„Nie ma wakacji od Pana Boga”. Musiałam kilkukrotnie w swoim życiu usłyszeć te słowa, bo nadal powodują we mnie jakieś dziwne uczucia. To zdanie miało być ostrzeżeniem. Miało sprawić, że nie przyjdzie mi do głowy opuszczenie się w religijnych praktykach, mimo, że od wszystkiego innego przysługiwał zasłużony odpoczynek. Bóg, od którego nie ma wakacji, to tyran, przed którym nie ma ucieczki, który wszędzie mnie znajdzie i skrzętnie wyliczy każdą opuszczoną Mszę i modlitwę. To bóg, który ciągle kontroluje i nie daje ani chwili wytchnienia. Trzeba przed nim być doskonałym, zawsze przygotowanym i nienagannym. Jakie to szczęście, że ten bóg nie istnieje!
Dzisiaj wiem, że jest dokładnie odwrotnie. To Pan Bóg nigdy nie ma ode mnie wakacji. Zawsze jest obok, bez względu na to czy o Nim myślę, czy Go wychwalam, czy grzeszę, czy się bawię, czy się modlę, czy pracuję, czy odpoczywam… On zawsze kocha mnie dokładnie tak samo i jak najlepszy rodzic czuwa całą dobę, żebym nie zrobiła sobie krzywdy. Czasem tęskni za wspólnymi chwilami, czasem z żalem patrzy jak podejmuję niewłaściwe decyzje, ale do niczego nie zmusza. Zaprasza w wolności do pełni życia.
W tym roku, planując wakacje (i przedwakacje) nie zastosowałam się do jednej z najważniejszych reguł, którą sama powtarzałam, prowadząc kilkanaście lat temu szkolenia z zarządzania czasem: nie sztuką jest zaplanować co będę robić, ale zaplanować odpowiednie przestrzenie pomiędzy. Mój plan, w zasadzie od początku czerwca, jest jednym wielkim maratonem, gdzie między jednym wyjazdem a drugim mam często pół dnia na zrobienie prania i przepakowanie się. Gorzej jak okazuje się, że samolot spóźnia się o 1,5h, a w domu nie ma wody, bo właśnie remontują piony… Tym bardziej nie ma kiedy o tym wszystkim napisać i, co ważniejsze, pozwolić, by wszystkie wydarzenia ułożyły się w sercu i po głębszej refleksji wydały odpowiednie owoce. Przez ostatnie 4 tygodnie zdążyłam już zdać kilka egzaminów, zakończyć rok szkolny, być w Danii, w Irlandii, w Trójmieście, w Białymstoku i współprowadzić skupienie weekendowe w Falenicy. Nie zdążyłam natomiast usiąść spokojnie z Jezusem i pokontemplować, zachwycić się życiem, popatrzeć w niebo, nie myśleć o niczym, po prostu być… Kolejne wyjazdy (skądinąd fantastyczne!) jeszcze przede mną i w całym pośpiechu wakacyjnym chcę się przede wszystkim ucieszyć, że bez względu na wszystko, On jest i nie zrobił sobie ode mnie wakacji.
Jeśli jeszcze nie wiecie co dzieje się teraz na planie mojego ulubionego na świecie serialu The Chosen, to w piątek w Teksasie zakończyło się trzy dniowe kręcenie sceny rozmnożenia chlebów. Przyjechali ludzie z całego świata, żeby wziąć udział w tym wydarzeniu – zebrały się dwie grupy liczące w sumie ponad 10 000 osób. Pokazuje to niesamowitą inwencję twórców, którzy zamiast komputerowego dorabiania postaci, zorganizowali prawdziwych żywych statystów, którzy nie tylko z nieskrywaną radością uszyli sobie własne stroje, wytrzymywali przeraźliwy upał przez 12h i nie dostali za to ani grosza, ale nawet zapłacili za to pokaźną sumę (trzeba było wpłacić przynajmniej 1000$). To jednak też pokazuje jaka jest siła wspólnoty zgromadzonej wokół czegoś (a w tym wypadku też Kogoś!), co rozpala serce, pokrzepia duszę, daje nadzieję i buduje jedność. Już nie mogę doczekać się naszego
Tymczasem ja w piątek wracałam z mojego małego wielkiego przedsięwzięcia, jakim była wycieczka klasowa. Nie wszystko szło gładko, co chwila zdarzały się przeciwności, kilka razy się zestresowałam (raz nawet bardzo!), ale ostatecznie wszyscy wrócili cało i zadowoleni, a ja z ogromną przyjemnością obserwowałam jak w mniejszych i większych grupach buduje się prawdziwa wspólnota. To przecież nie miejsca i atrakcje są na wycieczce najważniejsze, ale to, by być razem, wspólnie czegoś doświadczyć, zobaczyć, że potrzebujemy innych, a inni potrzebują nas. Choć większość moich uczniów do Boga w swoim życiu się nie odnosi, ja wiem, że On był tam bardzo blisko nas.
Z drugiej strony to nasze zaczynanie od nowa przecież nie oznacza startu od zera. Nasza przeszłość nie znika, ale staje się ważnym budulcem naszej tożsamości i uczy coraz mądrzej wybierać. Jeśli tylko jest w naszym sercu pragnienie dobra, to nawet jeśli wydaje nam się, że kręcimy się w kółko, to ostatecznie jest to zawsze spirala, która przybliża nas do Boga. Czasem warto spojrzeć wstecz i docenić jak długą drogę każdy z nas przebył, by znaleźć się tu gdzie jesteśmy. Pięknie opisuje tę rzeczywistość Charlie Mackesy w ilustrowanej książce o tytule „Chłopiec, kret, lis i koń”. Sama dostałam ją w oryginale od bliskiej osoby z UK w ekstremalnie trudnym dla mnie czasie i pomogła mi zobaczyć, że trudności czy grzechy są do pokonania, a im trudniej, tym większe zwycięstwo.
Najnowsze komentarze