intensywne działanie jest złe, bo zawsze prowadzi do pustego aktywizmu i brakuje w nim głębi. Czy jednak głębię zdobędziemy tylko mnożąc godziny modlitw? Nie zawsze!

Wydaje mi się, że granica między najlepszą i najgorszą cząstką to nie granica między modlitwą i działaniem, ale granica między byciem z Bogiem i byciem obok Niego. Można działać bez Boga, ale można też bez Boga spędzać długie godziny na modlitwie. Co zatem się liczy? Być tu i teraz całym sobą w każdej minucie naszego dnia. Wtedy przyjdzie radość i pokój, a Bóg zadba o to, żeby wszystko było zrobione. Proste! Jakie jednak trudne do wprowadzenia w życie 😉 

Święty Michale Archaniele

 

Dziś szczególny dla mnie dzień wspomnienia Archaniołów, którzy prowadzą mnie w różnych ważnych momentach. Dzielę się z Wami po raz kolejny modlitwą, którą kiedyś napisałam, nie mogąc odnaleźć się w tej tradycyjnej. Niech Aniołowie Was dziś strzegą szczególnie! 🙂 

Apostoł z przeszłością

Dzisiaj świętujemy apostoła Mateusza. Muszę przyznać, że jest to moja ulubiona postać z serialu The Chosen z różnych względów (już bardzo niedługo więcej o tym będziecie mogli usłyszeć 🙂 ), ale chyba najważniejszym jest dla mnie to, że zaczęłam z dużo większym realizmem patrzeć na tego właśnie apostoła. Dobrze wiedziałam, że Mateusz był celnikiem i że wcale nie oznacza to zatrzymywania na granicy ludzi, którzy powinni zapłacić cło, ale to, że pracował dla okupanta, pobierając wysokie podatki od swoich żydowskich braci. Wiedziałam też, że poborcy podatkowi często dyktowali dużo wyższe stawki niż żądali rzymianie, by wzbogacać się kosztem ubogich. Wydawało mi się jednak, że w momencie kiedy Jezus powiedział „Pójdź za Mną”, a on wstał i poszedł za Nim, cała rzeczywistość odmieniła się bezpowrotnie i Mateusz stał się kochanym przez wszystkich przyjacielem… tak przecież być nie mogło!

Często zastanawiamy się nad tym czy Mateusz był godny tego, by Jezus na niego spojrzał; pytamy jak to możliwe, by ktoś tak bogaty szybko zdecydował się zmienić całe swoje życie. Chyba jednak rzadko zdajemy sobie sprawę z tego jak wielki żal musieli mieć żydzi wobec Mateusza za ogromną zdradę jakiej się dopuścił, kolaborując z okupantem i jak ciężko było mu to wybaczyć. Apostołowie z pewnością nie raz wypominali Mateuszowi jego przeszłość!

Każdy z nas popełnił w życiu błędy, które po latach stają się ogromnym ciężarem. Czasami wypominają nam je wprost inni, a czasem tak bardzo nie umiemy wybaczyć sobie, że mimo wielokrotnego oddawania tego Bogu na spowiedzi, nie potrafimy zamknąć jakiegoś rozdziału. Myślę, że dzisiaj świętując razem z Mateuszem możemy prosić go o wstawiennictwo w tej szczególnej sprawie – by nasza przeszłość nie przesłoniła nam teraźniejszości. Bóg zawsze widzi nas tu i teraz. Obyśmy z odwagą potrafili budować to, co Boże, pamiętając, że nasza historia (jakakolwiek by nie była) ukształtowała nas w taki sposób, że chcemy iść dzisiaj za Jezusem. To zawsze warto świętować.

Zawodność planów ludzkich

W ostatnim czasie w niedzielnym drugim czytaniu czytamy list św. Jakuba. Jest tam wiele ciekawych wątków – bardziej i mniej znanych. Modląc się dzisiaj tym listem, moją uwagę zwrócił fragment, któremu nadano umowny tytuł „Zawodność planów ludzkich” (Jk 4, 13-17):

 

Teraz wy, którzy mówicie: «Dziś albo jutro udamy się do tego oto miasta i spędzimy tam rok, będziemy uprawiać handel i osiągniemy zyski», wy, którzy nie wiecie nawet, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika. Zamiast tego powinniście mówić: «Jeżeli Pan zechce, i będziemy żyli, zrobimy to lub owo». Teraz zaś chełpicie się w swej wyniosłości. Każda taka chełpliwość jest przewrotna. Kto zaś umie dobrze czynić, a nie czyni, grzeszy. 

Człowiek po 2020 roku nie może obok tych słów przejść obojętnie. W pandemii wielu z nas straciło bliskich, pracę, pieniądze, ale wydaje mi się, że wszyscy, co do jednego, straciliśmy nasze plany. Okazało się, że w XXI wieku nie wszystko umiemy przewidzieć, nie ze wszystkim umiemy sobie poradzić. Pewnie na krótki czas, ale jednak, nauczyliśmy się trochę pokory wobec nieznanej przyszłości. 

Wczoraj dowiedziałam się, że po bardzo krótkiej chorobie, trwającej zaledwie 3 miesiące, zmarł mój wujek z dalszej rodziny. W jednej chwili zawodne okazały się plany nie tylko jego, ale jego rodziny, przyjaciół, współpracowników… Na śmierć nigdy nikt nie jest gotowy. Trudno w takim momencie nie zadumać się nad kruchością życia.

W języku hiszpańskim często używa się zwrotu „hasta mañana” (do jutra), dodając do niego „si Dios quiere” (jeśli Bóg zechce). Bardzo lubię tę formę, bo uświadamia mi, że choć mam milion planów na jutro, za miesiąc i pół roku, z których realizacją wiecznie się nie wyrabiam, to jednak ostatecznie życie nie jest w moich rękach i jedyne co mogę, to zaufać Temu, który posiada je w całości. On ogarnia całość, więc ja mogę zająć się byciem tu i teraz.

10 lat później…

Przeczytałam dzisiaj historię 19-letniego Szymona, który wyruszył z Polski do Watykanu w pielgrzymce bez pieniędzy. Mówił, że spotkała go taka ludzka życzliwość, że choć czasem spał na przystankach, to czasem też jadał jak król. Przypomniało mi to o historiach Kingi Choszcz, której opowieści inspirowały mnie do wyruszenia w moją podróż. Dzisiaj mija dokładnie 10 lat od kiedy wsiadłam w samolot i napisałam na FB: „Lecę, lecę, lecę :)”. Wylądowałam na Kenii, gdzie spędziłam 11 zmieniających życie miesięcy i napisałam o tym prawie 130 wpisów. Zachęcam dziś do ich lektury, bo to są niesamowite historie niesamowitych ludzi. Czasem bardzo śmiesznych, czasem dramatycznie smutnych, a czasem po prostu ludzkich, które pokazują, że jednak więcej nas łączy niż dzieli. Możecie zacząć lekturę tutaj (niestety trzeba je czytać od końca, jak to na blogu 😉 – kolejne wpisy klikając strzałką w prawo).

W moją pielgrzymkę po afrykańskiej ziemi też ruszyłam w pewien sposób bez pieniędzy, ale wiem dokładnie kto wspierał mnie na tej drodze. Co miesiąc ponad 30 znajomych wspomagało mnie finansowo, abym miała co jeść i mogła zapłacić tym, którzy mnie gościli. Ich hojność pozwoliła na to, że w każdym miejscu, które opuszczałam, pozostawiałam jeszcze ofiarę, z nadzieją, że wzmocni dobre dzieła, których byłam świadkiem. 

Dzisiaj wiem, że nie byłabym tym samym człowiekiem gdyby nie moja afrykańska przygoda. W dużej mierze to ona ukształtowała moje serce, które chce każdego innego przyjąć, takiego jakim jest i próbować zrozumieć co ukształtowało tę inność. Jestem dziś stokrotnie wdzięczna Bogu i każdemu, kto był tam ze mną osobiście i duchowo. Każdemu życzę takiej pielgrzymki!

Słońce i deszcz

W niedzielę wracałam z ostatniego wakacyjnego wyjazdu, wspominając wiele niesamowitych chwil ostatnich dwóch miesięcy, ale też z ciekawością myśląc o nadchodzącym roku szkolnym, który zapowiada się z wielu powodów fascynująco. Nie spodziewałam się jednak, że inspirujące doświadczenia czekać mnie będą na zwyczajnej trasie S8 między Wrocławiem a Warszawą. Niebo przede mną pokryte było miękkimi okrągłymi chmurkami, zza których co jakiś czas wyglądało nieśmiało słoneczko i nic nie zapowiadało wielkiej ulewy, która w jednej chwili uderzyła w szybę samochodu. Wystarczyło spojrzeć w tylne lusterko, żeby zobaczyć krajobraz jak z mrocznego filmu – ściana deszczu i ciemność. Miałam wrażenie, że znalazłam się na cienkiej linii łączącej ze sobą dwa światy.

Jednoczesne słońce i deszcz przypomniały mi jeden z ważnych momentów podczas moich rekolekcji. Kiedy zobaczyłam taki dokładnie krajobraz za oknem kaplicy podczas modlitwy, uświadomiłam sobie jak radość i ból mieszają się w moim życiu ostatnio niezwykle często. Radość bardzo głęboka, poczucie niesamowitego szczęścia, uczucie bycia kochaną, wybraną i obdarowaną; jednocześnie ból bardzo dojmujący, przenikający do najgłębszych pokładów duszy, sprawiający, że potrafię wybuchnąć płaczem rozdzierającym serce w najmniej oczekiwanym momencie. Istnieją razem i wcale sobie w niczym nie przeszkadzają. 

Minęły ponad dwa miesiące od kiedy oficjalnie wiadomo, że opuściłam Zgromadzenie Sacre Coeur. Ból jest niezmiennie ten sam, ale nie zabrakło również momentów radości. Otrzymałam ogromnie dużo wsparcia, którego w pewien sposób się spodziewałam, bo jest ludzkim odruchem zaoferować pomocną dłoń komuś, komu zawaliło się życie. Nie spodziewałam się jednak dwóch wiadomości, które otrzymałam od moich byłych uczniów z czasów katechezy w gimnazjum. Może niektórzy z Was pamiętają, że był to dla mnie czas niełatwy. Oprócz wielu świetnych wspomnień z pozalekcyjnych aktywności (szczególnie działań teatralnych z Alą, Ewą i Iwoną oraz wolontariatu z Agą), same lekcje religii wspominam traumatycznie jako jedną z większych porażek mojego życia. Nie umiałam poradzić sobie z zapanowaniem nad niesforną młodzieżą, a uczucie bezsilności towarzyszyło mi niemal codziennie. Teraz po latach od tamtych doświadczeń znowu deszcz i słońce spotkały się w jednym momencie, bo nadeszły te dwie wiadomości – absolutne perełki. Moi uczniowie dziękowali mi za moje świadectwo wiary; za to, że pokazałam im Boga, który kocha; za to, że nie bałam się z nimi rozmawiać na trudne tematy… Byłam w szoku, czytając co napisali! Gdyby nie ciemne chmury jakie zawisły teraz nad moim życiem, pewnie nigdy bym się o tym nie dowiedziała. 

Cały czas się uczę, że deszczowe dni są potrzebne i wcale nie wykluczają tego, by jednocześnie świeciło słońce. Gdyby te dwa światy nie tworzyły ze sobą zgranej pary, nigdy nie mielibyśmy okazji zobaczyć na niebie tęczy.

Pod drzewem figowym

Dzisiaj wspomnienie Bartłomieja (aka Natanael), więc czytamy ten niesamowity fragment Ewangelii, w którym jest tyle ciekawych momentów: „cóż dobrego z Nazaretu”, „chodź i zobacz”, „prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”, „zobaczysz jeszcze więcej niż to”… Każdy z nich nadaje się na oddzielną inspirację do modlitwy i przemyśleń. Ja zatrzymałam się dzisiaj nad słowami: „widziałem Cię pod drzewem figowym”. Nie jestem pierwszą ani ostatnią, która zastanawia się co właściwie wydarzyło się pod wspomnianym drzewem i jak wielkie musiało mieć to znaczenie dla Natanaela skoro natychmiast rozpoznaje, że Jezus jest Synem Bożym. Myślę, że całkiem prawdopodobnie wygląda wersja pokazana w „The Chosen” (S2,E2) , gdzie Bartłomiej przeżywa sytuację, w której załamało się jego życie. Pod figowcem żegna się ze swoimi planami, pytając Boga czemu się zrujnowały, skoro przecież Jemu cały czas chciał służyć. Tam też otwiera się na Boże prowadzenie i ostatecznie pozwala by Jezus z podejrzanego Nazaretu zapewnił go, że zobaczy więcej niż może sobie wyobrazić.

Każdy z nas ma takie momenty w życiu, kiedy nie potrafimy zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej, potoczyła się nasza historia. Może nam się wydawać, że wszystko idzie w przeciwnym kierunku do tego, co uznaliśmy wcześniej za Bożą drogę. Tymczasem może to jest właśnie ten moment, kiedy Jezus mówi nam wyraźne: „zobaczysz więcej niż to!”. Może jeszcze nie dzisiaj, może nie jutro, ale ostatecznie przecież pokaże nam perspektywę o wiele szerszą i bardziej niesamowitą niż nasze wąskie i ludzkie wyobrażenia. 

Kluczowe w tej historii może się jednak okazać „brak podstępu”. Wydaje się, że przyjście do Boga w prostocie, powiedzenie Mu co nas najbardziej boli i jednocześnie otwarcie się na nieznane, będzie bardziej Boże niż wymuszanie na Nim realizacji choćby najbardziej pobożnego, ale jednak naszego, planu.

 

Pielgrzymi ostatniej godziny

Dzisiejsza Ewangelia o robotnikach ostatniej godziny, przypomniała mi o moim osobistym doświadczeniu pielgrzymowania sprzed 3 lat. Chciałam się z Wami podzilić dzisiaj tym, co wtedy odkryłam: 

„Aleja na Jasną Górę, 8:15 rano, w powietrzu jeszcze przyjemny chłód poranka. Idę dumnie na przedzie pielgrzymki, krokiem żwawym, bo zdążyły zadziałać już leki przeciwbólowe na moje zapalenie ścięgien. W sercu niosę wiele intencji, ale też trud ostatnich dni wędrówki. Nagle pośród myśli o spotkaniu z Matką Bożą i Jezusem, dla którego przecież idę w tej pielgrzymce i któremu oddałam całe moje życie, pojawia się myśl zupełnie inna. Oto zaczynam myśleć o tych, którzy nie szli z nami przez ostatnich 10 dni, ale dojechali w weekend lub nawet ostatniego dnia przed wejściem do Częstochowy. Przecież oni nie musieli znosić przeraźliwego upału, nie przychodzili wieczorami do medyków z objawami „asfaltówki”, nie bolały ich nogi, nie mieli odcisków na stopach i nie zgarniała ich z trasy karetka, nie składali mokrych namiotów i nie gryzły ich komary podczas wieczornych apeli. Jak więc mogą z nami wchodzić na Jasną Górę?? Czy to będzie sprawiedliwe? Może chociaż gdzieś na końcu?

I wtedy nagle zrobiło mi się strasznie głupio, bo jak nigdy przedtem, zrozumiałam przypowieść o robotnikach ostatniej godziny (Mt 20, 1-16). Tak doskonale zobaczyłam siebie upominającą się o swoją należność, choć przecież o denara umawiałam się z Panem Bogiem. A dostałam wiele więcej niż denara, bo to nie w Częstochowie było to, co najlepsze, ale podczas całej drogi – spotkałam pięknych ludzi, doświadczyłam realnej bliskości Jezusa w moim cierpieniu, miałam okazję dzielić się moim przeżywaniem relacji z Bogiem i porozmawiać z osobami, które Go poszukiwały. Doświadczyłam mnóstwa radości i bezinteresownej pomocy, z całego serca uwielbiałam Boga śpiewem i co chwilę się śmiałam. Czy ja naprawdę zazdrościłam tym, którzy przyjechali ostatniego dnia i pośród nas wchodzili na Jasną Górę? Ani trochę!

Tego dnia zrozumiałam jak perfidne potrafią być podszepty szatana, któremu łatwo udaje się sprowadzić moje myślenie do prostego porównania. Kiedy jednak zacznę się zastanawiać, to okazuje się bardzo szybko, że ten kto dojechał na pielgrzymkę, bardzo chciał iść od początku, ale nie dostał urlopu w pracy; ten, który prosi o coś do jedzenia, nigdy nie marzył o byciu bezdomnym; ten, który nawraca się w ostatniej chwili życia, wcale nie przeżył go dobrze, inwestując w wieczne imprezy.

Jest tylko jedno pytanie, które warto sobie zadawać – czy ja żyję najlepiej jak potrafię? Jest pewne powiedzenie, które mówi: „Jeśli ktoś ocenia twoją drogę, pożycz mu swoje buty” i jest w tym wiele prawdy. Patrząc z zazdrością albo litością na drugiego człowieka, nie mam pojęcia co w życiu przeszedł i czy droga, którą idzie jest tą najlepszą. Z pewnością wtedy jednak nie mam czasu, żeby go kochać i w ten sposób sprawiać, że ja będę zmierzać prosto do bram wiecznego szczęścia.”

Rana przemieniona

Obchodzimy właśnie rok ignacjański – wspomnienie 500 lat od nawrócenia św. Ignacego Loyoli. Okazuje się jednak, że po hiszpańsku, ta rocznica brzmi nieco inaczej, bo świętowane jest 500-lecie „zranienia” św. Ignacego. Mija bowiem 5 wieków od kiedy założyciel jezuitów został raniony kulą armatnią podczas obrony Pampeluny. To był, owszem, początek jego nawrócenia, bo czytając żywoty świętych podczas rekonwalescencji zapragnął swoje życie całkowicie oddać Jezusowi, ale jednak ta „rana” ma znaczenie. Czasem człowiek musi pokonać 2500 km, żeby odkryć taką prostą prawdę.

Mi było dane dokładnie we wspomnienie św. Ignacego być właśnie w Pampelunie, gdzie dla niego wszystko się zaczęło. Od tego zaczęłam też swoje rekolekcje, które były czasem gojenia ran i odzyskiwania duchowych sił przed długą drogą, jaka mnie czeka (jeśli pójdę w ślady Ignacego, to naprawdę baaardzo długa droga). Towarzyszyły mi też stopy Jezusa. Te, które pielgrzymowały po ziemi, zostały namaszczone przez przyjaciółkę z Betanii, dźwigały ciężar krzyża… a potem zostały unieruchomione przez ostre gwoździe, ale tylko na krótki czas, by za chwilę znowu przemierzać ziemię. Tym razem już inne, przemienione, zmartwychwstałe. Nadal jednak zranione. 

Wszyscy nosimy w sobie jakieś rany. Czasem większe, czasem mniejsze. Nigdy jednak tak wielkie, by Bóg nie mógł przemienić ich w chwalebne blizny. O tym właśnie śpiewa Cristóbal Fones SJ, w piosence, której (moje dosyć wolne, mam nadzieję, że adekwatne) tłumaczenie załączam poniżej:

Pod koniec życia dotrzemy
z raną przemienioną w bliznę.

Miłość będzie dawać nam się we znaki.
Droga zostawi nam tysiąc śladów.
Potkniemy się o tę samą ścianę.
Każde rozczarowanie nas przygniecie.
Ale jesteśmy dziećmi zakochanego Boga.
Spragnionymi poszukiwaczami odpowiedzi.
Jesteśmy czystą ambicją, którą zasiałeś,
aby Twoje królestwo wzrastało.

Będziemy walczyć na śmierć i życie z ego.
Poczujemy, że czas nas przytłacza.
Będziemy rozpamiętywać porażki.
Stracimy radość i muzykę.
A jednak nadal będziemy tańczyć.
Bo tacy jesteśmy, podążający za Tobą.
Niosący ogień nie do ugaszenia.
Wierzący w świat bez granic.

Jesteśmy podekscytowanymi kruchością
marzycielami, którzy nie rozpaczają.
Jutro nigdy się nie poddamy
chociaż dziś burza nas dotyka.
A jeśli popękają nasze motywacje
dla których, pewnego dnia wybraliśmy Twój sztandar,
popękani będziemy iść dalej,
bo Twoja Ewangelia jest teraz naszą ziemią.

 

Droga ekologicznego nawrócenia

Ze Światowym Ruchem Katolików na Rzecz Środowiska (dawniej GCCM, teraz Laudato Si’ Movement) zetknęłam się bardzo dawno, bo już w okolicach 2011, kiedy mój znajomy Kenijczyk Allen zakładał ruch działający na terenie Afryki (CYNESA). Ma on na celu angażować młodych katolików w działania ekologiczne. Od tego czasu wiele się zmieniło w świadomości świata (również tego kościelnego), a przede wszystkim papież Franciszek napisał encyklikę Laudato Si’, która powinna nas prowadzić przez zakątki właściwie rozumianej ekologii. 

Ja sama od dawna miałam poczucie, że chrześcijaństwo i ekologia jednak idą w parze (mimo wielu głosów przeciwnych), bo opieka nad całym stworzeniem jest przecież wpisana w nasze człowieczeństwo. Starałam się żyć tym wezwaniem w moim prywatnym życiu, a w 2019 roku z radością wzięłam udział w duchowej drodze związanej z naszym ekologicznym nawróceniem w ramach projektu Żyj Bardziej. Jeszcze nie jest za późno, żeby nabyć Eko Paczkę, gdzie oprócz książeczki z moimi rozważaniami, znajdziecie inne eko-niespodzianki. W tym czasie w Poznaniu w parafii Zbawiciela staraliśmy się w ramach eko grupy wspólnoty postakademickiej Syjon przybliżać naszym parafianom zagadnienia związane z encykliką Laudato Si’.

Dzisiaj, tym razem w Warszawie, dalej zamierzam działać na tym styku wiary i duchowości z ruchami ekologicznymi, co dla wielu po obu stronach politycznych i społecznych podziałów wydaje się czymś trudnym. Dla mnie to najbardziej oczywiste miejsce na świecie i myślę nad kolejnymi projektami duchowymi, które pozwolą nam lepiej doświadczyć całego dobra, jakie Pan Bóg podarował nam w innych stworzeniach. Jeśli to również Wam bliskie, stay tuned, bo coś się będzie działo 😉 Zachęcam Was też bardzo serdecznie do podpisania petycji w sprawie bioróżnorodności przed COP15. To okazja, żeby włączyć nasz katolicki głos do dyskusji w miejscu, gdzie podejmowane są najważniejsze decyzje.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑