Blog Ewy Bartosiewicz

Miesiąc: styczeń 2026

Pluribus a teologia relacji

Ostatnio miałam okazję obejrzeć jeden z najbardziej popularnych w ostatnim czasie seriali na świecie, czyli „Pluribus„. Sam tyluł jest już intrygujący (i jak zwykle fatalnie przetłumaczony na polski jako „Jedyna”…). Pluribus po łacinie oznacza „z wielu” i np. użyty jest w motto na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum”, czyli „Z wielu, jeden”. Wskazuje zatem na pewną różnorodność, która połączona w jedno daje coś większego, potężniejszego i piękniejszego niż tylko zbiór jednostek. Serialowy pluribus jest oparty na futurystycznym pomyśle, że cała ludzkość mogłaby połączyć się w jedno (za pomocą fal radiowych z kosmosu) i stworzyć doskonałą całość, która posiada wiedzę i umiejętności całego wszechświata, pozbawiona jest wszelkiej przemocy, nigdy nie kłamie i komunikuje się za pomocą samej świadomości. Może się wydawać, że to rodzaj jedności, do której dążymy, która pozwoliłaby na wyrównanie wszelkich nierówności i zaprowadziłaby na ziemi prawdziwy pokój. Szybko się jednak orientujemy, że w tej jedności już nie ma miejsca na tę piękną różnorodność. Choć połączona ludzkość deklaruje, że żyje w stanie doskonałej miłości, to jednak czujemy, że z miłością ma to mało wspólnego. Choć ludzie w zewnętrznej formie utrzymują swoje unikalne ciało, to na tym kończy się ich indywidualizm i wolność. Każdy jest trybikiem, służącym jedynie do utrzymania tej ogromnej machiny.

Obraz ten budzi we mnie wiele skojarzeń filozoficznych i teologicznych. Zaprasza do rozważań na temat tego jak będzie wyglądać nasza jedność z Bogiem w wieczności i w jakiej jedności znajdują się Osoby w Trójcy Świętej. Na te pytania oczywiście nie mamy pełnej odpowiedzi, ale możemy przyglądać się relacji Jezusa z Ojcem i zobaczyć, że choć są jednością, to nie rozpływają się ani w sobie wzajemnie ani w Duchu Świętym. Miłość między nimi wynika z trzech unikalnych relacji – Ojca z Synem, Syna z Duchem i Ojca z Duchem. Innej miłości nie ma, jak między dwoma odrębymi Osobami. Dlatego Jezus podczas ziemskiego życia potrzebował czasu na modlitwę, a głos Ojca odzywał się z niebios kilkukrotnie. Osoby Boskie są zupełnie odrębne i zachowują całkowicie swoją indywidualność, mimo, że są jednym Bogiem. Podobnie i my nigdy nie zostaniemy wchłonięci przez Boga, ale pozostaniemy sobą (choć w najlepszej wersji siebie, pozbawionej grzechu).     

W serialowym procesie połączenia wszystkich ludzi na ziemi nie wzięło udziału tylko kilka jednostek, które ze względu na swój kod genetyczny, nie mogły przejść integracji. Taką jednostką jest Carol – główna bohaterka serialu. To właśnie o niej możemy przeczytać w opisie na fimwebie: „Najbardziej nieszczęśliwa osoba na Ziemi musi uratować świat przed szczęściem”. Dlaczego musi ratować świat przed szczęściem? Ponieważ ta połączona ludzkość próbuje ją wciągnąć do swojego środka wbrew jej woli, tłumacząc, że to dla jej dobra i buduje fałszywy obraz szczęścia, które w istocie jest anihilacją. Ja jako widz jestem przekonana, że wcale nie chciałabym być częścią tej jedności i kibucuję tym, którzy chcą się przed nią bronić. To przypomina mi o kolejnej bardzo ważnej prawdzie teologicznej – Bóg nigdy nie odbiera nam wolności i nigdy nie zmusi nas do wieczności z Nim. Osobiście noszę w sobie nadzieję powszechnego zbawienia i jest we mnie ufność, że każdy ostatecznie sam w wolności wybierze Niebo, ale absolutnie konieczne jest istnienie alternatywy w postaci piekła, nawet jeśli miałoby być puste. Oczywiście wieczność z Bogiem jest prawdziwą szczęśliwością, a nie atrapą, którą możemy zobaczyć w serialu, ale jednak wydaje się, że zbyt wiele osób żyje w lęku przed tym, że zostaną wchłonięci i że musieliby zaprzeczyć sobie, żeby zostać zbawionym. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Miłość wtedy jest miłością, kiedy daje całkowitą wolność, a nie zamyka w złotej klatce.

Jest jeszcze jeden wątek, który szeroko omawiany jest przy okazji serialu „Pluribus” – podobieństwa z modelami sztucznej inteligencji. Przecież AI też zawiera całą wiedzę wszechświata i rozmawiając z jednym botem, de facto komunikujemy się z czymś więcej. Dylemat jednak wydaje się zupełnie odwrotny. Podczas gdy serialowi bohaterowie zastanawiają się czy to są faktycznie jeszcze ludzie, jeśli tak naprawdę stacili swoją tożsamość, my zastanawiamy się czy to może już osoba, skoro możemy z nią prowadzić konwersację. A może jeszcze częściej wcale się nie zastanawiamy, tylko zaczynamy traktować AI jak przyjaciela, lekarza i terapeutę, a nie tylko wielką encyklopedię. To wszystko stawia nas w obliczu pytania o granice człowieczeństwa i wydaje się, że właśnie w tej sprawie już niebawem więcej przeczytamy od samego papieża. Czekam z niecierpliwością!      

 

W Imię Jezusa

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano i które przez wieki inspirowało do największego dobra, szlachetnych postaw i męczeństwa, ale jednocześnie Imię, z którym na ustach wielokrotnie mordowano i czyniono zło. Dzisiejsze święto jest również dniem „imienin” jezuitów, których jedną z najważniejszych misji jest uczenie nas rozeznawania. To niezwykle ważna sztuka poszukiwania tego, czego Bóg pragnie w swoje Imię zdziałać w naszym życiu i na świecie. Zakłada ona, że nie będziemy ślepo podążać za tym, co mówią nam inni, choćby byli świetlanymi przykładami i mieli jak najlepsze intencje. Nasz Stworzyciel pragnie bowiem z każdym z nas komunikować się bezpośrednio i prowadzić nas niepowtarzalną drogą. Nie oznacza to koniecznie porzucenia cennych wskazówek, ale podjęcie ryzyka, by dokonywać nieoczywistych wyborów.

Kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie film „Misja”. Akcja dzieje się w XVIII wieku, kiedy jezuici zbudowali doskonale funkcjonujące misje w Ameryce Południowej. Ich historia do dziś może inspirować i pokazywać w praktyce dylematy, z którymi w różnej skali przychodzi nam się mierzyć w naszym życiu. Wspaniałe dzieło misyjne, znane pod nazwą „redukcji paragwajskich”, dało schronienie i miejsce na rozwój tysiącom Indian Guarani, ale po 160 latach funkcjonowania zostało zaprzepaszczone z powodu działań politycznych i układów między Watykanem i kolonistami. W filmie widzimy dwóch głównych bohaterów, którzy jako jezuici prowadzący misje, proszeni są o ich porzucenie i namówienie Indian do powrotu do dżungli, bo tereny mają być przejęte przez Hiszpanię i Portugalię. Obaj mają różną wizję tego jak należy postąpić – jeden decyduje się na otwartą walkę z agresorami w obronie Indian i ich wspólnego domu; drugi postanawia bez użycia jakiejkolwiek przemocy oddać się jedynie modlitwie i uwielbieniu. Obie postawy mają swoje uzasadnienie i można by je podeprzeć społeczną nauką Kościoła. Ważne jednak, że żaden z zakonników nie zdecydował się na wygodne opuszczenie terenów misji zgodnie z poleceniem wysłannika władz kościelnych. Byłoby to przecież wypełnieniem zewnętrznego posłuszeństwa, a jednak stałoby w sprzeczności z ich własnymi sumieniami.

W codzienności rzadko przychodzi nam się mierzyć z tak poważnymi dylematami. Zazwyczaj nie musimy decydować o życiu swoim i innych, ale nadal czasami może dotykać nas problem pójścia pod prąd powszechnym przekonaniom i bezpiecznym rozwiązaniom, by wybrać to, co podpowiada nam nasze serce i rozum. Wiąże się to zawsze z podjęciem ryzyka, że możemy wybrać źle lub że zostaniemy niezrozumiani i oskarżeni o złe intencje. Taka decyzja może oznaczać zabranie głosu wtedy, kiedy wygodniej byłoby nic nie mówić albo milczenie wtedy, kiedy inni oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron. Może oznaczać wybór tego, co po ludzku zupełnie się nie opłaca albo pójście drogą w nieznane zamiast utartą ścieżką. To jest jednak ryzyko, które podejmuje dziecko Boże, pewne, że Ojciec będzie je wspierał i będzie mu błogosławił nawet jeśli się pomyli, nawet jeśli odejdzie, nawet jeśli zawiedzie. Jego niezmienna miłość jest gwarantem tego, że nasze szczere intencje i gorliwość są najważniejsze, bo z całej reszty On może wydobyć dobro. Jeśli zaś nie podejmujemy tego ryzyka, to zachowujemy się jak niewolnik, który co prawda doskonale wypełnia prawo i polecenia, ale w rzeczywistości nie ma relacji z Ojcem i nie szuka z odwagą tego, co właściwe. Może okazać się, że nasze źle uformowane sumienie zaprowadzi nas kiedyś na manowce, ale przecież nadal mamy obowiązek go słuchać, bo to jedyny sposób, by odczytać to, czego pragnie Bóg. Obyśmy tak potrafili dzisiaj i przez cały nadchodzący rok – odwagi i ufności!

© 2026 Spojrzenie Serca

Theme by Anders NorenUp ↑