Blog Ewy Bartosiewicz

Autor: Ewa Bartosiewicz (Page 2 of 5)

Wszyscy jesteśmy winni? Droga Krzyżowa ulicami Ukrainy

Nasza tegoroczna Droga Krzyżowa nie zaczęła się w Środę Popielcową ani w pierwszy piątek Wielkiego Postu, ale (o ironio!) w tłusty czwartek. Stacja I – skazanie na śmierć (Charków)… Stacja III – pierwszy upadek (Kijów)… Stacja IV – spotkanie z Matką (Mariupol)… Stacja VI – otarcie twarzy przez Weronikę (Przemyśl)… Stacja XI – przybicie do krzyża (Bucza)… Stacja XII – śmierć na krzyżu (Kramatorsk)…  Wiemy dobrze, że niestety to nie koniec tej drogi. Ona trwa i pochłania kolejne życia i nie wiemy ile kolejnych stacji przyjdzie nam przejść. Mamy niewielki wpływ na przebieg tej wojny, choć jestem przekonana, że nasze małe gesty solidarności i pomocy też mają wielkie znaczenie. To jednak, co wydaje się najważniejsze, to w jaki sposób te wydarzenia nas poruszą i przemienią.

Kolejne słowa papieża Franciszka wypowiedziane w przelocie (dosłownie!) znowu wywołały burzę w internecie. Jak można mówić, że wszyscy jesteśmy winni, skoro sprawa jest tak prosta, a winnych już dawno wskazał cały świat? Czy papieżowi chodziło o to, że Ukraińcy sprowokowali agresję, a z politycznej poprawności nie wypada wskazywać agresora. Jestem przekonana, że tu chodziło o zupełnie coś innego. Nie można tego zdania rozumieć w oderwaniu od faktu, że papież jako Głowa Kościoła przede wszystkim wypowiada się w porządku duchowym, metafizycznym, a nie w porządku prawnym czy politycznym. Wydaje mi się, że nie da się tego zrozumieć bez perspektywy męki, krzyża i śmierci Jezusa. To ona sprawia, że rzeczywistość staje się dla nas zaproszeniem do wewnętrznej przemiany, bez względu na to w jaki sposób ją oceniamy.

Można iść na nabożeństwo Drogi Krzyżowej z postawą: „Ja nie zabiłam Jezusa”. Przecież dobrze znam sprawców – Piłat, Kajfasz, Herod, Judasz, jeszcze kilku mogę nazwać z imienia. Poza tym tłum zebrany na dziedzińcu w Jerozolimie ponad 2000 lat temu, jacyś faryzeusze. Ja, urodzona w XXI wieku naprawdę nie miałam z tym nic wspólnego. A jednak rozważanie Drogi Krzyżowej z tej perspektywy nie miałoby najmniejszego sensu. To co przemienia, to zauważenie, że we mnie też jest coś z cynizmu Heroda, lęków Piłata, rozczarowań Judasz i kalkulacji Kajfasza. Moje codzienne decyzje mogą uzdrawiać mocą Jezusa, ale równocześnie Jezusa obecnego w bliźnim krzyżować słowem, czynem, obojętnością. Dlatego „wszyscy jesteśmy winni”, bo w każdym z nas jest trochę Putina, kiedy patrzymy z wyższością, kiedy rządzi nami chciwość, kiedy nasze cele realizujemy nie licząc się z innymi. Jasne , że skala inna. I wina zapewne też inna. Pychą jest jednak wydawanie wyroków, które do nas nie należą. Ostatecznie ważne będzie to na ile zło, jakie się dzieje zostanie przemienione w naszym sercu w łaskę i nasze osobiste nawrócenie.

Jutro zaczynamy Wielki Tydzień. Pewnie będziemy mieć przed oczami te same zdjęcia z mediów…. Warto ten czas przeżyć z Maryją – Matką schodzących do schronu, Królową zburzonych cerkwi, Panią drżących ze strachu i zimna…   Nie wolno nam jednak zapomnieć, że końcem nie jest śmierć, ale zmartwychwstanie. Życie zwycięży.   

 

Codziennie od nowa

Myśląc o kobiecie z dzisiejszej Ewangelii, łatwo mi sobie wyobrazić jak niesamowita zmiana musiała się w niej dokonać po tym, co wydarzyło się w świątyni, Kiedy została tam siłą zaprowadzona, z pewnością była przygotowana na śmierć. Nie mamy pojęcia co dokładnie wydarzyło się wcześniej i czy w sercu uznawała, że ukamienowanie jest słuszną karą za życie, które prowadziła, czy też wręcz przeciwnie, jakieś niezwykle trudne okoliczności wrzuciły ją w sytuację, w której się znalazła. Ewangelia nie mówi nam nic o tym czy żałowała swoich czynów, a Jezus wydaje się nie być tym zupełnie zainteresowany. Przeszłość traci swoją moc wobec tego, co Bóg może zrobić z przyszłością.

Ta konkretna kobieta w ciągu chwili przeszła od zagrożenia życia do pełnej wolności, również duchowej. Zwrot o 180 stopni. To z pewnością było doświadczenie tak silne, że pamiętała o nim każdego dnia. Ciekawa jestem czy w tej perspektywie zalecenie: „idź i nie grzesz więcej” wydawało jej się całkiem łatwym zadaniem. Przecież jak ktoś otarł się o śmierć, to zastanowi się pięćset razy zanim postawi się znowu w sytuacji zagrożenia. A jednak każdy z nas popełnia ciągle te same błędy, jakby nie pamiętając tych wielu sytuacji, kiedy Bóg nas wyratował z pułapek, które sami na siebie zastawiliśmy.  Człowiek ma tendencje do amnezji, ale Bóg też nie jest pamiętliwy – codziennie daje nam nową szansę i konsekwentnie uznaje za zamknięte to co wyznaliśmy w konfesjonale. Słyszałam kiedyś barwną metaforę mówiącą, że nasze grzechy lądują w głębokim jeziorze z tabliczką „nie łowić”. Bóg nie łowi, to my też tego nie róbmy.

Z drugiej strony to nasze zaczynanie od nowa przecież nie oznacza startu od zera. Nasza przeszłość nie znika, ale staje się ważnym budulcem naszej tożsamości i uczy coraz mądrzej wybierać. Jeśli tylko jest w naszym sercu pragnienie dobra, to nawet jeśli wydaje nam się, że kręcimy się w kółko, to ostatecznie jest to zawsze spirala, która przybliża nas do Boga. Czasem warto spojrzeć wstecz i docenić jak długą drogę każdy z nas przebył, by znaleźć się tu gdzie jesteśmy. Pięknie opisuje tę rzeczywistość Charlie Mackesy w ilustrowanej książce o tytule „Chłopiec, kret, lis i koń”. Sama dostałam ją w oryginale od bliskiej osoby z UK w ekstremalnie trudnym dla mnie czasie i pomogła mi zobaczyć, że trudności czy grzechy są do pokonania, a im trudniej, tym większe zwycięstwo.

W ostatnich tygodniach wojna przypomniała nam, że życie jest kruche. Gromadzone skrzętnie dobra materialne, bliskie osoby, kariera, zdrowie… wszystko to z dnia na dzień może bezpowrotnie znaleźć się pod jakimiś gruzami, a my zostaniemy z pustymi rękoma. Nie chodzi jednak o to, żeby żyć w lęku przed utratą tego co mamy, ale wręcz przeciwnie, by każdego dnia patrzeć z wdzięcznością na tak wiele drobiazgów, które znowu zostały nam dane, a przecież wcale nie musiały. Warto się zastanowić na ile dzisiaj zainwestowaliśmy w to co wieczne i metafizyczne, w to czego nikt i nic nie może nam odebrać,  czego „ani mól, ani rdza nie zniszczą”. Jak mówi moja ulubiona modlitwa: „Panie, daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę, albowiem to mi wystarczy.” 

Zbaw nas, Panie, od nienawiści

Dwudziesty czwarty dzień Wielkiego Postu. Trzydziesty dzień wojny. Zwiastowanie Maryi.

Z każdym dniem, w którym zaraz za naszym płotem umierają niewinni ludzie, a miasta zrównywane są z ziemią, staje się dniem walki o miłość w sercu. O to, by patrząc na to, wciąż błogosławić, a nie złorzeczyć; by kochać, a nie nienawidzić; by zwyciężył szacunek, a nie pogarda. Ostatnio coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że łatwo wybaczać zmarłym dyktatorom i równie łatwo żyjącym życzyć śmierci. Dlatego potrzeba dużo łaski żeby zobaczyć jaka jest w tym wszystkim perspektywa Boża. Nic lepiej niż dzisiejsze święto nie obrazuje tego, jaka jest Jego odpowiedź na okrucieństwo, niesprawiedliwość i przemoc. Jego odpowiedzią jest wcielenie. Jego odpowiedzią jest umrzeć za każdego bez wyjątku. 

Nie jestem wielką fanką „zawierzeń”, ale dzisiejszy akt papieża przypomniał mi o tym, że wiara polega dzisiaj na nie utraceniu nadziei, że każdy może się nawrócić i wybrać dobro. Każdy, czyli przede wszystkim ja. Jeśli ocalę moje serce od nienawiści i pogardy, a skupię się na tym, by kochać tych, których Bóg postawił na mojej drodze, to świat będzie o tyle właśnie piękniejszy. I to jest bardzo dobra nowina.

Patrzę dzisiaj na tę odważną młodą dziewczynę, która miała wszelkie prawo czuć się zagubiona i zdezorientowana, a jednak wybrała pójście w ciemno za szalonym Bożym planem. Mogła bać się niewiadomej przyszłości i całkiem prawdopodobnego ukamienowania, a jednak zdecydowała się zaufać. W każdym z nas też toczy się walka – czasem o wielkie życiowe decyzje, a czasem o zwykłe codzienne postawy wobec tego, co przeczytamy w nagłówkach serwisów informacyjnych.

Chroń nas, Panie, od pogardy. Przed nienawiścią strzeż nas, Boże.

Obraz zwiastowania by Mateusz Orłowski SJ. Zachwycający! Nieprawdaż?

Rzeź niewiniątek

Osiemnasty dzień Wielkiego Postu. Dwudziesty czwarty dzień wojny. Uroczystość św. Józefa.

Dzisiaj na wykładzie z filozofii Gottfried Leibniz i jego słynne zdanie, że „żyjemy w najlepszym z możliwych światów”, bo Bóg mógł stworzyć tylko coś najdoskonalszego. Czemu więc nie zlikwidował zła i cierpienia? Bo wraz z nimi ze świata musiałoby zniknąć również jakieś dobro i bilans ostatecznie okazałby się mniej doskonały. Wolna wola kosztuje nas wiele błędnych wyborów, ale jej brak byłby jednocześnie pozbawieniem nas miłości. Czy zatem świat z tą wojną jest lepszym światem niż bez tej wojny? Zdanie to brzmi przerażająco, ale jednak nie mogę powiedzieć, że nic za tym nie przemawia.

Gdyby ktoś powiedział mi miesiąc temu, że Polska przyjmie 2 mln uchodźców, otworzy dla nich swoje domy i ponad podziałami rzuci się do pomocy, to z pewnością bym w to nie uwierzyła. Gdyby ktoś powiedział, że świat choć na chwilę oderwie się od swojego buisiness as usual i stanie w obronie słabszego, to miałabym do tego wiele dystansu. Gdyby ktoś powiedział, że były komik, jako polityk, może stać się wzorem dla światowych przewódców w zaledwie tydzień, pokazując, że prawdziwy lider jest blisko ludzi i nie zostawia ich w potrzebie, miałabym wątpliwości. Ta wojna jest z pewnością jednym z najtragiczniejszych do tej pory wydarzeniem XXI wieku. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20)

Dzisiejszy patron przywołał w mojej głowie inne tragiczne wydarzenia z przeszłości – rzeź niewiniątek. Herod owładnięty rządzą władzy i zazdrością postanowił wymordować wszystkie dzieci do lat dwóch. Bóg z całą pewnością nie chciał śmierci żadnego z nich, a jednak nie powstrzymał tych, którzy udali się, by wykonać okrutny rozkaz. Dzisiaj też nie ma zamiaru w cudowny sposób powstrzymywać bomb Putina, ale możemy być pewni, że bohaterstwo małych Ukraińców nie pozostanie bezowocne, bo obudziło już miliony serc, które gotowe są wyjść ze swoich stref komfortu, by podzielić się miłością. Dwa tysiące lat temu Józef uratował Syna Bożego uciekając w środku nocy do Egiptu i dzięki temu mógł wypełnić się plan zbawienia. Nie wiemy jeszcze jak potoczą się dalsze losy Ukrainy i świata, ale wierzę, że ukraińskie dzieci bawiące się dzisiaj na naszych ulicach mają w sobie coś z małego Jezusa. Obyśmy je przyjęli jak małych Bożych posłańców.

Kobiece oblicze wojny

Słuchając dzisiaj modlitwy Estery z pierwszego czytania miałam przed oczami dzielne ukraińskie kobiety. Te, które wędrują do obcego kraju, żeby ratować przed śmiercią swoje dzieci, ale też te, które idą na front, by walczyć o godną przyszłość dla nich. Moje myśli powędrowały więc od królowej Estery, roztropnie posługującej się dyplomacją, aż do nieustraszonej Judyty, która podstępem ucina głowę Holofernesowi jego własnym mieczem. Obie bohaterki Starego Testamentu nie działały we własnym imieniu, ale wsłuchując się w głos Boga ryzykowały życiem, by uwolnić swój lud. W naturze nie ma większej siły i determinacji niż matka broniąca swoich dzieci. A jeśli dodatkowo wspomaga ją Duch Święty, to mogą dziać się cuda. Nie całkiem chybiona wydaje się więc akcja naszej Pierwszej Damy #RussianWomenStopTheWar”. Obawiam się jednak, że te, które do tej pory próbowały, siedzą już w rosyjskich więzieniach. Czy znajdą się dziś kobiety, których siła i delikatność zwyciężą żądzę władzy i okrucieństwo? Nie wolno nam tracić nadziei.

Minęły zaledwie dwa tygodnie, a wydaje się, że obrona Ukrainy trwa już dużo dłużej. Powraca pytanie o wojnę sprawiedliwą, która już odchodziła do lamusa w imię pacyfistycznej wizji świata, ale którą musieliśmy naprędce zrehabilitować w obliczu inwazji, której (prawie) nikt w XXI w. się nie spodziewał. Za naszym marzeniem „nigdy więcej wojny” nie może stać nadzieja, że Ukraińcy przestaną walczyć i nastanie spokój, bo to przecież oznaczałoby, że silniejszy ma zawsze rację. Jednak to na całej reszcie świata spoczywa obowiązek, by tego słabszego obronić. Bóg najprawdopodobniej nie będzie boską mocą zatrzymywać bomb, ale będzie działać w sercach tych, którzy mają środki i władzę. Ich też w odpowiednim momencie rozliczy z tego czy interesy nie okazały się dla nich ważniejsze.

A my na pewno możemy się dalej modlić o cud. Ja od tygodnia odmawiam Sekwencję do Ducha Świętego, która w nowych okolicznościach nabiera nowych znaczeń. Może i Was zainspiruje:

Przybądź Duchu Święty
Spuść z Niebiosów wzięty
Światła Twego strumień
 
Przyjdź ojcze ubogich
Dawco darów mnogich
Przyjdź światłości sumień
 
O najmilszy z gości
Słodka serc radości
Słodkie orzeźwienie
 
W pracy Tyś ochłodą
W skwarze żywą wodą
W płaczu utulenie
 
Światłości najświętsza
Serc wierzących wnętrza
Poddaj swej potędze
 
Bez Twojego tchnienia
Cóż jest wśród stworzenia
Jeno cierń i nędze
 
Obmyj co nieświęte
Oschłym wlej zachętę
Ulecz serca ranę
 
Nagnij co jest harde
Rozgrzej serca twarde
Prowadź zabłąkane
 
Daj Twoim wierzącym
W Tobie ufającym
Siedmiorakie dary
 
Daj zasługę męstwa
Daj wieniec zwycięstwa
Daj szczęście bez miary

 

 

Mały koniec świata

Dzisiaj rano, otwierając media społecznościowe, przeżyłam szok. Wszystko krzyczało, że wojna się zaczęła, a ja byłam święcie przekonana, że jednak do tego nie dojdzie; że nie dopuścimy do tego; że nikt nie jest na tyle szalony. Okazało się, że bardzo się myliłam. Jest we mnie dziś ogromny smutek, że natura ludzka się nie zmieniła i nadal władza i pieniądze, a nie miłość i współczucie, rządzą naszym światem. To nie znaczy jednak, że musimy się tej logice podporządkować. Na agresję możemy odpowiedzieć gościnnością dla uchodźców. Na kłamstwa propagandy możemy odpowiedzieć prawdą i rzetelnością. Na wojnę możemy odpowiedzieć pokojem w sercu i przede wszystkim zaufaniem, że Bogu się nic nie wymyka, że On jest z tymi, którzy dziś stają się ofiarami czyjejś bardzo źle użytej wolności. Jeśli serce Putina nie jest już zdolne do przyjęcia miłości, to może chociaż przebije się ona do tych, którzy dziś mogą go powstrzymać. Wierzę, że nasza modlitwa i post są dzisiaj potrzebne, konieczne i mają moc zwycięstwa nad złem. Oprócz modlitwy, warto też dać od siebie kilka groszy. Wymienię trzy akcje: PCK, PCPM, Dobra Fabryka.

W moim osobistym życiu dzisiaj mija dokładnie rok od dnia, w którym dowiedziałam się, że moje marzenia, plany i nadzieje jakie miałam w sercu przez ostatnie 10 lat nie będą mogły się zrealizować. Towarzyszyły mi uczucia podobne do tych, które opisuje Natanael w The Chosen (S2E2), kiedy opowiada o końcu swojej kariery architekta. Niby od dawna się coś zapowiadało, a jednak wydawało się to takie nagłe. To była ta sama nagłość, która znowu zaskoczyła mnie dzisiaj rano. Po raz kolejny zakończył się świat, który znam i znowu przyszłość wydaje się być bardzo niepewna. Nie wiem ile jeszcze takich małych końców świata będziemy musieli przeżyć. Jedyne co wiadomo, to że, bez względu na wszystko, jesteśmy w miłujących rękach Boga.

 

 

Błogosławieni żyjący pełnią

Błogosławieństwa zawsze sprawiały mi pewną trudność. Czytając je, miałam wrażenie, że świat jaki rysują jest pełen cierpienia i łez, które zostaną wynagrodzone dopiero po śmierci. Kłóciło się to w mojej głowie z Królestwem, które jest pośród nas, które zaczyna się tu na ziemi. Życie przecież nie polega na tym, żeby zacisnąć zęby i jakoś dotrwać do śmierci, ale żeby żyć pełnią każdego dnia. Dlaczego więc szczęśliwi mają być smutni, prześladowani, ubodzy i cierpiący? Może właśnie dlatego, że prawdziwe życie oznacza znajdowanie się we wszystkich stanach. Czasami będziemy syci, ale biada nam jeśli nie mamy pojęcia co oznacza być głodnym. Czasami będziemy się cieszyć, ale bardzo niedobrze, jeśli nie mielibyśmy nigdy doświadczać smutku. Nasze życie nie powinno być nieustannym cierpieniem, ale jeśli nigdy nie cierpieliśmy, to znaczy, że nie odważyliśmy się naprawdę żyć pełnią. Rzeczywistość składa się ze wszystkich barw i żadnej nie może zabraknąć. W moim pokoju w domu rodzinnym w czasach liceum na ścianach można było znaleźć wiele cytatów. Jednym z nich był ten ks. Jana Twardowskiego: „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze.”

Inną odpowiedzią na to, dlaczego błogosławieństwa wydaję się iść w poprzek naszej ludzkiej intuicji, proponują twórcy The Chosen w ostatnim odcinku drugiego sezonu. Jezus tłumaczy Mateuszowi, że błogosławieństwa są mapą: „Jeśli ktoś chce Mnie znaleźć, to takie są grupy, których powinien szukać”. Jest w tym jakaś głęboka mądrość, bo skoro nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają, to Lekarza znajdziemy przy tych właśnie, którzy są głodni, prześladowani, rozczarowani i porzuceni. To nie znaczy, że nie ma go przy tych sytych, bogatych i radosnych, ale tam Jezusa po prostu trudniej znaleźć, bo tam Go mniej potrzeba. W ujęciu The Chosen widzimy też, że każde błogosławieństwo otrzymuje jakąś „twarz”. To nie są abstrakcyjne hasła, ale prawdziwe życie blisko każdego człowieka. Myślę, że możemy tę Ewangelię zobaczyć jako wyzwanie, by naśladować Jezusa w byciu przy tych, którzy cierpią. Wtedy zaczyna to wszystko mieć sens.  

 

Wielkoduszność we wspólnocie

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zawsze budzi kontrowersje, ale chyba przede wszystkim jednak otwiera w ludziach nieprzebrane pokłady solidarności. Obserwuję jak co roku pojawiają się coraz ciekawsze propozycje tego co można kupić, wspierając szczytny cel, i są to coraz częściej nie tylko materialne przedmioty do wylicytowania, ale też przeróżne inne inicjatywy. Świat się bardzo zmienił od czasu kiedy na jednych z pierwszych finałów stałam z innymi licealistami na mrozie, zbierając do puszek. Już wtedy było to wydarzenie poniekąd wspólnotowe, ale wydaje się, że coraz bardziej dryfuje w tę stronę. I bardzo dobrze! Może w przyszłym roku też coś wystawię, kto wie? 😉

Zachwyt zrywem społecznym i wspólnym budowaniem tego, na czym nam zależy, jest też oczywiście ważną częścią mojej fascynacji serialem The Chosen. Nie tylko tym, że ludzie fizycznie wykładają swoje pieniądze, by serial mógł powstać, ale też to, że zaczynają tworzyć społeczność, która się wspiera, modli się za siebie i inspiruje wzajemnie. Takie działania leżą mi głęboko na sercu, więc ogromną radością jest dla mnie to, że nasza polska grupa fanów rośnie w siłę i że powstają w niej projekty wspólnej modlitwy i dzielenia się jej owocami. O to chodzi w Kościele! 

O takim społecznym wzajemnym wsparciu miałam okazję sobie ostatnio przypomnieć, opowiadając nieco o moich afrykańskich przygodach sprzed 10 lat (jakby kogoś interesowało, to tu jest początek historii). Tam, gdzie są większe potrzeby, tym ważniejsze jest wsparcie rodziny, przyjaciół i społeczeństwa i to jest bardzo odczuwalne we wszystkich krajach trzeciego świata (czy bardziej poprawnie politycznie – globalnego południa). Jestem przekonana, że bardzo wiele mamy się od nich do nauczenia, bo w zachodnim świecie ciągle mamy tendencje do egoistycznego zamykania się w „swoim”.  

Ostatnio wyświetliła mi się taka grafika i bardzo mi się spodobała. „Nigdy nie pozwól sobie na bycie osobą po lewej”. Myślę, że tym, co pozwala wzrastać w wielkoduszności i dawać z siebie więcej niż ustawa przewiduje, wiąże się ściśle z poczuciem bezpieczeństwa we wspólnocie. Mogę podzielić się tym co moje – czy to będą pieniądze, czy czas, czy zaangażowanie – jeśli mam poczucie, że kiedy ja będę potrzebować, to znajdzie się ktoś, kto do mnie też wyciągnie rękę w odpowiednim czasie. Tymczasem brutalna rzeczywistość często uczy nas tego, że jak damy zbyt wiele, to ktoś to tylko cynicznie wykorzysta i – trzymając się analogii – już nigdy nie chwyci za łopatę, bo będzie oczekiwał, że sąsiad zawsze go wyręczy. 

Gdzie jest granica między wielkodusznością a naiwnością? Kiedy pomoc drugiemu jest aktem miłosierdzia, a kiedy zupełnie przestaje być wychowawcze? Nie ma prostych odpowiedzi na te pytania, ale chyba warto zacząć od budowania wokół siebie społeczności, w których oczywiste jest, że po prostu możemy na siebie liczyć. Myślę, że nie tylko mi marzy się taki świat. 

Zwyczajnie niemożliwe

Liturgicznie mamy już trzeci tydzień okresu zwykłego, czyli tego, który ma nam przypominać, że Bóg działa w zwykłej szarej codzienności. Bywa ona pełna poważnych zwrotów akcji – w zeszłym tygodniu odszedł mój ostatni Dziadek. Ufam, że po 92 latach życia ma się teraz dobrze w nowej rzeczywistości, szczególnie że dołączył do Babci, bez której życie było ciężko, i Wujka, który zupełnie niespodziewanie opuścił nas przed Bożym Narodzeniem. Bywają też zwroty trochę mniejsze, jak dzisiejsza decyzja o zdalnych, która wymaga ode mnie nieco przeorganizowania mojego życia. Nie każdy z nas doświadczy tego, co św. Paweł pod Damaszkiem, ale najważniejsze jak zareagujemy na mniejsze i większe przewroty, jakie czekają za kolejnym zakrętem. Ile razy mam okazję podzielić się swoją historią życia, to przypominam sobie ile niesamowitych rzeczy się wydarzyło przez to, że pozwoliłam się zaskoczyć i przyjęłam to, co wydawało się niemożliwe. Do tej refleksji gra mi piosenka Kwiatu Jabłoni   (https://www.youtube.com/watch?v=wj5e-ur03f4):

Niemożliwe nam się dostało
Nie ma powodu do łez
A każdy mówi, że mało
Musisz więcej niż chcesz

Mamy już to, co niemożliwe. Łatwo jednak stracić to z oczu, kiedy zalewamy się łzami z powodu niespełnionych oczekiwań, a chyba jeszcze bardziej kiedy rozglądamy się dookoła, przekonani, że wszyscy inni mają lepiej. Naprawdę za mało? Naprawdę muszę więcej niż chcę? Nie znam lepszego obrazu do tych pytań niż stare dobre onetimeblind. Jak się cieszę, że sobie ich odświeżyłam! Nie znalazłam z polskimi napisami, ale wydaje się, że słowa są zbędne – ostatnie zdanie brzmi: „dopóki nie będziesz potrafiła spojrzeć ponad to, jedyne co zobaczysz, to puszka coli” 😉 

Czasem wydaje się, że spojrzenie ponad codzienną puszką coli jest niezwykle trudne. Szczególnie jeśli na biurku piętrzą się niezałatwione sprawy i wiele rzeczy przytłacza. Większość z nas ma jednak z pewnością doświadczenie, że Jezus się przebija przez tę rutynę i potrafi zaskoczyć nawet tym, na co bezrefleksyjnie spoglądamy każdego dnia. Przychodzi dokładnie tak, by znaleźć drogę do naszego serca i robi to w sposób niesamowity. Działa tak od samego początku powoływania apostołów i chyba to mnie najbardziej pociąga w The Chosen – niemożliwe, a jednak zwyczajne. U Boga jak zwykle nic się nie wyklucza.

p.s. Ostatni komentarz na -> https://www.youtube.com/watch?v=o9jBO2TevZQ 

O takich, co patrzyli w górę

W ostatnim czasie nieprawdopodobnie dużo moich bliższych i dalszych znajomych zaczęło polecać pewien film na Netfixie. W momencie kiedy komentarze zaczęły pojawiać się w większości mediów, a ja już bałam się otworzyć lodówkę, żeby nie zobaczyć tam napisu „Nie patrz w górę”, do filmu odniósł się Włodek i Karol we wczorajszym LSie i pojawiła się tam recenzja Michała Oleszczyka: „To zrodzony z pychy i wyższości film napisany kilofem i wyreżyserowany młotem pneumatycznym”. Po tym już wiedziałam, że jednak muszę obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie.

Jakkolwiek by nie oceniać ideologicznych intencji twórców, wydaje się, że bardzo trafnie zdiagnozowali stan współczesnego społeczeństwa. Patrząc na kolejne przerysowane, groteskowe postawy bohaterów (granych przez najlepszych aktorów świata), wiele razy orientowałam się, że nie tylko są prawdopodobne, ale to się po prostu dzieje na naszych oczach. Myślę, że świat mógłby zareagować dokładnie tak jak w filmie na informację, że niedługo wszyscy zginiemy. Budzi to tęsknotę za tym, żeby jednak wspólne dobro i solidarność potrafiły stanąć ponad polityką i „business as usual”, ale to, że tak nie będzie, nie oznacza, że nic nie da się zrobić. I wcale nie odnoszę tego do katastrofy ekologicznej, ale do naszej zwykłej codzienności, w której często czujemy się bezsilni wobec decyzji podejmowanych gdzieś na górze. Może wystarczy, że każdy z nas kierować się będzie tym, co ma głęboko w sercu?

2000 lat temu pewni mędrcy, których dziś nazwalibyśmy raczej naukowcami, też wypatrzyli na niebie nietypowe zjawisko astronomiczne. Nie mówili o tym w telewizji ani w mediach społecznościowych, ale wyruszyli w drogę zabierając ze sobą mirrę, kadzidło i złoto. W tle też wielka polityka i Herod próbujący utrzymać się przy władzy. Niewiele wiemy o tych, którzy odwiedzili małego Jezusa w Betlejem.  Nie wiemy ilu ich było – mogło być trzech, ale równie dobrze mógł to być sztab ludzi z trzema prezentami. Nie wiemy też skąd dokładnie przybyli, ale wiemy, że nie byli żydami, więc wcale nie oczekiwali na Mesjasza. Dlaczego więc zdecydowali się przejść szmat drogi, żeby spotkać się z noworodkiem w zabitej dechami wiosce na obrzeżach Cesarstwa Rzymskiego? Może kierowała nimi ciekawość, może chęć przygody, a może po prostu mieli głębokie przekonanie w sercu, że właśnie to powinni zrobić. Nie szukali niczego pobożnego, a jednak znaleźli Boga.

Jeśli miałabym wyciągnąć morał z filmu „Nie patrz w górę”, to dla mnie brzmiałby on: „Zrób tyle co możesz i żyj tak jakby dzisiaj miał nadejść koniec świata”. Absolutnie nic odkrywczego, a jednak wciąż żywe i aktualne. Zostały mi w głowie słowa jedynego wierzącego bohatera: „Gdyby Bóg chciał zniszczyć Ziemię, toby ją zniszczył”. Miałby ku temu wiele powodów, ale jednak widocznie nadal daje każdemu z nas czas żeby się nawrócić. Może warto spędzić go z tymi, na których nam zależy i robiąc to, co kochamy? Banał. Chyba jednak prawdziwy.

 

« Older posts Newer posts »

© 2022 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑