Postanowiłam napisać dzisiaj trochę o tym gdzie jestem w mojej życiowej drodze, zainspirowana ostatnim filmikiem Agaty z Prawie Morały, gdzie opowiada o tym, że rzadko dzielimy się tym, co przeżywamy będąc wewnątrz kryzysu. To jednak moment, w którym wielu z nas jest i może warto się właśnie w tym czasie wspierać i przypominać sobie i innym, że kryzys się kiedyś skończy.
Wiatr był, od kiedy pamiętam, moim ulubionym żywiołem. Uwielbiam stać na szczycie góry, kiedy swobodnie hula po zboczach. Lubię patrzeć na uginające się pod jego wpływem drzewa i czuć jego powiew na twarzy. To wiatr dodaje energii, wprawia w ruch, orzeźwia podczas upału. Oczywiście może też być destrukcyjny i bezwzględny w swojej sile, co budzi respekt. Wiatr też zwiastuje zmiany. Jezus mówi Nikodemowi, że „wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” (J3,8). Dlatego te zmiany są dla nas często zaskoczeniem i trudem.
Wiatr i duch po grecku (pneuma) są tym samym słowem. Nic więc dziwnego, że czujemy czasem jakby Duch Święty nas przenikał i wręcz porywał w różne miejsca w życiu. Łatwo mówić o tym kiedy nas już przeprowadzi przez żmudną wędrówkę przez pustynię i doprowadzi do Ziemi Obiecanej. Trudniej jednak, kiedy mamy poczucie, że pustynia dopiero się zaczyna. To miejsce trudnej drogi, bo cel wydaje się być nieosiągalny, skoro zupełnie nie widać go na horyzoncie, a w nocy czasami budzi się lęk, bo odgłosy dzikich zwierząt przypominają demony. W takim momencie trzeba zaufać Bogu i swojej intuicji. Jestem dziś dokładnie w tym punkcie – nie wiadomo zupełnie nic i bywa ciężko, ale czuć na skórze powiew Ducha. I to musi wystarczyć.
Pustynie nie jest jednak tylko miejscem, gdzie słychać dzikie zwierzęta i widać piasek po horyzont. To też (a może przede wszystkim) miejsce spotkania z Bogiem. Jutro zaczynam swoje rekolekcje (tym razem nie wprost na pustyni, ale u stóp Pirenejów) i wiem, że On będzie do mnie mówił. Wątpię, żeby nakreślił mi nowy plan i pokazał dokąd mam iść, ale z pewnością zaopatrzy mnie w wodę i prowiant, żebym miała siły iść dalej.
Obiecuję modlitwę i proszę o nią!
Dwa i pół roku temu podczas jednego z wyjazdów formacyjnych usłyszałam mądrość życiową, która towarzyszy mi do dzisiaj. Jedna prosta zasada: kochaj i śmiej się. Urzekła mnie ona i utwierdziła w przekonaniu, że kiedy ktoś podchodzi do życia ze śmiertelną powagą, coś jest nie tak. Choć wiele łez na mojej drodze ostatnio, to miłość i uśmiech grają w nim jednak główną rolę.
Czas szybko mija w wakacje, szczególnie jeśli w planach jest mnóstwo wspaniałych spotkań ze wspaniałymi ludźmi. Przez ostatnie 3 tygodnie spłynęło na mnie, nawet nie morze, ale cały ocean dobra, wsparcia i miłości, za które jestem ogromnie wdzięczna. Wśród nich nie mogę nie wspomnieć wiadomości od dwóch moich byłych uczniów z Gdyni, którzy sprawili mi ogromną radość wspominając lekcje religii, które w moich oczach wydawały się kompletną katastrofą, a jednak kogoś do Pana Boga przyprowadziły. Niesamowite jak niedoskonałymi narzędziami posługuje się Ten, który sam jest Najdoskonalszy!
Najnowsze komentarze