Nowy Matrix oczywiście nie ma szans zachwycić jak oryginał, ale za to skutecznie przywołuje wspomnienia i rozbudza pragnienie kolejnego zanurkowania do prawdziwej rzeczywistości. 20 lat temu, będąc u początków liceum, nie miałam szans skojarzyć matrixowego wyboru między brutalną prawdą a błogą nieświadomością z Przebudzeniem Antoniego de Mello, a dziś wydaje mi się to bardzo naturalne:
Przebudzenie to duchowość. Ludzie najczęściej śpią, nie zdając sobie z tego sprawy. Rodzą się pogrążeni we śnie. Żyją śniąc. Nie budząc się zawierają małżeństwa. Płodzą dzieci we śnie i umierają , nie budząc się ani razu. Pozbawiają się tym samym możliwości zrozumienia niezwykłości i piękna ludzkiej egzystencji. Mistycy, niezależnie od wyznawanej przez siebie doktryny zgodni sią co do tego, że wszystko co nas otacza jest takie jakie być powinno. Wszystko. Cóż za przedziwny paradoks. Najtragiczniejsze jest jednako to, że większość ludzi nigdy tego nie jest w stanie zrozumieć. Nie są w stanie tego pojąć, gdyż pogrążeni są we śnie. Śnią sen prawdziwie koszmarny.
Żyjemy w świecie, który nie tylko woli spać, niż zmierzyć się z rzeczywistością, ale też niebieskie pigułki łyka całymi garściami. Nie jest łatwo wyrwać się z codziennego pędu i wejść do metafizycznego świata, w którym ból potrafi być nie do zniesienia, ale też radość nie zna granic. Wygodniej jest zbyt wiele nie myśleć, zbyt wiele nie czuć, a już na pewno nie pozwolić sobie na czas ciszy i zatrzymania, który zburzyłby nasz spokój. Prawdziwe życie jednak znajdziemy tylko głęboko w swoim sercu, a często marnujemy czas, szukając go na powierzchni i chwytając się każdej namiastki, jaką uda nam się znaleźć.
Mam to szczęście by ostatnie dni tego (na różne sposoby tragicznego) roku spędzić, towarzysząc w Fundamencie. To wielki zaszczyt patrzeć jak Bóg otwiera oczy na to, co najistotniejsze i pozwala dotknąć tajemnicy, która odmienia życie. Czerwone pigułki są tu podstawową dietą duchową.
Pewnie większość z nas patrzy w stronę nadchodzącego roku z pewną rezerwą i powściągliwością. Ostatnie dwa lata przyniosły wiele bólu i zaskoczeń, które wszystkich nas na różna sposoby uczyniły nieufnymi. Nie jesteśmy już tak skorzy do planowania i zdajemy sobie sprawę, że życie jest bardzo kruche. Oby nas to nie zamykało w lęku o przyszłość otwierało coraz bardziej na Bożą perspektywę, w której nadzieja nie płynie z zewnętrznych wydarzeń, ale z ogromu Miłości, którą możemy odkryć w sobie.
W moim tegorocznym Adwencie póki co odnajduję zdecydowanie więcej ciemności niż światła. Może dzięki temu doświadczenie Izraela oczekującego na Mesjasza stanie mi się nieco bliższe. Kiedy w życie wkrada się brak sił i nadziei, tęsknota staje się naturalna. Chce się wtedy wołać do Boga, żeby w końcu nadeszło wybawienie. On zawsze na to wołanie odpowiada, ale prawie zawsze zupełnie inaczej niż moglibyśmy się spodziewać.
Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że Królestwo Boże zdobywają gwałtownicy (βιασται). W Mt 11,12 słowo to pojawia się w kontekście Jana Chrzciciela, który jest największym „między narodzonymi z niewiast”. Ta postać zawsze wydawała mi się ważna, ale jednak jakoś odległa i niezrozumiała. Próbując zrozumieć co mogłoby dla mnie znaczyć bycie gwałtownikiem, zaczęłam szukać innych kontekstów i okazuje się, że słowo βιασται (przynajmniej w tej formie) nie występuje nigdzie indziej w całym Piśmie Świętym. Znalazłam za to inne tłumaczenie na polski: niepowstrzymani.
Ostatnie dni to taki czas, kiedy z zazdrością spoglądam za ocean, co zdarza mi się jednak rzadko. 1 grudnia do kin w USA wszedł świąteczny odcinek The Chosen o tytule „The Messangers”, czyli „Posłańcy”, zapakowany w wielki koncert ewangelizacyjny – Christmas with The Chosen. Sprzedaż biletów w ciągu 24h pobiła wszelkie rekordy sieci kin, która zdecydowała się wyemitować to wydarzenie i seanse przewidziane na 2 dni rozszerzyła do 10. W weekend film znalazł się na pierwszych miejscach rankingów, a o niespodziewanym sukcesie mówią wielkie amerykańskie media. Jest w tym jakaś nutka gwałtowności, która w Boży sposób zmienia świat i sprawia, że Ewangelia dociera do miejsc, gdzie wydawało się, że niewiele jest dla niej miejsca. W Polsce jest to oczywiście nadal serial bardzo niszowy, jednak te liczby robią na mnie wrażenie i dają nadzieję, że grono fanów nad Wisłą też będzie rosło. Nie wiemy jeszcze kiedy cała reszta świata będzie miała możliwość obejrzenia historii Bożego Narodzenia w reżyserii Dallasa Jenkinsa, ale domyślacie się na pewno, że oczekuję z wielką niecierpliwością!
Najnowsze komentarze