Dzisiaj rano, otwierając media społecznościowe, przeżyłam szok. Wszystko krzyczało, że wojna się zaczęła, a ja byłam święcie przekonana, że jednak do tego nie dojdzie; że nie dopuścimy do tego; że nikt nie jest na tyle szalony. Okazało się, że bardzo się myliłam. Jest we mnie dziś ogromny smutek, że natura ludzka się nie zmieniła i nadal władza i pieniądze, a nie miłość i współczucie, rządzą naszym światem. To nie znaczy jednak, że musimy się tej logice podporządkować. Na agresję możemy odpowiedzieć gościnnością dla uchodźców. Na kłamstwa propagandy możemy odpowiedzieć prawdą i rzetelnością. Na wojnę możemy odpowiedzieć pokojem w sercu i przede wszystkim zaufaniem, że Bogu się nic nie wymyka, że On jest z tymi, którzy dziś stają się ofiarami czyjejś bardzo źle użytej wolności. Jeśli serce Putina nie jest już zdolne do przyjęcia miłości, to może chociaż przebije się ona do tych, którzy dziś mogą go powstrzymać. Wierzę, że nasza modlitwa i post są dzisiaj potrzebne, konieczne i mają moc zwycięstwa nad złem. Oprócz modlitwy, warto też dać od siebie kilka groszy. Wymienię trzy akcje: PCK, PCPM, Dobra Fabryka.
W moim osobistym życiu dzisiaj mija dokładnie rok od dnia, w którym dowiedziałam się, że moje marzenia, plany i nadzieje jakie miałam w sercu przez ostatnie 10 lat nie będą mogły się zrealizować. Towarzyszyły mi uczucia podobne do tych, które opisuje Natanael w The Chosen (S2E2), kiedy opowiada o końcu swojej kariery architekta. Niby od dawna się coś zapowiadało, a jednak wydawało się to takie nagłe. To była ta sama nagłość, która znowu zaskoczyła mnie dzisiaj rano. Po raz kolejny zakończył się świat, który znam i znowu przyszłość wydaje się być bardzo niepewna. Nie wiem ile jeszcze takich małych końców świata będziemy musieli przeżyć. Jedyne co wiadomo, to że, bez względu na wszystko, jesteśmy w miłujących rękach Boga.

W moim tegorocznym Adwencie póki co odnajduję zdecydowanie więcej ciemności niż światła. Może dzięki temu doświadczenie Izraela oczekującego na Mesjasza stanie mi się nieco bliższe. Kiedy w życie wkrada się brak sił i nadziei, tęsknota staje się naturalna. Chce się wtedy wołać do Boga, żeby w końcu nadeszło wybawienie. On zawsze na to wołanie odpowiada, ale prawie zawsze zupełnie inaczej niż moglibyśmy się spodziewać.
Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że Królestwo Boże zdobywają gwałtownicy (βιασται). W Mt 11,12 słowo to pojawia się w kontekście Jana Chrzciciela, który jest największym „między narodzonymi z niewiast”. Ta postać zawsze wydawała mi się ważna, ale jednak jakoś odległa i niezrozumiała. Próbując zrozumieć co mogłoby dla mnie znaczyć bycie gwałtownikiem, zaczęłam szukać innych kontekstów i okazuje się, że słowo βιασται (przynajmniej w tej formie) nie występuje nigdzie indziej w całym Piśmie Świętym. Znalazłam za to inne tłumaczenie na polski: niepowstrzymani.
Ostatnie dni to taki czas, kiedy z zazdrością spoglądam za ocean, co zdarza mi się jednak rzadko. 1 grudnia do kin w USA wszedł świąteczny odcinek The Chosen o tytule „The Messangers”, czyli „Posłańcy”, zapakowany w wielki koncert ewangelizacyjny – Christmas with The Chosen. Sprzedaż biletów w ciągu 24h pobiła wszelkie rekordy sieci kin, która zdecydowała się wyemitować to wydarzenie i seanse przewidziane na 2 dni rozszerzyła do 10. W weekend film znalazł się na pierwszych miejscach rankingów, a o niespodziewanym sukcesie mówią wielkie amerykańskie media. Jest w tym jakaś nutka gwałtowności, która w Boży sposób zmienia świat i sprawia, że Ewangelia dociera do miejsc, gdzie wydawało się, że niewiele jest dla niej miejsca. W Polsce jest to oczywiście nadal serial bardzo niszowy, jednak te liczby robią na mnie wrażenie i dają nadzieję, że grono fanów nad Wisłą też będzie rosło. Nie wiemy jeszcze kiedy cała reszta świata będzie miała możliwość obejrzenia historii Bożego Narodzenia w reżyserii Dallasa Jenkinsa, ale domyślacie się na pewno, że oczekuję z wielką niecierpliwością!
Jednym z ważniejszych fragmentów Ewangelii jest dla mnie namaszczenie w Betanii. Maria rozbija flakonik z drogocennym olejkiem nardowym, którego woń wypełnia cały dom. Ten zapach towarzyszy mi co roku w wielkim tygodniu, bo pewien kreatywny franciszkański duszpasterz z Poznania postanowił kiedyś podarować wszystkim uczestnikom Akademickich Gorzkich Żali maleńką fiolkę prawdziwego nardu i od tego czasu zawsze uroczyście otwieram ją w Wielki Poniedziałek. Ta scena była też przedmiotem mojej kontemplacji na tegorocznych rekolekcjach i uświadomiła mi jak bardzo w ostatnim czasie skupiłam się na trosce o flakonik, a nie o cenny olejek w środku. Zapragnęłam wtedy, by doświadczenie paschalnej woni rozlało się na większą część mojego życia.
Najnowsze komentarze