Blog Ewy Bartosiewicz

Autor: Ewa Bartosiewicz (Page 1 of 12)

O święceniach i dwóch wizjach Kościoła (Magnifica Humanitas cz. 2)

Mój upalny początek tegorocznych wakacji naznaczyły dwa ważne wydarzenia – oba związane ze święceniami. 27 czerwca w Bazylice Najświętszego Serca Jezusa w Krakowie na prezbiterów wyświęconych zostało trzech moich jezuickich przyjaciół – Mateusz, Marek i Łukasz (czyli synoptyczny dream team), a kilka dni później w międzynarodowym seminarium w szwajcarskim Écône wyświęcono czterech nowych biskupów Bractwa Piusa X. Pierwsze wydarzenie jak co roku zgromadziło rodzinę i znajomych, by wspólnie świętować kolejne pokolenie jezuitów rozpoczynających kapłańską drogę, drugie zaś na oczach całego świata stało się historycznym momentem kolejnej schizmy w Kościele Katolickim. Patrząc na to, widzę dwie zupełnie różne wizje Kościoła, które od dawna trwając na kolizyjnym kursie, właśnie zderzyły się ze sobą z całym impetem. Pewne wskazówki na dalszą drogę po tej katastrofie znajduję w pierwszym rozdziale encykliki papieża Leona XIV Magnifica Humanitas.

Prawda

Marcel Lefebvre w 1974, uzasadniając święcenia biskupów bez zgody Watykanu, powiedział tak: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy, woląc opierać się na nowościach i baśniach, uważamy za swój święty obowiązek pozostanie wiernymi tej nauce i odrzucenie wszelkich nowinek, które ją zniekształcają.”. Dzisiaj Bractwo tłumaczy swoje działania dokładnie tymi przesłankami. W tym kontekście z całą mocą wybrzmiewają słowa encykliki: “Prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić” (MH 25). Zbyt często już w imię obrony prawdy, nie tylko tworzono podziały, ale wręcz dokonywano zbrodni. O tym wszystkim też przypomina papież Leon, przywołując wielu swoich poprzedników: “Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowania w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą, aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca” (MH 25). 

Dzisiaj w imię szukania prawdy jakaś część Kościoła decyduje, że chce jej dalej szukać na własną rękę. Czyż właśnie brak jedności nie jest jedną z tych ran, które najdotkliwiej odczuwamy w naszych społeczeństwach? “Ewangeliczna miłość przynagla [Kościół], by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością” (MH 21). W imię tej właśnie miłości chyba warto na naszych braci spojrzeć nie jak na schizmatyków, ale jak na tych, na których Bóg patrzy z czułością. Co zresztą zrobił Leon w swoim dramatycznym liście z 29 czerwca: “Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów. (…) Przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”

Bliskość

Papież Leon przedstawia nam “obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych” (MH 34). O tę bliskość dla nowo wyświęconych prezbiterów apelował też bp Przybylski: „Choćbyście bracia wsiedli na największe katedry naukowe, choćbyście osiągnęli największe kaznodziejskie szczyty, choćbyście osiągnęli największą popularność w mediach, to schodźcie na dół, tak jak Jezus po najpiękniejszych swoich kazaniach. Schodźcie z ambony do ludzi”.

Kiedy patrzę na środowiska tradycjonalistyczne, to podobnie jak Leon XIV, widzę ogromną dbałość o liturgię, pielęgnowanie sacrum, wierność Świętej Tradycji i gorliwość apostolską. Brakuje mi jednak właśnie bliskości, czułości i zasiadania przy stołach z grzesznikami. Nie ma przecież wątpliwości, że Jezus właśnie taki był. Emmanuel. Bóg z nami. “Dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu” (MH 34). To jakimi jesteśmy chrześcijanami nie objawia się w dbałości o jakiekolwiek zewnętrzne znaki czy w skrzętnym zachowywaniu prawa, ale w tym jaki okażemy się bliźnimi dla tych, których Bóg postawił na naszej drodze. Również dla naszych braci z Bractwa Piusa X. 

Otwartość na inność

W niedzielę na swojej pierwszej Mszy świętej o. Mateusz mówił o tym, że czuje się posłany nie tylko do tych, którzy w Kościele czują się dobrze, ale i do tych, którzy są na jego granicach. Zapewniał, że chce trzymać dla nich drzwi Kościoła wciąż otwarte. Chwilę potem przełożony Bractwa Piusa X zatrzasnął za sobą te drzwi, odmawiając dialogu z papieżem, a przede wszystkim po raz kolejny odrzucając dekrety Soboru Watykańskiego II, czyli drogi, którą Duch Święty naszą wspólnotę prowadzi.  

Postulaty soboru, które lefebryści najbardziej podważają, to nie tylko nowy ryt liturgii, ale przede wszystkim ekumenizm, dialog i wolność religijna. Leon w swojej encyklice staje właśnie na straży tych postanowień: “Wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiony możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy” (MH 34). Paradoksalnie właśnie w imię tej wolności jestem bardzo daleka od tego, by osądzać Bractwo za ich decyzje. To jest niesamowicie smutny moment kolejnego rozłamu, ale jednocześnie jestem przekonana, że muszą oni działać zgodnie ze swoim sumieniem. Przestajemy być w jedności strukturalnej Kościoła, ale głęboko wierzę, że pozostajemy jednością w Chrystusie, bo On naprawdę jest ponad wszystkimi naszymi podziałami. 

Plac budowy naszych czasów (Magnifica Humanitas cz. 1)

Podsumowując rok z moimi uczniami, z ogromną radością zauważyłam, że to, co uznają za najważniejsze w pierwszym roku liceum, to relacje, wzajemna pomoc i wspólnie spędzony czas. Oczywiście wiedza zdobyta w szkole w jakiejś części przyda im się w życiu, ale to właśnie wspólne jej zdobywanie w gronie rówieśników i tworzenie nowych przyjaźni jest tym, co zostanie z nimi na zawsze. Bardzo bym chciała, żeby idąc w świat potrafili z odwagą i determinacją, wraz z innymi, budować lepszą przyszłość dla nas wszystkich. Właśnie o takim działaniu pisze w swojej nowej encyklice Magnifica Humanitas papież Leon XIV. Przywołuje on tam dwie historie – budowę wieży Babel i odbudowę murów Jerozolimy przez Nehemiasza. W obrazowy sposób pokazują one dwa różne sposoby budowania świata.

Wieża Babel powstaje z pychy i żądzy władzy. „To jest dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację” (MH 7). Takich wież wokół nas jest wiele. Może w pierwszej kolejności pomyślimy o wielkich korporacjach gotowych na wszelkie nikczemności dla zysku i nieliczących się z człowiekiem. Są też jednak te nasze lokalne, mniej spektakularne wieże. Mi przychodzą do głowy  wszystkie te momenty, kiedy pomyślałam sobie: „ja zrobię to lepiej” i w imię wspólnego dobra, nie potrafiłam wypuścić z ręki swojej idei; te momenty kiedy zamiast komuś coś wytłumaczyć, robiłam to za niego, żeby było szybciej; te momenty kiedy zabrakło mi cierpliwości, by przyjąć nieidealność lub brak i próbowałam za wszelką cenę ratować coś, na czym nikomu już nie zależało. Wieże Babel powstają tam, gdzie projekt staje się ważniejszy niż relacje, a ślepa realizacja celów ważniejsza niż wspólna droga.

Przeciwieństwem takiego budowania jest styl działania Nehemiasza. „Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu” (MH 8). Sprawczość poszczególnych osób, których wkład został doceniony, staje się fundamentem wspólnego tworzenia i może wyjść znacznie poza dany projekt. „Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie” (MH 8). Budowle, które w ten sposób powstają, mają też dużo większą szansę przetrwania, bo zupełnie inaczej szanuje i docenia się coś, w czym miało się osobisty udział. Nowe mury Jeruzalem powstają tam, gdzie każdy może dołożyć swoją małą cegiełkę, każdy czuje się przyjęty i kochany, a wspólnie zbudowany dom staje się przestrzenią wzajemnej troski i rozwoju.

Budowanie na wzór Nehemiaszowy wymaga jednak wyrzeczeń, a przede wszystkim przyjęcia tego, że efekt nie będzie perfekcyjny. „Budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować” (MH 12). Czasami to najtrudniejsza część pracy zespołowej, bo w różnorodności siłą rzeczy wiele perspektyw będzie nie po naszej myśli. Jeśli jednak zaczniemy dostrzegać w nich piękno, odkryjemy, że do tworzenia pełni potrzebujemy zarówno światła, jak i cienia. „Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się z wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów” (MH 12).

Papież zwraca też uwagę na bardzo istotną kwestię każdego budowania. Trzeba zbadać teren, zobaczyć jakie są możliwości, ocenić zagrożenia i orientować się gdzie zmierza świat. „Trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych” (MH 6). W moim osobistym życiu skupionym w dużej mierze na Kościele i edukacji, cały czas zderzam się z reakcyjnością i gonieniem za tym, by nadążyć za światem. Nie mam wpływu na wielkie reformy i strukturalne zmiany, ale na moim małym poletku mogę więcej zainwestować w uważność na to, co istotne i co współgra z rzeczywistością, w której żyję.

Wstęp do encykliki papież kończy znamiennym zawołaniem: „Nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów” (MH 16), co w moim odczuciu jest przede wszystkim zaproszeniem do tego, żeby nie uchylać się od odpowiedzialności tworzenia naszych lokalnych wspólnot i szukania coraz to nowych dróg naprawiania świata kawałek po kawałku. Zacząć możemy od wysłuchania lęków i wątpliwości tych, z którymi nam nie po drodze, przy czym niewątpliwie można pobrudzić sobie ręce. 

Brak, który przeczuwa dobro. Teologia ludzkiego pragnienia

„Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Święty Augustyn na swojej własnej skórze odkrywał znaczenie tych słów, kiedy doszedł do wniosku, że wszystko to za czym biegał w młodości, okazało się wcale nie dawać mu spełnienia. Pragnienie kariery, przyjemności, władzy, rzeczy, relacji czy wiedzy po latach uznał nie tyle za złe, co za nieuporządkowane. Po swoim nawróceniu odkrywał, że Bóg prowadził go również w tym czasie, kiedy zupełnie nie był Nim zainteresowany, a pragnienia wskazywały na coś głębszego w jego człowieczeństwie, co odnosiło go bezpośrednio do Stwórcy. Bóg stworzył nasze serca pełne miłości, ale jak mówił Augustyn, „miłość ta może być skierowana za nisko”. Wtedy nieuchronnie czeka nas rozczarowanie, bo nie możemy oczekiwać doskonałości od tego, co ze swojej natury jest kruche i ułomne.

Również Święty Tomasz z Akwinu miał podobne spostrzeżenia, choć jego droga była zupełnie inna niż ta, którą przeszedł Augustyn. Zauważa on pewien paradoks: rzeczy, które kojarzymy ze szczęściem, wcale go nie dają. Chyba jeszcze dobitniej mógłby tę tezę wygłosić w dobie konsumpcjonizmu, kiedy za każdym rogiem czekają na nas reklamy gotowe obiecać wszystko, jeśli tylko kupimy odpowiedni produkt. Tomasz nie chce powiedzieć, że świat jest zły, ale wręcz przeciwnie. Wszystko czego człowiek pragnie jest dobre, ale często myli środki z celem. Jesteśmy bowiem stworzeni na obraz i podobieństwo nieskończonego Boga i tylko to, co przekracza skończony porządek może ostatecznie nasycić naszą duszę.

W XIX wieku przestało być oczywiste to, co głosił Augustyn z Tomaszem. Bóg zaczął być kojarzony z tym, który stoi na naszej drodze do szczęścia i należy się go pozbyć, aby człowiek mógł żyć pełnią swojego potencjału. Można było odnieść wrażenie, że ludzkość znalazła odpowiedzi na wszystkie ważne pytania i nie potrzebowała już transcendencji. W takiej rzeczywistości filozof Maurice Blondel zauważa, że do Boga nie dochodzi się z ciekawości doktrynalnej i chęci poznania tego, co nadprzyrodzone, ale przez doświadczenie własnej niemocy wobec pełni dobra i wobec ciężaru zła.

Współcześni teologowie (jak np. Emmanuel Falque) przestrzegają przed tym, by każde ludzkie nienasycenie interpretować jako ukryte pragnienie Boga. Zbyt szybka ucieczka od ludzkiej skończoności sprawić może, że zadowolimy się prostymi odpowiedziami na kluczowe egzystencjalne pytania. Wbrew pozorom świat, który żyje bez Boga może stać się okazją do odkrycia większej głębi w naszej relacji z Nim. Dopiero spotkanie z niewierzącym pozwala nam zrozumieć, jak nasza własna wiara brzmi w świecie, który nie podziela jej założeń. Pozwala nam docenić łaskę, która nie jest oczywista i znaleźć nadzieję, która przekracza wszelki wymiar materialny.

Najważniejsze może jednak okazać się spotkanie z tym, co jest nienasyceniem w nas samych. Pragnąć możemy tylko tego, czego nie posiadamy albo posiadamy za mało. Dlatego pragnienie jest nieodłącznie związane z brakiem i tęsknotą. Czasami jest to bardzo konkretny brak, który żywo odczuwamy, a czasami jest to tęsknota za pełnią, której nie umiemy jasno zdefiniować. Nie jest to jednak deficyt, który prowadzi do rozpaczy i pustki, ale taki, który prowadzi ku życiu. Jedna z definicji mówi, że „pragnienie jest brakiem, który przeczuwa dobro”. Uświadomienie sobie tego braku nie oznacza, że nagle w magiczny sposób zostanie on zaspokojony, ale pokazać nam może co jest dla nas ważne, co nadaje sens i co najgłębiej buduje naszą tożsamość. Tam możemy spotkać się z Chrystusem, który przyjął w całości nasze człowieczeństwo i przeszedł tę samą drogę tęsknoty za pełnią, by przez swoje zmartwychwstanie dać nam nadzieję, że kiedyś żyć nią będziemy na wieki.

Egzamin z dystansu

Skończyły się tegoroczne egzaminy maturalne. Będąc w komisjach, przyglądam się młodym ludziom ubranym na galowo i przejętym rzeczywistością, na którą nie czują się wcale gotowi. Wspominam wtedy swoją własną maturę sprzed ponad 20 lat. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam wiele emocji, szczególnie na egzaminie ustnym z języka polskiego. Denerwowałam się nim bardzo, a kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem dostaliśmy informację, że zostanie przełożony, bo zmarł jeden z wicedyrektorów i poszukiwane jest zastępstwo. Wiadomość ta była dla mnie druzgocąca, bo to właśnie prof. Roszkowski miał być dobrą duszą w komisji, której przewodnicząca polonistka za mną nie przepadała. Do tego ogromnego stresu dołożył się kolejny element, kiedy na samym egzaminie okazało się, że jedno z pytań źle opracowaliśmy i bez względu na to jak długo powtarzałam członkom komisji moją wersję odpowiedzi, nadal uważali, że się mylę.

To co w tamtym momencie wydawało się najważniejsze na świecie, dzisiaj jest tylko bladym wspomnieniem, które stało się barwną anegdotką. Wszystko co zajmowało moją głowę w tamtym czasie już dawno z niej wyparowało, a po drodze wydarzyło się bardzo wiele ważniejszych i mniej ważnych rzeczy. Inne doświadczenia, które mnie spotkały wpłynęły na mnie o wiele bardziej niż kilka egzaminów maturalnych, a jednak w danym momencie wydawało się, że od tej jednej chwili zależy absolutnie wszystko. Kiedy jesteśmy w środku danej sytuacji, nie umiemy ocenić jej obiektywnie, nawet gdy wszyscy dookoła tłumaczą nam, że nie ma się aż tak czym przejmować. Dopiero po czasie jesteśmy w stanie podejść do naszych przeżyć z dystansem i zobaczyć je z zupełnie innej strony.

W życiu duchowym przeżywamy podobne momenty. Będąc w strapieniu wydaje nam się, że Bóg przestał być zainteresowany naszym losem, czujemy się zostawieni sami, wszystko jest źle i w dodatku jesteśmy przekonani, że ten stan nigdy się nie skończy. Dobrze mieć wtedy obok kogoś, kto nam tę sytuację zobiektywizuje, ale przede wszystkim ważne żebyśmy wrócili do własnego doświadczenia i przypomnieli sobie, że to normalny stan, z którym już nie raz daliśmy sobie radę. Pomocą mogą być w tym czasie notatki, jakiś cytat czy przedmiot, które przypomną nam o doświadczeniu miłości Boga. Choć na chwilę Jego obecność może nie być wyczuwalna, to jednak przecież pozostawia nam wystarczającą łaskę.

W czasie pocieszenia sprawy mają się inaczej, bo prowadzeni jesteśmy przez Dobrego Ducha, widzimy jaśniej, nawet w trudnych momentach odczuwamy Jego obecność i wsparcie, więc mamy siłę do podejmowania heroicznych wyzwań. Może być jednak tak, że z czasem nasza duchowa sytuacja zacznie się zmieniać, a my tego nie zauważymy. Będąc jeszcze na fali duchowej euforii, podjąć możemy decyzje, które będą miały zły wpływ na nas i na innych. Entuzjazm jest wskazany przy angażowaniu się w nowe zadania, ale kiedy jesteśmy w centrum wydarzeń, może zabraknąć nam obiektywnego spojrzenia i dystansu. Na pewno ważnych wyborów nie należy dokonywać pochopnie, bez odpowiedniego czasu na rozeznanie.

Zdrowy dystans przydaje się wszędzie tam, gdzie towarzyszą nam silne emocje. Może to być złość, która pojawia się szczególnie w bliskich relacjach; smutek po przeżyciu ważnej straty; lęk wywołany wspomnieniem jakiegoś bólu, ale też nadzwyczajna radość kiedy czujemy, że wszystko nagle układa się po naszej myśli. Te uczucia nie są złe i mamy prawo w pełni je przeżyć i przyjąć. Jezus wielokrotnie dawał nam tego przykład na kartach Ewangelii, pokazując że jest to nieodłączna część naszego człowieczeństwa. Nie warto jednak zatrzymywać się tylko na tym co czujemy, bo rzeczywistość jest znacznie bogatsza. Nabierając dystansu i poszerzając horyzont naszych przeżyć, możemy odnaleźć głębszy sens, pokój serca i nadzieję. Jezus dawał nam przykład tego, kiedy wychodził na miejsca pustynne, często w nocy, żeby spotkać się z Ojcem z dala od zgiełku. Nas też zaprasza do tego, żeby w każdych okolicznościach, trwając w pełni tu i teraz w doświadczeniu jakie nas spotyka, jednocześnie częścią siebie przeczuwać, że nasze przeznaczenie wykracza znacznie poza to, co czujemy i widzimy. Każdy nasz mały koniec świata jest szansą na nowe zmartwychwstanie.

Kościół w drodze

Zanim w Antiochii nazwano uczniów Jezusa chrześcijanami, posługiwano się inną nazwą: „zwolennicy tej drogi”. Nie zwolennicy nowej doktryny, religii czy prawa. To znamienne, że właśnie „droga” definiowała pierwotny Kościół i to słowo również dzisiaj wydaje się mieć nam wiele do powiedzenia. Greckie słowo ὁδός (hodos) oznacza drogę, ale w jej wielowymiarowej palecie znaczeń. Może to być po prostu ścieżka albo ulica, ale oznacza też podróż, marsz, sposób postępowania, kierunek, w którym człowiek podąża. Słowo synodalność odmieniane dzisiaj w Kościele przez wszystkie przypadki pochodzi właśnie od słowa droga – σύνοδος (syn-hodos), czyli wspólna droga.

Droga wskazuje na jakiś proces. Idąc nią stopniowo zbliżamy się do jakiegoś celu. Nie jest ona jednak tylko koniecznym środkiem, ale nauczycielką życia. Wędrówka uczy nas właściwego rozkładania sił, radzenia sobie ze zmiennością pogody, polegania na swojej intuicji, ale też na towarzyszach podróży. Uczy nas też ufać Opatrzności w momentach, gdy nasza słabość nas zatrzymuje. Powoduje dobre zmęczenie, które w naturalny sposób potęguje nasze poczucie szczęścia. Ideałem wcale nie byłoby teleportowanie się do celu, by uniknąć trudu podróży, bo ona sama jest wartością nieocenioną. Dlatego nasza droga do życia wiecznego ma wszystkie cechy pięknej pielgrzymki, która wiedzie przez kolejne etapy, różnorodne krajobrazy, zaskakujące przygody, momenty wspinaczki i radosnego zbiegania po łagodnym zboczu.

W podróży przez życie nigdy nie jesteśmy sami. Gdyby nawet zabrakło nam towarzyszy w codzienności, Jezus nie odstępuje nas ani o krok. Idzie obok nas ręka w rękę, a w trudnych chwilach niesie nas na ramionach jak pasterz owcę. To jest prawdą nawet wtedy, gdy zupełnie nie odczuwamy Jego obecności. Co jednak ważniejsze, On mówi nam, że sam jest drogą, prawdą i życiem. Co oznacza, że nie ważne którą ścieżką i po jakich chaszczach przyjdzie nam iść. Dopóki jesteśmy z Nim w relacji, On prowadzi nas prosto do celu, gdzie jest mieszkań wiele i gdzie radość się nie kończy.

Kiedyś droga miała jeszcze jedną ważną funkcję – pozwalała nam przeżywać zmiany. Odkąd pojawiły się na świecie samoloty, możemy bez większego trudu w kilka godzin przekroczyć kilka stref czasowych i jeszcze tego samego dnia znaleźć się w innej części globu w zupełnie innym klimacie, kulturze i wśród zupełnie innych problemów. Samoloty niesamowicie ułatwiły nam przemieszczanie się, ale zabrały nam coś bardzo cennego – czas na przemianę serca. Kiedyś pokonanie takich odległości wymagało długich tygodni, a czasem miesięcy podróży, najpierw pieszo, potem konno, dorożką. W każdym przypadku wymagało to odważnej i odpowiedzialnej decyzji by wyruszyć w drogę i wytrwać na niej do końca. Przede wszystkim jednak dawało czas na to, by nasz umysł, serce i dusza przygotowały się do ogromnej zmiany jaka czekała w nowym miejscu.

Dzisiaj podróż, choć wygląda inaczej, też może być dobrą okazją do spędzenia czasu w życiodajny sposób. Ja uwielbiam długie trasy samochodem w dobrym towarzystwie, kiedy jest przestrzeń na głębokie rozmowy, dużo śmiechu i muzyki, ale czasami lubię też wyruszyć w daleką samotną podróż, kiedy mogę śpiewać na całe gardło (szczególnie pieśni paschalne!) albo wsłuchać się w pasjonującego audiobooka. Kocham podróże pociągiem, kiedy nie muszę pilnować drogi i mogę w spokoju popracować, poczytać, pospać, a czasami po prostu przyglądać się krajobrazom za oknem, najlepiej przy zachodzącym słońcu. Latanie też ma w sobie coś szczególnego – obserwowanie świata ponad chmurami i lekkość unoszenia się w przestworzach. Kluczem jest przeżycie tej drogi z pytaniem: „gdzie moje serce potrzebuje dotrzeć?”, a nie „co mogę zrobić dla zabicia czasu?”.

Czego puzzle nauczyły mnie o życiu

Od jakiegoś czasu lubię w wolnych chwilach układać puzzle. Okazało się, że jest to nie tylko dobra forma relaksu, ale też pole do wielu refleksji o życiu. 

Ten kawałek musi tu pasować

Patrzę na puste pole w układance i na puzzel, który trzymam w ręku. Nie mogę uwierzyć, że w tym miejscu nie pasuje. Wzór idealnie odpowiada brakującemu elementowi i kształt się zgadza, a jednak to nie ten. Próbuję kilka razy, bo jestem przekonana, że jak się mocno postaram, to jakoś się tam wpasuje. A jednak to nie jest jego miejsce.

Ile razy już próbowałam swoją wizję świata wcisnąć na siłę w miejscu, gdzie czułam że powinno być coś innego? Trzymam się kurczowo relacji, które nie mają przyszłości; zaangażowań, które mnie niszczą; planów, które nie prowadzą do celu. Chcę zapełnić pustkę, która we mnie jest, nie pamiętając, że są miejsca mojego serca, które wypełnić może tylko sam Bóg. Inne natomiast powinny poczekać na coś, co On dla mnie przygotował. To wymaga cierpliwości, która jest niezwykle trudna, ale konieczna, jeśli chcę znaleźć w życiu pełnię i pokój.  

Tego puzzla nie ma

Patrzę nieustannie na brakujący kawałek w samym środku ułożonej partii układanki. Kłuje mnie w oczy i sprawia nieodparte wrażenie, że kupiłam wybrakowane pudełko. Zastanawiam się nawet po co dalej układam skoro obraz i tak nigdy nie zostanie ukończony. Wydaje się to zupełnie bezcelowe, a jednak cień nadziei sprawia, że kontynuuję. Aż w pewnym momencie brakujący puzzel odnajduje się pośród innych i trafia w końcu na swoje miejsce, choć wcześniej wielokrotnie przerzucałam go w pudełku pełnym klocków, przekonana, że to przecież nie ten.

W moim życiu bardzo wiele może zyskać miano tego brakującego kawałka. Coś za czym tęsknię i mam przekonanie, że gdyby tylko się znalazło, to odmieniłoby mój los. Jeśli skupiam się na poszukiwaniu tego, co wyobraziłam sobie jako doskonałe dopełnienie mojej egzystencji, to opóźniam tylko moment w którym zauważę, że brakujący kawałek cały czas był zaraz obok. Wygląda co prawda inaczej niż przypuszczałam, ale kiedy pozwolę mu rozgościć się w moim życiu okazuje się pasować lepiej niż cokolwiek, co sobie wymarzyłam.

Niewiarygodne, że to tak blisko

Patrzę na większe fragmenty układanki, które już od dłuższego czasu rozwijały się zupełnie niezależnie od siebie i nagle doznaję olśnienia. Zauważam, że jeśli jeden z tych zbiorów obrócę i spojrzę na niego z innej strony, to pasuje on idealnie do tego drugiego i odtąd mogą tworzyć jedną całość. Choć wyglądały jak dwa odległe od siebie uniwersa, okazują się być o wiele sobie bliższe niż przypuszczałam.

Zaskakujące bywa, kiedy odkrywam, że rozwiązanie, którego szukałam znajduje się na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko spojrzeć od innej strony, zmienić myślenie. Na tym właśnie polega nawrócenie (metanoja), bo to w jaki sposób myślimy o świecie kształtuje nasze decyzje i buduje rzeczywistość. Patrzenie na świat oczami Boga sprawia, że to, co wydawało się odległe i niemożliwe, nagle staje się bliskie i osiągalne. Okazuje się, że mój nieznaczący ludzki wkład łączy się z nieskończoną mocą Bożą i zaczyna przynosić owoce, których się nie spodziewałam.

 Doświadczenie ma znaczenie

Patrzę na puzzle, które układam pierwszy raz w życiu, ale jednak widzę więcej niż przy swojej pierwszej układance. Wiem już jak dobrze dopasować kształty, widzę subtelne różnice w kolorach, z daleka dostrzegam brakujący kawałek i intuicja podpowiada mi, że to będzie właśnie ten. Każdy nowy ułożony obraz sprawia, że zdobywam cenne doświadczenie.

Życie przynosi mi wciąż zaskakujące sytuacje. Każda decyzja wymagająca podjęcia jest inna, a Bóg przemawia do mnie w coraz to nowy sposób. Nie oznacza to jednak, że za każdym razem zaczynam od zera i poruszam się jak dziecko we mgle. Doświadczenie słuchania Bożego głosu i dokonywania wyborów (tych dobrych i tych złych), sprawia że za każdym razem moja duchowa intuicja coraz lepiej rozpoznaje co jest dobre, Bogu przyjemne i co doskonałe. Z daleka wyczuwam, kiedy w mojej głowie pojawia się subtelna pokusa i uczę się rozpoznawać szept Boga nawet w codziennym zabieganiu.  

Kosmiczna lekcja miłości

Byłam dzisiaj po raz drugi w kinie na cudownym filmie. Nie był to film w żaden sposób pobożny, choć tytuł „Projekt Hail Mary” może niektórych zmylić nawiązaniem do słów Zdrowaś Mario. Okazało się jednak, że film science fiction z doskonale opracowanymi wątkami naukowymi może również bardzo wiele w niesamowicie wzruszający sposób opowiedzieć o miłości zdolnej do oddania życia.

(Tekst zawiera spoilery, szczerze zachęcam do udania się najpierw do kina!)

Kochamy tak, jak sami doświadczyliśmy miłości

Główny bohater filmu, Grace (czyli Łaska!), sam siebie uważa za osobę, która nie jest zdolna poświęcić się dla innych. Jest samotny i wydaje się bardziej zainteresowany badaniem komórek niż nawiązywaniem relacji, choć ma też z pewnością wiele serca dla swoich uczniów w liceum. W trakcie rozwijania się fabuły jesteśmy świadkami jego przemiany, kiedy podczas misji kosmicznej wiele razy z narażeniem życia walczy o ratunek dla świata, ale też o swojego przyjaciela z obcej planety. Nie dzieje się to jednak bez przyczyny. Najpierw to on doświadcza troski i poświęcenia ze strony Rockiego, kiedy ten czuwa nad nim podczas snu, ofiarowuje mu dodatkowe astrofagi, żeby mógł wrócić na Ziemię (co oznacza, że będzie wracał na swoją planetę o 6 lat dłużej…), a ostatecznie z narażeniem własnego życia podłącza go pod aparaturę medyczną. To doświadczenie bycia kochanym, sprawia że Grace zupełnie naturalnie pragnie odwdzięczyć się tą samą miłością.

W naszej codzienności możemy mieć poczucie, że nie potrafimy kochać, bo nikt nie potraktował nas tak jak Rocky. Zazwyczaj to diagnoza zbyt surowa dla naszych najbliższych, ale nawet gdyby tak było, mamy Kogoś, kto kocha nas nieskończoną i doskonałą miłością. Gdyby Bóg przestał nas chcieć choćby przez ułamek sekundy, przestalibyśmy istnieć. „Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem.” (Ps 121) Bóg, który posłał swojego Syna z miłości do każdego z nas, jest Tym, który zawsze się troszczy. Jezus nie tylko otarł się o śmierć, ale przez nią przeszedł, żebyśmy my mieli życie na wieki. Czy to nie wystarczy, żeby odpowiedzieć całym sercem i całą duszą na tę miłość?

Bliskość, która dodaje sił i nadziei

„Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Jezus pokazuje nam ideał, w którym kochać mamy wszystkich bez wyjątku, ale zacząć trzeba od najbliższych. Historia naszego życia połączyła nas z ludźmi, których nazywamy przyjaciółmi, choć budowanie z nimi bliskości mogło odbywać się w bardzo różnych okolicznościach i na bardzo różnym poziomie. Relacja Grace’a i Rocky’ego zaczęła się od naukowej ciekawości i chęci komunikacji z kimś obcym, ale prowadziła dalej przez wspólny cel ratowania swoich światów, wzajemną troskę w chwilach próby, mnóstwo humoru oraz podobne doświadczenie żałoby po swoich załogach. Bliskość, którą ze sobą zbudowali dała im siłę do pokonywania swoich własnych ograniczeń i wzmacniała nadzieję na powodzenie misji. Choć w pewnym momencie Grace czuł się tą bliskością zdecydowanie przytłoczony, ostatecznie za nią zatęsknił kiedy przyjaciela zabrakło. Końcowa scena filmu natomiast pokazuje, że również Rocky nauczył się respektowania granic i dawania drugiemu wolności.

Uczymy się miłości nie od razu poświęcając swoje życie dla drugiego. Relacja zaczyna się od prostych gestów bliskości – wspólnych zainteresowań, wrażliwości, działania, małych rezygnacji ze swojego, żeby sprawić komuś radość. Z czasem jednak może przerodzić się w zupełnie bezinteresowny dar z siebie, na wzór miłości Jezusa do nas. Nie inaczej dzieje się też w relacji z Bogiem. W naszej codzienności aż roi się od gestów bliskości z Jego strony – małe zbiegi okoliczności powodujące nasz uśmiech; cuda natury budzące nasz zachwyt; słowa usłyszane przypadkiem, przypominające o czymś dla nas ważnym. Warto jednak pamiętać, że On czeka też na bliskość z naszej strony!

Próba, której sobie nie wybieramy

Pod koniec filmu dowiadujemy się zaskakującej rzeczy – Grace nie zgłosił się na ochotnika do załogi kosmicznej misji. Nie został nawet do tego w żaden sposób namówiony, ale wbrew swojej woli umieszczony na statku w stanie śpiączki. Czy to nie jest historia Szymona z Cyreny, którego żołnierze siłą przymusili do tego, żeby miał swój drobny udział w zbawieniu świata? Tradycja Kościoła sugeruje, że ten moment odmienił życie Szymona na zawsze i stał się on potem, wraz ze swoimi synami, jednym z filarów pierwotnego Kościoła. Podobnie filmowy bohater nie byłby bohaterem, gdyby nie okoliczności, które siłą go do tego zmusiły. Pozwoliły mu odnaleźć w sobie zarówno pokłady energii i kreatywności, jak i odwagę poświęcenia dla innych.

Wielokrotnie w naszym życiu to zewnętrzne trudne okoliczności pozwalają nam wydobyć ze swojego wnętrza pokłady miłości, których sami się nie spodziewaliśmy. Okazuje się, że w momentach próby potrafimy dokonać heroicznych czynów, jeśli nasze serce powoli nasiąkało Bożą obecnością, nawet tą nieuświadomioną. Czasami wrzucenie na głęboką wodę przez kogoś, kto pokłada w nas nadzieję, staje się szansą do zrobienia kroku, na który sami byśmy się nie odważyli. Taką rolę w naszym życiu pełnią też pokusy, które są próbą naszej wierności Bogu. Po pokonaniu w sobie podszeptów wroga, wychodzimy silniejsi i odważniejsi. Warto te wszystkie momenty docenić i może nawet za nie podziękować. 

Kosmiczna miłość

Czego zatem może nas nauczyć relacja introwertycznego naukowca z kosmitą pozbawionym twarzy? Może przede wszystkim tego, że miłości uczymy się całe życie i czasami zupełnie zaskakujące sytuacje mogą kształtować nas na wzór naszego Stwórcy. Najważniejsze żebyśmy tych lekcji nie przegapili, nie przeszli obok nich obojętnie, bo tak łatwo umknąć nam może wiele inspiracji, kiedy zapominamy, że można je znaleźć dosłownie wszędzie.   

4 śluby i pogrzeb. O tym co najważniejsze.

Rano był pogrzeb, zupełnie nieoczekiwany. Nazywała się Aśka Chudzik RSCJ. Nie Joanna, nie Asia, zawsze Aśka (siostry z zagranicy piszą o niej Ashka). Odeszła tak nagle, że wszystkich pozostawiła w szoku. Z dnia na dzień, w pełni sił i zdrowia, z wieloma planami. Jeszcze wieczorem była na modlitwie, żartowała ze wspólnotą. Rano już Pan zabrał ją do siebie. W biegu. To cała ona – wzięła i sobie umarła. Jak dowiedzieliśmy się na pogrzebie, w taki sam sposób wstępowała do zakonu. Przyjechała do Warszawy do znajomego księdza, kazała się zawieść do klasztoru na Tanecznej i powiedziała, że tu już zostaje. Nikt nie wiedział. Po prostu wzięła i wstąpiła.

Jej pożegnanie było pełne wzruszeń. Kolejne osoby wychodziły na ambonę wspominając zarówno jej dzieciństwo jak i ostatnie dni. Łzy płynęły mi po policzkach co chwilę. Aśka rzeczywiście była wyjątkowa – nie dała się zamknąć w schematach, była wulkanem energii, miała doskonały zmysł organizacyjny i twardą rękę do zarządzania, ale też poczucie humoru i niesamowite podejście do ludzi – wychowawczyni z prawdziwego zdarzenia. To co zapamiętam, to telefon od niej w trudnym momencie, kiedy prawie nikt inny nie zadzwonił. Nie bała się mieć własne zdanie i wyrażać je głośno.

To jednak, co najbardziej mnie poruszyło na pogrzebie, to homilia. Usłyszeliśmy, że to jest łaska, że możemy się tutaj spotkać i to łaska, że Aśka odeszła do Pana. To łaska, bo wszystko jest łaską. Wszystko jest w Jego rękach i nic nie wydarza się przypadkowo. Ona jest już po tej lepszej stronie, gdzie – jestem przekonana – doświadcza już pełni miłości Boga, ale dla nas też to wydarzenie może być darem. Wystarczy, że przez chwilę pomyślimy sobie o tym, że życie jest zbyt kruche i nieprzewidywalne, by marnować je na głupoty. Zbyt mało jest czasu by narzekać, wykłócać się i bezsensownie scrollować internet. Warto zająć się tym co naprawdę istotne i nie odkładać ważnych spotkań na później, bo możemy ich nie doczekać.

Wieczorem były śluby. Wszystkie cztery na raz. Michał Karnawalski SJ składał swoją uroczystą profesję zakonną, czyli po raz ostatni potwierdził swoje oddanie życia Jezusowi, a Towarzystwo Jezusowe potwierdziło, że chce go na zawsze w swoich szeregach. To wydarzenie pod wieloma względami było czymś na przeciwległym biegunie do porannego pogrzebu. Przede wszystkim nie było w nim nic nagłego. Michał czekał na ten dzień prawie 24 lata od swojego wstąpienia. Przechodził formację w wielu miejscach w Polsce i na świecie, studiował na najlepszych uczelniach, rozwijał się na różnych polach. Mogłoby się wydawać, że teraz już dobiegł do jakiejś mety i może odpocząć, ale nic bardziej mylnego. Teraz przed nim czas dalszego życia czterema ślubami. Trzy z nich zapewne są Wam znane – to rady ewangeliczne czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, ale czwarty (składany przez niektórych jezuitów) może być tajemniczy. To ślub posłuszeństwa papieżowi w sprawach misji. Czyli jak papież potrzebuje wsparcia, to może poprosić takiego jezuitę o zostawienie całego dotychczasowego życia, by służyć Kościołowi gdzieś na końcu świata.

Drugim, co wyróżniało wieczorną uroczystość, to punkt koncentracji naszej uwagi. Poranny pogrzeb, z naturalnych względów, skupiony był na zmarłej i pustce, którą pozostawiła w naszym życiu. Michał natomiast zadbał, by ten dzień nie był tylko o nim. Jako badacz Starego Testamentu spędził nieco czasu na Bliskim Wschodzie i bardzo osobiście odczuwa ból tych, którzy w trwających wojnach tracą bliskich i dobytek życia. Najbardziej wzruszającym momentem liturgii ślubów był psalm oraz hymn wykonany w języku arabskim w akcie modlitwy za tych, którzy cierpią z powodu konfliktów, po wszystkich stronach.

W czym to może być inspiracją dla nas? Może w tym, by mieć serce cały czas otwarte na nowe zaproszenia od Pana i by nasz wzrok kierować szerzej niż tylko nasze małe bezpieczne podwórko. Może nie będziemy proszeni o wyjazd na koniec świata, ale może przez różne okoliczności okazać się, że nasz własny świat tu i teraz wywróci się do góry nogami. Może odejść nam ktoś bliski, możemy mieć wypadek i stracić zdrowie, możemy być zwolnieni z pracy, a w końcu i nas może dotknąć wojna. Równie dobrze jednak może w naszym życiu nieoczekiwanie pojawić się nowy bliski człowiek, możemy zostać uzdrowieni czy to fizycznie czy duchowo, wymarzona praca może nas znaleźć, gdy najmniej się tego spodziewamy, a pokój może stać się naszym udziałem nawet pośrodku trudnych wydarzeń. Życie jest pełne niespodzianek, ale jeśli chcemy przeżyć je w pełni, dobrze jeśli będziemy pamiętać, że wszystko jest darem.

Salvador Delulu i sacrum wyobraźni

Miałam ostatnio okazję zobaczyć spektakl pt. „Salvador Delulu” inspirowany twórczością Salvadora Dalego. Twórcy starali się pokazać za pomocą tańca charakter i temperament ekscentrycznego hiszpańskiego artysty. Skorzystali oni z różnych elementów jego historii, wśród których najważniejszym był klucz i miska, gdyż Dali miał w zwyczaju zasypiać w fotelu z kluczem w ręku. Kiedy wchodził w początkową fazę snu zwaną hipnagogia, klucz spadał i uderzał o miskę, a artysta budził się i zaczynał malować to, co jego mózg wytworzył w tym specyficznym czasie mieszania się snu i jawy. Właśnie do tego stanu nawiązuje drugi człon nazwy spektaklu, czyli „Delulu” – we współczesnym slangu określenie kogoś, kto ma nierealistyczne przekonania lub żyje w świecie fantazji.

Dali w 1971 roku udzielił wywiadu w Nowym Jorku, i oprócz tego, że przybył tam z mrówkojadem wypożyczonym z lokalnego zoo, to mówił też o tym, że jego sztuka nie ma żadnego przesłania. Nie ma nic do przekazania światu przez swoje obrazy, ale pragnie tylko uwiecznić to, co jest kawałkiem jego podświadomości. Takie postawienie sprawy przypomina nam, że choć analizowanie sztuki w poszukiwaniu analogii do literatury, historii, innych dzieł czy wydarzeń z życia twórcy, może być fascynujące, to jednak najważniejszy jest nasz subiektywny jej odbiór. Dzieła Dalego mogą być dla nas niepokojące. Często pokazują świat bardzo naturalistycznie, a jednocześnie są zatopione w absurdzie i surrealizmie. Łączą to, co naturalne, z konstrukcjami technicznymi i sprzętem naukowym. Część obrazów nawiązujących do chrześcijaństwa możemy nawet uznawać za obrazoburcze, choć sam artysta twierdził, że tworzy je chcąc pokazać naszą wiarę we współczesny sposób, a nie ją dyskredytować. Jakikolwiek nie byłby nasz osobisty odbiór tej sztuki, z pewnością może nas ona prowokować do zadawania pytań i szukania Bożego przesłania też w tym co absurdalne i co wymyka się prostym kategoriom naszych religijnych schematów.

Warto zatrzymać się też chwilę nad fenomenem snów. W biblii odgrywają one ważną rolę zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Pan Bóg do wielu władców przemawiał przez sny, a swoim prorokom dawał dar ich tłumaczenia – taką zdolność miał np. Daniel czy Józef Egipski. W Ewangelii Boży głos słyszał w snach św. Józef i dzięki nim mały Jezus nie został zamordowany przez Heroda w czasie rzezi niewiniątek. Znaczy to, że również my możemy zobaczyć jakieś Boże przesłanie w tym, co wydarza się podczas naszych nocy. Z pewnością możemy wtedy lepiej poznać samych siebie, bo to czas, kiedy nie działają już mechanizmy obronne i nasza podświadomość pozwala sobie na tworzenie obrazów, które mogą być dla nas niewygodne. Oczywiście nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego, co nam się śni, a już tym bardziej rozpatrywać ich w kategoriach moralnych. Jeśli w naszym śnie np. kogoś zamordujemy, to nie powinno to w nas budzić jakiegokolwiek poczucia winy, ale może nas zastanowić i zrodzić pytania np. o jakąś niewyrażoną złość.

W Kościele spotkać można nurty, które z dużym dystansem a nawet lękiem patrzeć będą nie tylko na sny, ale w ogóle na naszą wyobraźnię. Tymczasem ona też jest darem od Boga, który możemy w bardzo skuteczny sposób przekuć na budowanie z Nim relacji. Nieocenionym przewodnikiem na tej drodze był Ignacy Loyola, który w swoich Ćwiczeniach Duchowych zapraszał nas do kontemplacji Słowa Bożego z wykorzystaniem właśnie wyobraźni. Zachęcał by zobaczyć oczami duszy daną scenę biblijną i umieścić tam siebie samego – nie tylko w roli obserwatora, ale też czynnego uczestnika wydarzeń. Osoby, które uczą się kontemplacji ignacjańskiej na początku często doświadczają wątpliwości i zadają sobie pytania: „czy ja tak mogę?”, „czy to wypada?” albo zauważają słusznie – „przecież tego nie ma w Biblii”. Jeśli jednak przejdą przez to pierwsze zawahanie i pozwolą swojej wyobraźni czynnie uczestniczyć w modlitwie, doświadczają ogromnej bliskości Boga i są w stanie poznawać Go wszystkim zmysłami.

Może Wielki Post być dla nas dobrą okazją do tego, żeby w tym czasie z większą uważnością szukać obecności Boga w różnych przestrzeniach naszego życia. Może na nowo usłyszymy Jego głos w sztuce, kulturze, muzyce, a może jeszcze bardziej w naszej własnej wyobraźni.  

Jeśli szukasz znaku, oto on

Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę? 

Znaki towarzyszą nam w życiu na dwa sposoby. Możemy ich aktywnie szukać, po to żeby potwierdziły nasze rozeznanie, dały nam więcej pewności w podjętych decyzjach, albo wręcz zwolniły nas nieco z odpowiedzialności za dokonane wybory. To jest rodzaj znaków, które Jezus wydaje się ganić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia” (Łk 12,29-30). Syn Człowieczy wyjdzie z grobu po trzech dniach, jak Jonasz wyszedł z wnętrza ryby. Jeśli to ich nie przekona, to żadne inne znaki nie mają sensu. 

Jest jednak inny rodzaj znaków, których możemy w życiu doświadczyć. To nie my ich szukamy, ale one znajdują nas. To momenty zupłenie nieoczekiwane, w których nadprzyrodzoność wydaje się z całą mocą przebijać przez monotonną rzeczywistość. To seria zbiegów okoliczności, które wydają się całkowicie niemożliwe; to niebo, które przy zachodzie słońca przybiera zupełnie nienaturalne barwy i przypomina nam ważny moment z naszego życia; to bardzo ważny dla nas cytat znaleziony w najmniej oczekiwanym miejscu; to absolutnie niszowa ulubiona piosenka, lecąca nagle z losowego radia w galerii handlowej. To wszystkie te chwile, kiedy zatrzymujesz się nagle i mówisz sam do siebie „serio?”. W przypadku takich znaków, Bóg wręcz się niepokoi jeśli ich nie dostrzegamy: „Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?” (Łk 12,56). Jemu bardzo zależy, żebyśmy odczytywali Jego drobne gesty miłości w naszej codzienności. 

Ostatnio odświeżam sobie po kilkunastu latach pozycję książkową pt. „The beautiful outlaw” Johna Eldredge’a (która chyba nadal nie doczekała się polskiego tłumaczenia). Wciąż jest niesamowicie odświeżająca, pokazująca Jezusa z Jego poczuciem humoru, zaciętością, charakterem. Lektura ta uświadomiła mi, że to w jaki sposób patrzymy na znaki ma duży związek z naszym obrazem Boga. Kiedy ich poszukujemy, wydaje się, że jesteśmy w relacji z kimś, kto jest daleki i osądzający. Łatwo można zrobić coś nie po jego myśli i go rozczarować. Szukamy więc potwierdzenia, że idziemy właściwą drogą, że się nie zgubiliśmy, że nadal jesteśmy w porządku. Tymczasem rozpoznawanie znaków, które same pojawiają się w naszym życiu, zdradza relację z kimś bardzo bliskim. Ktoś, kto robi nam ciągle niesamowite niespodzianki przypomina najlepszego przyjaciela, który doskonale wie co sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a nawet wywoła śmiech i okrzyk radości. Jednocześnie też wie jak nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, powstrzymać przed głupim przesięwzięciem i przypomnieć, że nie jesteśmy samowystarczalni.  

Nie jest łatwe znalezienie odpowiedniego balansu między odczytywaniem znaków jako sposobu komunikacji Boga z nami a nadinterpretacją sytuacji, które nam się przydarzają i podejmowaniem na ich podstawie decyzji. Z jednej strony Jezus zachęca do odkrywania Jego subtelnych podpowiedzi w naszych życiowych poszukiwaniach, ale nie możemy traktować ich w sposób magiczny. Nic nie zwalnia nas z uczciwego procesu rozeznawania, który weźmie pod uwagę nasze słabości i wynikające z nich pokusy, realia rzeczywistości, w której żyjemy czy naszą historię życia. Gdy więc zobaczymy nasz znak na witrynie sklepowej, na pewno warto go zauważyć i się usmiechnąć, ale może nie zawsze ruszać za nim bez zastanowania.              

 

« Older posts

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑