Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę? 

Znaki towarzyszą nam w życiu na dwa sposoby. Możemy ich aktywnie szukać, po to żeby potwierdziły nasze rozeznanie, dały nam więcej pewności w podjętych decyzjach, albo wręcz zwolniły nas nieco z odpowiedzialności za dokonane wybory. To jest rodzaj znaków, które Jezus wydaje się ganić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia” (Łk 12,29-30). Syn Człowieczy wyjdzie z grobu po trzech dniach, jak Jonasz wyszedł z wnętrza ryby. Jeśli to ich nie przekona, to żadne inne znaki nie mają sensu. 

Jest jednak inny rodzaj znaków, których możemy w życiu doświadczyć. To nie my ich szukamy, ale one znajdują nas. To momenty zupłenie nieoczekiwane, w których nadprzyrodzoność wydaje się z całą mocą przebijać przez monotonną rzeczywistość. To seria zbiegów okoliczności, które wydają się całkowicie niemożliwe; to niebo, które przy zachodzie słońca przybiera zupełnie nienaturalne barwy i przypomina nam ważny moment z naszego życia; to bardzo ważny dla nas cytat znaleziony w najmniej oczekiwanym miejscu; to absolutnie niszowa ulubiona piosenka, lecąca nagle z losowego radia w galerii handlowej. To wszystkie te chwile, kiedy zatrzymujesz się nagle i mówisz sam do siebie „serio?”. W przypadku takich znaków, Bóg wręcz się niepokoi jeśli ich nie dostrzegamy: „Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?” (Łk 12,56). Jemu bardzo zależy, żebyśmy odczytywali Jego drobne gesty miłości w naszej codzienności. 

Ostatnio odświeżam sobie po kilkunastu latach pozycję książkową pt. „The beautiful outlaw” Johna Eldredge’a (która chyba nadal nie doczekała się polskiego tłumaczenia). Wciąż jest niesamowicie odświeżająca, pokazująca Jezusa z Jego poczuciem humoru, zaciętością, charakterem. Lektura ta uświadomiła mi, że to w jaki sposób patrzymy na znaki ma duży związek z naszym obrazem Boga. Kiedy ich poszukujemy, wydaje się, że jesteśmy w relacji z kimś, kto jest daleki i osądzający. Łatwo można zrobić coś nie po jego myśli i go rozczarować. Szukamy więc potwierdzenia, że idziemy właściwą drogą, że się nie zgubiliśmy, że nadal jesteśmy w porządku. Tymczasem rozpoznawanie znaków, które same pojawiają się w naszym życiu, zdradza relację z kimś bardzo bliskim. Ktoś, kto robi nam ciągle niesamowite niespodzianki przypomina najlepszego przyjaciela, który doskonale wie co sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a nawet wywoła śmiech i okrzyk radości. Jednocześnie też wie jak nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, powstrzymać przed głupim przesięwzięciem i przypomnieć, że nie jesteśmy samowystarczalni.  

Nie jest łatwe znalezienie odpowiedniego balansu między odczytywaniem znaków jako sposobu komunikacji Boga z nami a nadinterpretacją sytuacji, które nam się przydarzają i podejmowaniem na ich podstawie decyzji. Z jednej strony Jezus zachęca do odkrywania Jego subtelnych podpowiedzi w naszych życiowych poszukiwaniach, ale nie możemy traktować ich w sposób magiczny. Nic nie zwalnia nas z uczciwego procesu rozeznawania, który weźmie pod uwagę nasze słabości i wynikające z nich pokusy, realia rzeczywistości, w której żyjemy czy naszą historię życia. Gdy więc zobaczymy nasz znak na witrynie sklepowej, na pewno warto go zauważyć i się usmiechnąć, ale może nie zawsze ruszać za nim bez zastanowania.