Blog Ewy Bartosiewicz

Autor: Ewa Bartosiewicz (Page 8 of 11)

Pojednanie perspektyw

Wczoraj świętowaliśmy wielkiego patrona Polski – Andrzeja Bobolę SJ, niestrudzonego orędownika pojednania, który wyruszał na peryferia w poszukiwaniu zagubionych owiec. Temat jedności jest mi bardzo bliski, chyba szczególnie w czasie kiedy pokój przestał być oczywisty, a podziały wydają się być głębokie jak nigdy. Niedawno miałam okazję przeczytać Adhortację Reconciliatio et paenitentia (kazali na egzamin, ale nie żałuję ;)), w którym padają słynne słowa Jana Pawła II „pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam rozłam”. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dokument wydany rok po moim urodzeniu jest aż nazbyt aktualny i wciąż tak wiele jest do zrobienia w kwestii pojednania na tak wielu płaszczyznach. 

W ostatnich dniach nie myślę jednak o podziałach między nami, o tworzonych kastach i klanach, o wzajemnej wrogości i nierozumieniu. Myślę raczej o tym jak bardzo sama w sobie potrzebuję pojednania. Łapię się na tym, że cieszę się jakąś małą codzienną rzeczą i nagle orientuję się, że przecież jest wojna tuż za naszą granicą, że giną ludzie, że jest mega inflacja, że przyszłość niepewna, że brak jasnego planu…  i w jednej chwili pozwalam sobie odebrać radość i spokój, bo spojrzałam z nieco innej strony. Dzieje się jednak też proces odwrotny – zamartwiam się, że tyle jeszcze niezałatwionych spraw, znowu o czymś zapomniałam, brakuje ocen w dzienniku, a kosztorys na wycieczkę nie gotowy… i nagle doznaję małego oświecenia, w którym orientuję się, że przecież świat już został zbawiony, że jestem wystarczająca, że wszystko ułoży się jak zawsze. Świat jest pełen kontrastów i wszystkie te perspektywy są prawdziwe. Żadnej nie wolno mi pominąć, bo to oznaczałoby trwanie w jakiejś iluzji. Co jednak ważne, to ode mnie zależy, czy skupię się na tej, która daje życie, czy tej, która je odbiera. 

Bóg sprawia, że wszystkie pozornie sprzeczne perspektywy, tworzą ostatecznie jeden obraz, który kiedyś okaże się mieć sens i ułoży się jak piękne dzieło z małych różnorodnych puzzli. To co my dziś możemy zrobić, to nie zagubić się w zbyt wielu szczegółach (które warto potraktować brzytwą Ockhama ;)), ale też nie utonąć w bezkresie wielkiej polityki, teologii i socjologii. Pewnie złotym środkiem będzie zwyczajne bycie w pełni tu i teraz. Banalne, a tak niesamowicie trudne do wykonania.

W nabraniu odpowiedniej perspektywy mogą też pomóc rekolekcje, a szczególnie rekolekcje fotograficzne! 😉 Więcej info i zapisy na: https://eccc.pl/programy-i-zapisy/rekolekcje/rekolekcje-fotograficzne. A jeśli ktoś jeszcze nie wie, że organizujemy fantastyczny weekend z serialem The Chosen, to już ostatnia szansa żeby zdobyć jakieś miejsca 🙂 Zapisy tutaj: https://eccc.pl/programy-i-zapisy/rekolekcje/uczniowie-jezusa-skupienie-z-the-chosen  

Szczęście w czasach niemocy

Dzisiaj matura z polskiego. Moi wspaniali maturzyści zmierzyli się m.in. z tematem szczęścia. Chyba bardziej uniwersalnego tematu nie dało się wymyślić, bo ten od tysiącleci zaprząta głowę filozofom. Każdy chciałby być szczęśliwy, ale recept na osiągnięcie tego celu wydaje się być więcej niż ludzi na ziemi i to w dodatku tak bardzo sprzecznych ze sobą, że pojawia się pytanie czy w ogóle to możliwe. Tematy maturalne powstały na wiele miesięcy przed inwazją na Ukrainę, a przecież zupełnie zmienia się perspektywa poszukiwania szczęścia na myśl o wojnie i ludziach, dla których największym sukcesem jest przeżyć kolejny dzień i ochronić przed śmiercią swoje dzieci.

Czy maturzyści mieli to dziś w głowie, siadając do egzaminu? Ciekawa jestem co napisali i czy zostanie to z nimi na dłużej, jak ze mną wiersz Miłosza. Jego interpretacja została co prawda oceniona tylko na 4, ale za to wielokrotnie był dla mnie inspiracją przy wielu wygłoszonych konferencjach.

Wysłuchaj mnie Panie, bo jestem grzesznikiem, a to znaczy, że nie mam nic
prócz modlitwy.
Uchroń mnie od dnia oschłości i niemocy.
Kiedy ani lot jaskółki, ani piwonie, żonkile i irysy na rynku kwiatowym nie będą
dla mnie znakiem Twojej chwały.
Kiedy otoczą mnie szydercy, a ja przeciw ich argumentom nie potrafię
przypomnieć sobie żadnego Twego cudu.
Kiedy wydam się sobie oszustem i szalbierzem, ponieważ biorę udział
w religijnych obrzędach.
Kiedy Ciebie oskarżę o ustanowienie powszechnego prawa śmierci.
Kiedy już gotów będę pokłonić się przed nicością i życie na ziemi nazwać
diabelskim wodewilem.

Kiedy patrzę na świat dokładnie 20 lat po swojej maturze, to pewne obawy Miłosza nieco mi towarzyszą. Czy ja nie zapomnę o cudach jakie się dzieją, wpatrując się za bardzo w trudną rzeczywistość? Czy nie wpadnę w oschłość i niemoc, nie rozumiejąc mojego papieża? Czy ostatecznie nie oskarżę Boga o to, że może za dużo dał nam tej wolności? Modlę się dziś o to, by spojrzenie przez Serce Boga ciągle naprawiało ten zniszczony świat i budowało życie oparte na jedynym co ostatecznie może dać nam szczęście – miłości. Tego życzę dziś i sobie i maturzystom.

Mają oczy, a nie widzą

Alleluja! Chrystus zmartwychwstał! Dla chrześcijan to równie pewne, co nieprawdopodobne, bo przecież jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, to próżna jest nasza wiara. Tym, co najbardziej wydaje mi się przemawiać za prawdziwością ewangelicznych przekazów, nie są wcale opisy Jezusa przenikającego przez ściany czy opuszczającego niepostrzeżenie grób, ale fakt, że wszystkie historie spotkań z Nim mają jeden wspólny mianownik – nikt Go nie rozpoznaje. Jak można było swojego Mistrza i Pana, z którym przez trzy lata dzień w dzień spędzało się długie godziny, pomylić z ogrodnikiem, czy przygodnym wędrowcą? Jak można było nie rozpoznać Jezusa, opowiadającego o wszystkim co w Piśmie odnosiło się do Niego albo wydającego Piotrowi dokładnie to samo polecenie, które trzy lata wcześniej stało u początku jego powołania? To musiało się wydarzyć naprawdę, bo nikt by czegoś tak absurdalnego nie wymyślił! Widzieli przed sobą żywego Jezusa i Go nie rozpoznawali.

Tomasz powiedział, że nie uwierzy dopóki nie zobaczy, ale przecież okazuje się, że zobaczenie też nie wystarczy. Można przecież patrzeć i nie widzieć. Przypomniał mi o tym dzisiejszy wykład z filozofii Boga, na którym omawialiśmy Johna Hicka: „Człowiek religijny i ateista żyją w tym samym świecie, zaś w innym sensie żyją oni świadomie w dwóch odmiennych światach. (…) Świat ma dla każdego z nich odmienną naturę i jakość, odmienne znaczenie i sens, albowiem jeden z nich doświadcza życia jako ciągłej interakcji z transcendentnym Bogiem, drugi natomiast tak go nie doświadcza”. Patrzymy na to samo, a widzimy zupełnie co innego. Spotkania ze Zmartwychwstałym przypominają nam nieustającą prawdę z Małego Księcia, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, a dobrze widzi się tylko sercem”. 

W Wielki Piątek modliłam się drogą krzyżową (by Dominik Dubiel), której ostatnia stacja nauczyła mnie patrzeć sercem na pusty grób:

Bóg w grobie. Wielki Milczący. To jedno z doświadczeń, z którymi mierzy się w swoim życiu każdy chrześcijanin. Owo doświadczenie Boga w grobie płynnie przechodzi w doświadczenie pustego grobu. Naszą pierwszą (i zrozumiałą) reakcją jest poczucie bycia opuszczonym przez Boga. Ale wtedy warto wczytać się Ewangelię opisującą doświadczenie uczniów, którzy zetknęli się z pustym grobem. W pierwszym momencie nic im to nie mówi. Widzą tylko pustkę w miejscu, gdzie spodziewali się spotkać Jezusa. Dopiero z czasem orientują się, że milczenie grobu wcale nie oznacza nieobecności. Bynajmniej! Doświadczenie pustki jest znakiem zmartwychwstania.

Pustka nie oznacza, że Boga nie ma, ale oznacza, że NIE MA GO TU, bo wstał jak zapowiedział! Ile to razy doświadczając pustki, nie uświadamiałam sobie, że to już zmartwychwstanie.  Nie ma Go, bo JEST jeszcze bardziej.

p.s. Tekst z dedykacją dla Reni, która nie mogła doczekać się wpisu o zmartwychwstaniu 😉 

Wszyscy jesteśmy winni? Droga Krzyżowa ulicami Ukrainy

Nasza tegoroczna Droga Krzyżowa nie zaczęła się w Środę Popielcową ani w pierwszy piątek Wielkiego Postu, ale (o ironio!) w tłusty czwartek. Stacja I – skazanie na śmierć (Charków)… Stacja III – pierwszy upadek (Kijów)… Stacja IV – spotkanie z Matką (Mariupol)… Stacja VI – otarcie twarzy przez Weronikę (Przemyśl)… Stacja XI – przybicie do krzyża (Bucza)… Stacja XII – śmierć na krzyżu (Kramatorsk)…  Wiemy dobrze, że niestety to nie koniec tej drogi. Ona trwa i pochłania kolejne życia i nie wiemy ile kolejnych stacji przyjdzie nam przejść. Mamy niewielki wpływ na przebieg tej wojny, choć jestem przekonana, że nasze małe gesty solidarności i pomocy też mają wielkie znaczenie. To jednak, co wydaje się najważniejsze, to w jaki sposób te wydarzenia nas poruszą i przemienią.

Kolejne słowa papieża Franciszka wypowiedziane w przelocie (dosłownie!) znowu wywołały burzę w internecie. Jak można mówić, że wszyscy jesteśmy winni, skoro sprawa jest tak prosta, a winnych już dawno wskazał cały świat? Czy papieżowi chodziło o to, że Ukraińcy sprowokowali agresję, a z politycznej poprawności nie wypada wskazywać agresora. Jestem przekonana, że tu chodziło o zupełnie coś innego. Nie można tego zdania rozumieć w oderwaniu od faktu, że papież jako Głowa Kościoła przede wszystkim wypowiada się w porządku duchowym, metafizycznym, a nie w porządku prawnym czy politycznym. Wydaje mi się, że nie da się tego zrozumieć bez perspektywy męki, krzyża i śmierci Jezusa. To ona sprawia, że rzeczywistość staje się dla nas zaproszeniem do wewnętrznej przemiany, bez względu na to w jaki sposób ją oceniamy.

Można iść na nabożeństwo Drogi Krzyżowej z postawą: „Ja nie zabiłam Jezusa”. Przecież dobrze znam sprawców – Piłat, Kajfasz, Herod, Judasz, jeszcze kilku mogę nazwać z imienia. Poza tym tłum zebrany na dziedzińcu w Jerozolimie ponad 2000 lat temu, jacyś faryzeusze. Ja, urodzona w XXI wieku naprawdę nie miałam z tym nic wspólnego. A jednak rozważanie Drogi Krzyżowej z tej perspektywy nie miałoby najmniejszego sensu. To co przemienia, to zauważenie, że we mnie też jest coś z cynizmu Heroda, lęków Piłata, rozczarowań Judasz i kalkulacji Kajfasza. Moje codzienne decyzje mogą uzdrawiać mocą Jezusa, ale równocześnie Jezusa obecnego w bliźnim krzyżować słowem, czynem, obojętnością. Dlatego „wszyscy jesteśmy winni”, bo w każdym z nas jest trochę Putina, kiedy patrzymy z wyższością, kiedy rządzi nami chciwość, kiedy nasze cele realizujemy nie licząc się z innymi. Jasne , że skala inna. I wina zapewne też inna. Pychą jest jednak wydawanie wyroków, które do nas nie należą. Ostatecznie ważne będzie to na ile zło, jakie się dzieje zostanie przemienione w naszym sercu w łaskę i nasze osobiste nawrócenie.

Jutro zaczynamy Wielki Tydzień. Pewnie będziemy mieć przed oczami te same zdjęcia z mediów…. Warto ten czas przeżyć z Maryją – Matką schodzących do schronu, Królową zburzonych cerkwi, Panią drżących ze strachu i zimna…   Nie wolno nam jednak zapomnieć, że końcem nie jest śmierć, ale zmartwychwstanie. Życie zwycięży.   

 

Codziennie od nowa

Myśląc o kobiecie z dzisiejszej Ewangelii, łatwo mi sobie wyobrazić jak niesamowita zmiana musiała się w niej dokonać po tym, co wydarzyło się w świątyni, Kiedy została tam siłą zaprowadzona, z pewnością była przygotowana na śmierć. Nie mamy pojęcia co dokładnie wydarzyło się wcześniej i czy w sercu uznawała, że ukamienowanie jest słuszną karą za życie, które prowadziła, czy też wręcz przeciwnie, jakieś niezwykle trudne okoliczności wrzuciły ją w sytuację, w której się znalazła. Ewangelia nie mówi nam nic o tym czy żałowała swoich czynów, a Jezus wydaje się nie być tym zupełnie zainteresowany. Przeszłość traci swoją moc wobec tego, co Bóg może zrobić z przyszłością.

Ta konkretna kobieta w ciągu chwili przeszła od zagrożenia życia do pełnej wolności, również duchowej. Zwrot o 180 stopni. To z pewnością było doświadczenie tak silne, że pamiętała o nim każdego dnia. Ciekawa jestem czy w tej perspektywie zalecenie: „idź i nie grzesz więcej” wydawało jej się całkiem łatwym zadaniem. Przecież jak ktoś otarł się o śmierć, to zastanowi się pięćset razy zanim postawi się znowu w sytuacji zagrożenia. A jednak każdy z nas popełnia ciągle te same błędy, jakby nie pamiętając tych wielu sytuacji, kiedy Bóg nas wyratował z pułapek, które sami na siebie zastawiliśmy.  Człowiek ma tendencje do amnezji, ale Bóg też nie jest pamiętliwy – codziennie daje nam nową szansę i konsekwentnie uznaje za zamknięte to co wyznaliśmy w konfesjonale. Słyszałam kiedyś barwną metaforę mówiącą, że nasze grzechy lądują w głębokim jeziorze z tabliczką „nie łowić”. Bóg nie łowi, to my też tego nie róbmy.

Z drugiej strony to nasze zaczynanie od nowa przecież nie oznacza startu od zera. Nasza przeszłość nie znika, ale staje się ważnym budulcem naszej tożsamości i uczy coraz mądrzej wybierać. Jeśli tylko jest w naszym sercu pragnienie dobra, to nawet jeśli wydaje nam się, że kręcimy się w kółko, to ostatecznie jest to zawsze spirala, która przybliża nas do Boga. Czasem warto spojrzeć wstecz i docenić jak długą drogę każdy z nas przebył, by znaleźć się tu gdzie jesteśmy. Pięknie opisuje tę rzeczywistość Charlie Mackesy w ilustrowanej książce o tytule „Chłopiec, kret, lis i koń”. Sama dostałam ją w oryginale od bliskiej osoby z UK w ekstremalnie trudnym dla mnie czasie i pomogła mi zobaczyć, że trudności czy grzechy są do pokonania, a im trudniej, tym większe zwycięstwo.

W ostatnich tygodniach wojna przypomniała nam, że życie jest kruche. Gromadzone skrzętnie dobra materialne, bliskie osoby, kariera, zdrowie… wszystko to z dnia na dzień może bezpowrotnie znaleźć się pod jakimiś gruzami, a my zostaniemy z pustymi rękoma. Nie chodzi jednak o to, żeby żyć w lęku przed utratą tego co mamy, ale wręcz przeciwnie, by każdego dnia patrzeć z wdzięcznością na tak wiele drobiazgów, które znowu zostały nam dane, a przecież wcale nie musiały. Warto się zastanowić na ile dzisiaj zainwestowaliśmy w to co wieczne i metafizyczne, w to czego nikt i nic nie może nam odebrać,  czego „ani mól, ani rdza nie zniszczą”. Jak mówi moja ulubiona modlitwa: „Panie, daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę, albowiem to mi wystarczy.” 

Zbaw nas, Panie, od nienawiści

Dwudziesty czwarty dzień Wielkiego Postu. Trzydziesty dzień wojny. Zwiastowanie Maryi.

Z każdym dniem, w którym zaraz za naszym płotem umierają niewinni ludzie, a miasta zrównywane są z ziemią, staje się dniem walki o miłość w sercu. O to, by patrząc na to, wciąż błogosławić, a nie złorzeczyć; by kochać, a nie nienawidzić; by zwyciężył szacunek, a nie pogarda. Ostatnio coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że łatwo wybaczać zmarłym dyktatorom i równie łatwo żyjącym życzyć śmierci. Dlatego potrzeba dużo łaski żeby zobaczyć jaka jest w tym wszystkim perspektywa Boża. Nic lepiej niż dzisiejsze święto nie obrazuje tego, jaka jest Jego odpowiedź na okrucieństwo, niesprawiedliwość i przemoc. Jego odpowiedzią jest wcielenie. Jego odpowiedzią jest umrzeć za każdego bez wyjątku. 

Nie jestem wielką fanką „zawierzeń”, ale dzisiejszy akt papieża przypomniał mi o tym, że wiara polega dzisiaj na nie utraceniu nadziei, że każdy może się nawrócić i wybrać dobro. Każdy, czyli przede wszystkim ja. Jeśli ocalę moje serce od nienawiści i pogardy, a skupię się na tym, by kochać tych, których Bóg postawił na mojej drodze, to świat będzie o tyle właśnie piękniejszy. I to jest bardzo dobra nowina.

Patrzę dzisiaj na tę odważną młodą dziewczynę, która miała wszelkie prawo czuć się zagubiona i zdezorientowana, a jednak wybrała pójście w ciemno za szalonym Bożym planem. Mogła bać się niewiadomej przyszłości i całkiem prawdopodobnego ukamienowania, a jednak zdecydowała się zaufać. W każdym z nas też toczy się walka – czasem o wielkie życiowe decyzje, a czasem o zwykłe codzienne postawy wobec tego, co przeczytamy w nagłówkach serwisów informacyjnych.

Chroń nas, Panie, od pogardy. Przed nienawiścią strzeż nas, Boże.

Obraz zwiastowania by Mateusz Orłowski SJ. Zachwycający! Nieprawdaż?

Rzeź niewiniątek

Osiemnasty dzień Wielkiego Postu. Dwudziesty czwarty dzień wojny. Uroczystość św. Józefa.

Dzisiaj na wykładzie z filozofii Gottfried Leibniz i jego słynne zdanie, że „żyjemy w najlepszym z możliwych światów”, bo Bóg mógł stworzyć tylko coś najdoskonalszego. Czemu więc nie zlikwidował zła i cierpienia? Bo wraz z nimi ze świata musiałoby zniknąć również jakieś dobro i bilans ostatecznie okazałby się mniej doskonały. Wolna wola kosztuje nas wiele błędnych wyborów, ale jej brak byłby jednocześnie pozbawieniem nas miłości. Czy zatem świat z tą wojną jest lepszym światem niż bez tej wojny? Zdanie to brzmi przerażająco, ale jednak nie mogę powiedzieć, że nic za tym nie przemawia.

Gdyby ktoś powiedział mi miesiąc temu, że Polska przyjmie 2 mln uchodźców, otworzy dla nich swoje domy i ponad podziałami rzuci się do pomocy, to z pewnością bym w to nie uwierzyła. Gdyby ktoś powiedział, że świat choć na chwilę oderwie się od swojego buisiness as usual i stanie w obronie słabszego, to miałabym do tego wiele dystansu. Gdyby ktoś powiedział, że były komik, jako polityk, może stać się wzorem dla światowych przewódców w zaledwie tydzień, pokazując, że prawdziwy lider jest blisko ludzi i nie zostawia ich w potrzebie, miałabym wątpliwości. Ta wojna jest z pewnością jednym z najtragiczniejszych do tej pory wydarzeniem XXI wieku. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20)

Dzisiejszy patron przywołał w mojej głowie inne tragiczne wydarzenia z przeszłości – rzeź niewiniątek. Herod owładnięty rządzą władzy i zazdrością postanowił wymordować wszystkie dzieci do lat dwóch. Bóg z całą pewnością nie chciał śmierci żadnego z nich, a jednak nie powstrzymał tych, którzy udali się, by wykonać okrutny rozkaz. Dzisiaj też nie ma zamiaru w cudowny sposób powstrzymywać bomb Putina, ale możemy być pewni, że bohaterstwo małych Ukraińców nie pozostanie bezowocne, bo obudziło już miliony serc, które gotowe są wyjść ze swoich stref komfortu, by podzielić się miłością. Dwa tysiące lat temu Józef uratował Syna Bożego uciekając w środku nocy do Egiptu i dzięki temu mógł wypełnić się plan zbawienia. Nie wiemy jeszcze jak potoczą się dalsze losy Ukrainy i świata, ale wierzę, że ukraińskie dzieci bawiące się dzisiaj na naszych ulicach mają w sobie coś z małego Jezusa. Obyśmy je przyjęli jak małych Bożych posłańców.

Kobiece oblicze wojny

Słuchając dzisiaj modlitwy Estery z pierwszego czytania miałam przed oczami dzielne ukraińskie kobiety. Te, które wędrują do obcego kraju, żeby ratować przed śmiercią swoje dzieci, ale też te, które idą na front, by walczyć o godną przyszłość dla nich. Moje myśli powędrowały więc od królowej Estery, roztropnie posługującej się dyplomacją, aż do nieustraszonej Judyty, która podstępem ucina głowę Holofernesowi jego własnym mieczem. Obie bohaterki Starego Testamentu nie działały we własnym imieniu, ale wsłuchując się w głos Boga ryzykowały życiem, by uwolnić swój lud. W naturze nie ma większej siły i determinacji niż matka broniąca swoich dzieci. A jeśli dodatkowo wspomaga ją Duch Święty, to mogą dziać się cuda. Nie całkiem chybiona wydaje się więc akcja naszej Pierwszej Damy #RussianWomenStopTheWar”. Obawiam się jednak, że te, które do tej pory próbowały, siedzą już w rosyjskich więzieniach. Czy znajdą się dziś kobiety, których siła i delikatność zwyciężą żądzę władzy i okrucieństwo? Nie wolno nam tracić nadziei.

Minęły zaledwie dwa tygodnie, a wydaje się, że obrona Ukrainy trwa już dużo dłużej. Powraca pytanie o wojnę sprawiedliwą, która już odchodziła do lamusa w imię pacyfistycznej wizji świata, ale którą musieliśmy naprędce zrehabilitować w obliczu inwazji, której (prawie) nikt w XXI w. się nie spodziewał. Za naszym marzeniem „nigdy więcej wojny” nie może stać nadzieja, że Ukraińcy przestaną walczyć i nastanie spokój, bo to przecież oznaczałoby, że silniejszy ma zawsze rację. Jednak to na całej reszcie świata spoczywa obowiązek, by tego słabszego obronić. Bóg najprawdopodobniej nie będzie boską mocą zatrzymywać bomb, ale będzie działać w sercach tych, którzy mają środki i władzę. Ich też w odpowiednim momencie rozliczy z tego czy interesy nie okazały się dla nich ważniejsze.

A my na pewno możemy się dalej modlić o cud. Ja od tygodnia odmawiam Sekwencję do Ducha Świętego, która w nowych okolicznościach nabiera nowych znaczeń. Może i Was zainspiruje:

Przybądź Duchu Święty
Spuść z Niebiosów wzięty
Światła Twego strumień
 
Przyjdź ojcze ubogich
Dawco darów mnogich
Przyjdź światłości sumień
 
O najmilszy z gości
Słodka serc radości
Słodkie orzeźwienie
 
W pracy Tyś ochłodą
W skwarze żywą wodą
W płaczu utulenie
 
Światłości najświętsza
Serc wierzących wnętrza
Poddaj swej potędze
 
Bez Twojego tchnienia
Cóż jest wśród stworzenia
Jeno cierń i nędze
 
Obmyj co nieświęte
Oschłym wlej zachętę
Ulecz serca ranę
 
Nagnij co jest harde
Rozgrzej serca twarde
Prowadź zabłąkane
 
Daj Twoim wierzącym
W Tobie ufającym
Siedmiorakie dary
 
Daj zasługę męstwa
Daj wieniec zwycięstwa
Daj szczęście bez miary

 

 

Mały koniec świata

Dzisiaj rano, otwierając media społecznościowe, przeżyłam szok. Wszystko krzyczało, że wojna się zaczęła, a ja byłam święcie przekonana, że jednak do tego nie dojdzie; że nie dopuścimy do tego; że nikt nie jest na tyle szalony. Okazało się, że bardzo się myliłam. Jest we mnie dziś ogromny smutek, że natura ludzka się nie zmieniła i nadal władza i pieniądze, a nie miłość i współczucie, rządzą naszym światem. To nie znaczy jednak, że musimy się tej logice podporządkować. Na agresję możemy odpowiedzieć gościnnością dla uchodźców. Na kłamstwa propagandy możemy odpowiedzieć prawdą i rzetelnością. Na wojnę możemy odpowiedzieć pokojem w sercu i przede wszystkim zaufaniem, że Bogu się nic nie wymyka, że On jest z tymi, którzy dziś stają się ofiarami czyjejś bardzo źle użytej wolności. Jeśli serce Putina nie jest już zdolne do przyjęcia miłości, to może chociaż przebije się ona do tych, którzy dziś mogą go powstrzymać. Wierzę, że nasza modlitwa i post są dzisiaj potrzebne, konieczne i mają moc zwycięstwa nad złem. Oprócz modlitwy, warto też dać od siebie kilka groszy. Wymienię trzy akcje: PCK, PCPM, Dobra Fabryka.

W moim osobistym życiu dzisiaj mija dokładnie rok od dnia, w którym dowiedziałam się, że moje marzenia, plany i nadzieje jakie miałam w sercu przez ostatnie 10 lat nie będą mogły się zrealizować. Towarzyszyły mi uczucia podobne do tych, które opisuje Natanael w The Chosen (S2E2), kiedy opowiada o końcu swojej kariery architekta. Niby od dawna się coś zapowiadało, a jednak wydawało się to takie nagłe. To była ta sama nagłość, która znowu zaskoczyła mnie dzisiaj rano. Po raz kolejny zakończył się świat, który znam i znowu przyszłość wydaje się być bardzo niepewna. Nie wiem ile jeszcze takich małych końców świata będziemy musieli przeżyć. Jedyne co wiadomo, to że, bez względu na wszystko, jesteśmy w miłujących rękach Boga.

 

 

Błogosławieni żyjący pełnią

Błogosławieństwa zawsze sprawiały mi pewną trudność. Czytając je, miałam wrażenie, że świat jaki rysują jest pełen cierpienia i łez, które zostaną wynagrodzone dopiero po śmierci. Kłóciło się to w mojej głowie z Królestwem, które jest pośród nas, które zaczyna się tu na ziemi. Życie przecież nie polega na tym, żeby zacisnąć zęby i jakoś dotrwać do śmierci, ale żeby żyć pełnią każdego dnia. Dlaczego więc szczęśliwi mają być smutni, prześladowani, ubodzy i cierpiący? Może właśnie dlatego, że prawdziwe życie oznacza znajdowanie się we wszystkich stanach. Czasami będziemy syci, ale biada nam jeśli nie mamy pojęcia co oznacza być głodnym. Czasami będziemy się cieszyć, ale bardzo niedobrze, jeśli nie mielibyśmy nigdy doświadczać smutku. Nasze życie nie powinno być nieustannym cierpieniem, ale jeśli nigdy nie cierpieliśmy, to znaczy, że nie odważyliśmy się naprawdę żyć pełnią. Rzeczywistość składa się ze wszystkich barw i żadnej nie może zabraknąć. W moim pokoju w domu rodzinnym w czasach liceum na ścianach można było znaleźć wiele cytatów. Jednym z nich był ten ks. Jana Twardowskiego: „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze.”

Inną odpowiedzią na to, dlaczego błogosławieństwa wydaję się iść w poprzek naszej ludzkiej intuicji, proponują twórcy The Chosen w ostatnim odcinku drugiego sezonu. Jezus tłumaczy Mateuszowi, że błogosławieństwa są mapą: „Jeśli ktoś chce Mnie znaleźć, to takie są grupy, których powinien szukać”. Jest w tym jakaś głęboka mądrość, bo skoro nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają, to Lekarza znajdziemy przy tych właśnie, którzy są głodni, prześladowani, rozczarowani i porzuceni. To nie znaczy, że nie ma go przy tych sytych, bogatych i radosnych, ale tam Jezusa po prostu trudniej znaleźć, bo tam Go mniej potrzeba. W ujęciu The Chosen widzimy też, że każde błogosławieństwo otrzymuje jakąś „twarz”. To nie są abstrakcyjne hasła, ale prawdziwe życie blisko każdego człowieka. Myślę, że możemy tę Ewangelię zobaczyć jako wyzwanie, by naśladować Jezusa w byciu przy tych, którzy cierpią. Wtedy zaczyna to wszystko mieć sens.  

 

« Older posts Newer posts »

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑